Elegia na odejście

 

 

 

Spis wierszy

Dęby

Przemiany Liwiusza

Rodzina Nepenthes

Tarnina

Msza za uwięzionych

Małe serce

Prośba

Heraldyczne rozważania Pana Cogito

Pożegnanie

Krajobraz

Podróż

Wit Stwosz: Uśnięcie NMP

Modlitwa starców

Pana Cogito przygody z muzyką

Domysły na temat Barabasza

Wóz

Śmierć Lwa

Bajka o gwoździu

Elegia na odejście pióra  atramentu  lampy

 

 

 

 

Dęby

 

W lesie na wydmie trzy dorodne dęby

u których szukam rady i pomocy

bo chóry milczą odeszli prorocy

nie ma na ziemi nikogo bardziej

godnego szacunku dlatego do was

kieruję - dęby - ciemne pytania

na wyrok losu czekam jak niegdyś w Dodonie         

 

Lecz muszę wyznać że mnie niepokoi

wasz rytuał poczęcia-o rozumne-

u schyłku wiosny na początku lata

w cieniu konarów roi się

od waszych dzieci i niemowląt

przytułki listków sierocińce kiełków

blade bardzo blade

słabsze od trawy

na oceanie piasku

walczą samotnie samotnie

dlaczego nie bronicie waszych dzieci

na które pierwszy mróz położy miecz zagłady

 

Co znaczy - dęby - szalona krucjata

rzeź niewiniątek ponura selekcja

ten nietzscheański duch na cichej wydmie

zdolnej utulić słowicze żale Keatsa

tutaj gdzie wszystko zda się skłania

do pocałunków wyznań pojednania

 

Jak mam rozumieć waszą mroczna parabolę

barok różowych aniołków śmiech białych piszczeli

trybunał o zaranku egzekucja nocą

życie na oślep zmieszane ze śmiercią

mniejsza o barok którego nie znoszę

lecz kto rządzi

czy bóg wodnistooki z twarzą buchaltera

demiurg nikczemnych tablic statystycznych

który gra w kości zawsze wychodzi na swoje

czy konieczność jest tylko odmianą przypadku

a sens tęsknota słabych ułudą znienawidzonych

 

                                         Tyle pytań - o dęby -

Tyle liści a pod każdym liściem

rozpacz

 

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Przemiany Liwiusza

 

Jak rozumieli  Liwiusza mój dziadek mój pradziadek

bo na pewno czytali go e klasycznym gimnazjum

o mało stosownej porze

gdy w oknie staje kasztan-żarliwe kandelabry kwiatów-

a wszystkie myśli dziadka i pradziadka biegły zdyszane do Mizi

która śpiewa w ogródku pokazuje dekolt oraz boskie nogi do samych kolan

albo Gabi z wiedeńskiej opery w lokach jak cherubin

Gabi z zadartym noskiem i Mozartem w gardle

czy w końcu do poczciwej Józi ucieczki strapionych

bez urody talentu i większych wymagań

a więc czytali Liwiusza - poro - kwiatostanów -

w zapachu kredy nudy nafty którą zmywano podłogę

pod portretem cesarza

bo był wówczas cesarz

a imperium jak wszystkie imperia

zdawało się wieczne

 

Czytając dzieje Miasta ulegali złudzeniu

że są Rzymianami lub potomkami Rzymian

ci synowie podbitych sami ujarzmieni

zapewne miał w tym udział łacinnik

w radzie radcy dworu

kolejka cnót antycznych pod wytartym tużurkiem

więc za Liwiuszem wpajał w uczniów pogardę dla motłochu

bunt ludu- res tam foeda - budził w nich odrazę

natomiast wszystkie podboje wydawały się słuszne

znaczyły po prostu zwycięstwo tego co lepsze silniejsze

dlatego bolała ich klęska nad Jeziorem Trazymeńskim

dumą napawały przewagi Scypiona

śmierć Hannibala przyjęli z niekłamaną ulgą

łatwo zbyt łatwo dali się prowadzić

przez szańce zdań ubocznych

zawiłe konstrukcje którymi rządzi imiesłów

wezbrane rzeki wymowy

pułapki składni

- do bitwy

o nie swoją sprawę

 

 

Dopiero mój ojciec i ja za nim

czytaliśmy Liwiusza przeciw  Liwiuszowi

pilnie badając to co jest freskiem

dlatego nie budził w nas echa teatralny gest Scewoli

krzyk centurionów tryumfalne pochody

a skłonni byliśmy wzruszać się klęską

Samnitów Gallów czy Etrusków

liczyliśmy mnogie imiona ludów starych przez Rzymian na proch

pochowanych bez chwały dla Liwiusza

niegodne były nawet zmarszki stylu

owych Hirpinów Apulów Lukanów Uzentyńczyków

a także mieszkańców Tarentu Metapontu Lokri

 

Mój ojciec wiedział dobrze i ja także wiem

że któregoś dnia na dalekich krańcach

bez znaków niebieskich

w Panonii Sarajewie czy też Trebizondzie

w mieście nad zimnym morzem

w dolinie Panszir

wybuchnie lokalny pożar

 

i runie imperium

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Rodzina Nepenthes

 

Czy Jan Jakub Tkliwy wiedział cos o dzbaneczku

- powinien widzieć roślinę opisał Linneusz -

więc dlaczego przemilczał ten skandal Natury

 

jeden z wielu skandali a może to było

ponad wydolność serca i gruczołów łzowych

tego który w przyrodzie szukał ukojenia

 

          w ciemnych dżunglach Borneo rośnie ten złoczyńca

          i wabi kwiatem który nie jest kwiatem

          lecz rozdętym w kształt dzbanka głównym nerwem liścia

 

          z pokrywą na zawiasach i bardzo słodką warga

          który ściąga owady na podstępny bankiet

          jak policja sekretna pewnego mocarstwa

 

           bo kto się może oprzeć- mucha albo człowiek-

           nektarom lepkim i orgii kolorów co świeca

           barwą bieli fioletu mięsa jak okna czerwonej oberży

 

           gdzie zacny oberżysta z piękną córką żoną

           wysyłają kompanię gości spita wykrwawioną

           zależnie od ich zasług do nieba lub piekła 

           

           faworyt dekadentów za czasów Wiktorii

           łączy salon rozpusty z gabinetem tortur

           jak wszystko tam było-sznur gwoździe jak seks knut trumna

          

a my żyjemy z dzbaneczkiem w zgodzie

wśród łagrów i kacetów mało nas obchodzi

wiedza że w świece roślin niewinności- nie ma

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

                                                           Konstantemu Jeleńskiemu

Tarnina

 

Wbrew najgorszym przewidywaniom wróżbitów pogody

- szeroki klin polarnego powietrza wbity po nasadę w powietrze -

wbrew instynktowi życia świętej strategii przetrwania

- inne rośliny z namysłem zbierają siły do skoku

i na czarnych liniach frontu gromadzą pąki przed atakiem-

zanim Prospero podniesie rękę

tarnina rozpoczyna solowy koncert

w zimnej pustej sali

 

ten przydrożny krzew łamie

zmowę ostrożnych

i jest

jak piękni młodzi ochotnicy

którzy giną w pierwszym dniu wojny w nowiutkich mundurach

podeszwy butów ledwo zapisane piaskiem

jak gwiazdy poezji przedwcześnie zagasłe

jak wycieczka szkolna zabrana przez lawinę

jak ci co pośród ciemności widzą jasno

jak powstańcy którzy wbrew zegarom historii

wbrew najgorszym przewidywaniom

mimo wszystko zaczynają

 

o szaleństwo białych niewinnych kwiatów

zamieć oślepiająca

grzbiet fali

aubada z krótkim uporczywym ostianto

aureola bez głowy

 

tak tarnino

parę taktów

w pustej sali

a potem potargane nurty

leżą wśród kałuż i rudych chwastów

by nikt nie wspominał

 

ktoś jednak musi mieć odwagę

ktoś musi zacząć

 

tak tarnino

kilka czystych taktów

to bardzo dużo

to wszystko                             

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

                                                         Adamowi Michnikowi

 

Msza za uwięzionych

 

Jeśli to ma być ofiara za moich uwięzionych

niech odbędzie najlepiej w niestosownym miejscu

 

bez marmurowej muzyki

złota kadzidła bieli

 

najlepiej koło glinianki pod niechlujną wierzba

kiedy zacina deszcz za śniegiem

 

w opuszczonej kopalni

spalonym tartaku

albo magazynie głodu

gdzie z odrapanych ścian

zamiast Aniołów Sądu

patrzy

sól

ocet

 

jeśli  to ma  być ofiara

trzeba się pojednać

z braćmi którzy są w mocy nieprawości

i walczą na krańcach

widzę

ich jasne cienie

poruszają się wolno

jak w głębi oceanu

 

widzę

bezczynne ręce

nieporadne łokcie i kolana

policzki w których zagnieździł się cień

usta otwarte we śnie

bezbronne plecy

 

 jesteśmy tutaj sami

mój mistagogu-

żadnych innych orantów

patrzę jak rozmawiasz z kielichem

splatasz i rozsupłujesz węzeł

ronisz i zbierasz okruchy

 

a ja nadsłuchuję

jak nad moją głową

polatuje

szeleści

szare numinozum

 

i tak trwamy

spiskowcy

wśród odgłosów wróżebnych

i odgłosów trywialnych

dostojnego milczenia

upartego szczekania kluczy

 

Powrót do spisu wierszy


 

                                

  

                                       Janowi Józefowi Szczepańskiem

Małe serce

 

pocisk który wystrzeliłem

w czasie wielkiej wojny

obiegł kulę ziemską

i trafił mnie w plecy

 

w momencie najmniej stosownym

gdy byłem już pewny

że zapomniałem wszystko

jego-moje winy

 

przecież jak inni

chciałem wymazać z pamięci

 

historia pocieszała

że walczyłem z przemocą

a Księga mówiła

--to on był Kainem

 

tyle lat cierpliwie

tyle lat daremnie

zmywałem wodą litość

sadzę krew obrazy

żeby szlachetne piękno

uroda istnienia

a może nawet dobro

miały we mnie dom

przecież tak jak wszyscy

pragnąłem powrócić

do zatoki dzieciństwa

do kraju niewinności

 

pocisk który wystrzeliłem

z broni małokalibrowej

wbrew prawom grawitacji

obiegł kulę ziemską

i trafił mnie w plecy

jakby chciał powiedzieć

- że nic nikomu

nie będzie darowane

 

wie siedzę teraz samotny

na pniu ściętego drzewa

dokładnie na samym środku

zapomnianej bitwy

 

i snuję siwy pająk

gorzkie rozważania

 

o zbyt wielkiej pamięci

o zbyt małym sercu

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

Prośba

 

Ojcze bogów i ty mój patronie Hermesie

zapomniałem was prosić – a teraz już późno-

o dar wysoki

i tak wstydliwy jak modlitwa

o gładką skórę bujne włosy migdałowe powieki

 

niech się stanie

by całe moje życie

mieściło się bez reszty

w hrabiny Popescu

szkatułce pamiątek

na której wyobrażony pasterz

na skraju dąbrowy

wydmuchuje z fujarki

perłowe powietrze

 

 a w środku nieład

spinka

stary po ojcu zegarek

ślepy pierścionek

składana morska luneta

zasuszone listy

złoty napis na kubku

wabiący od wód

Marienbadu

laska laku

batystowa chusteczka

znak poddawania twierdzy

trochę pieśni

trochę mgły

 

Ojcze bogów i ty mój patronie Hermesie

zapomniałem was prosić

o ranki południa wieczory płoche i bez znaczenia

o mało duszy

mało sumienia

lekką głowę

 

i o krok taneczny

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

Heraldyczne rozważania Pana Cogito

 

Przedtem być może- orzeł

na wielkim polu czerwonym

i surma wiatru

 

teraz

ze słomy

z bełkotu

z piasku

 

jeszcze bez twarzy

z zasklepionymi oczami

szczenię

 

ani żółć nienawiści

ani purpura sławy

ani zieleni nadziei

 

pusta tarcza

 

przez kraj

małych drzew

małych słów

 

snuje się

ślimak

 

na plecach

dom swój niesie

 

ciemny

 

niepewny

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pożegnanie

 

Chwila nadeszła trzeba się pożegnać

po odlocie ptaków nagły odlot zieleni

koniec lata-temat banalny to znaczy na gitarę solo

 

mieszkam teraz na stoku wzgórza

okno na całą ścianę więc widzę dokładnie

gęstą sierść wikliny nagie iwy to jest mój brzeg

 

wszystko rozwija się w horyzontalnych pasmach – leniwa rzeka

drugi wysoki brzeg stromo spadający w dół

objawia wreszcie to co musiało być wyznane

 

glina piasek wapienne skały płaty czarnoziemu

i wątły teraz las opłakujący las

 

jestem szczęśliwy to znaczy wyzbyty złudzeń

słońce pojawia się na krótko ale za to daje

spektakle wspaniałych zachodów trochę w guście Nerona

 

jestem spokojny trzeba się pożegnać

nasze ciała przybrały kolor ziemi

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

Krajobraz

 

Jest wietrzna noc i pusta droga na której armia księcia Parmy

pozostawiła trupy końskie

na łysej górze świeca kości niedawno zdobytego zamku

jest tylko kamień piasek gnój i wiatr bez celu i koloru

 

To co ożywia ten krajobraz to księżyc ostro wbity w niebo

i trochę brudnych cień w dole

a także biała szubienica bo na niej wiszą chude strąki

ciał którym wiatr przywraca życie ten wiatr bez drzew i bez obłoków   

 

 

 

 

Podróż

1

Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa

wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku

żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi

i abyś całą skórą zmierzył się ze światem

 

2         

Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu Żydem z Aleksandrii

poprowadzą ciebie przez uśpione bazary

miasta traktatów kryptoportyki

tam nad wygasłym atanorem tablicą szmaragdową

kołyszą się Basileos Valens Zosima Geber Filalet

(złoto wyparowało mądrość pozostała)

przez uchyloną zasłonę Izydy

korytarze jak lustra oprawione w ciemność

milczące inicjacje i niewinne orgie

przez opuszczone sztolnie mitów i religii

dotrzecie do nagich bogów bez symboli

umarłych to jest wiecznych w cieniu swych potworów

 

3

Jeżeli już będziesz wiedział zamilcz swoją wiedzę

na nowo ucz się świata jak joński filozof

smakuj wodę i ogień powietrze i ziemię

bo one pozostaną gdy wszystko przeminie

i pozostanie podróż chociaż już nie twoja

 

4

Wtedy ojczyzna wyda ci się mała

kołyska łódka przywiązana do gałęzi włosem matki

kiedy wspomnisz jej imię nikt z tych przy ognisku

nie będzie wiedział za jaką leży górą

jakie rodzi drzewa

kiedy tak iście mało trzeba jej czułości

powtarzaj przed zaśnięciem śmieszne dźwięki mowy

że – czy – się

uśmiechaj się przed zaśnięciem do ślepej ikony

do łopuchów potoku do steczki do łęgów

przeminął dom

jest obłok ponad światem

 

5

Odkryj znikomość mowy królewską moc gestu

bezużyteczność pojęć czystość samogłosek

którymi można wyrazić wszystko żal radość zachwyt gniew

lecz nie miej gniewu

przyjmuj wszystko

 

6

Co to za miasto zatoka ulica rzeka

skała która rośnie na morzu nie prosi o nazwę

a ziemia jest jak niebo

drogowskazy wiatrów światła wysokie i niskie

tabliczki w proch się rozpadły

piasek deszcz i trawa wyrównały wspomnienia

imiona są jak muzyka przejrzyste i bez znaczenia

Kalambaka Orchomenos Kavalla Levadia

zegar staje i odtąd godziny są czarne białe lub niebieskie

nasiąkają myślą że tracisz rysy twarzy

kiedy niebo położy pieczęć na twej głowie

cóż może odpowiedzieć ostom wyżłobiony napis

oddaj puste siodło bez żalu

oddaj powietrze innemu

 

7

Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa

prawdziwa podróż z której się nie wraca

powtórka świata elementarna podróż

rozmowa z żywiołami pytanie bez odpowiedzi

pakt wymuszony po walce

                                               wielkie pojednanie

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Wit Stwosz: Uśnięcie NMP

 

Jak namioty przed burzą marszczą się złote opończe
przybór gorącej purpury odsłania piersi i stopy
cedrowi apostołowie unoszą ogromne głowy
nad wysokością zawisa broda ciemna jak topór

 

Kwitną snycerskie palce. Cud się dłoniom wymyka
więc kładą je na powietrzu - powietrze się burzy jak struny
Gwiazdy się mącą na niebie z gwiazd jest także muzyka
lecz nie dosięga ziemi i trwa wysoko jak luna.

A Panna Maria usypia. Idzie na dno zdziwienia
trzymają ją w wątłej siatce umiłowane oczy
upada coraz wyżej jak strumień przez palce przenika
a oni schylają się z trudem nad wstępującym obłokiem

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Modlitwa starców

 

ale potem potem

czy nas nie odtrącisz

kiedy już odejdą dzieci kobiety cierpliwe zwierzęta

bo nie mogą znieść woskowych dłoni

 

ruchów niepewnych jak lot motyla

upartego milczenia i mowy naszej kaszlu

i bliska będzie chwila gdy świat skurczony w oku

odejmą jak łzę od oka i stłuką jak szkło

gdy otworzy się nagle szuflada pamięci

 

pytam o to

czy wtedy

czy przygarniesz nas z powrotem

bo będzie to powrót jak do kolan dzieciństwa

do drzewa wielkiego do ciemnego pokoju

do rozmowy przerwanej do płaczu bez żalu

 

wiem

to sprawa krwi

i my leniwi mistycy powłóczący nogami

z koślawym psalmem w garbatych palcach

nasłuchujemy jak w żyłach przesypuje piasek

i w ciemnym wnętrzu biały rośnie kościół

z soli wspomnień wapna i niewymownej słabości

 

znów ciebie wprowadzają

przez astmatyczne sapanie dzwonów

przy zapalonych kwiatach

uczepieni smaku opłatka i białego płótna

 

 

jeśli z nas trudno zrobić anioły

przemień nas w psy niebieskie

kundle o zmierzwionej sierści

ćmy o szarej twarzy

zagasłe oczy żwiru

ale nie daj

aby pożarł nas

nienasycony mrok twoich ołtarzy

powiedz tylko to  jedno

że potem wrócimy

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pana Cogito przygody z muzyką

 

1
dawno temu
właściwie od zarania życia
Pan Cogito uległ zwodniczym urokom muzyki

przez bory niemowlęctwa
niósł go śpiewny głos matki

ukraińskie niańki
nuciły mu do snu
rozlewną jak Dniepr kołysankę

rósł
jakby przynaglany dźwiękami
w akordach
dysonansach
zawrotnym crescendo

otrzymał podstawowe
wykształcenie muzyczne
co prawda niepełne
Szkoła Gry na Fortepianie
(zeszyt pierwszy)

pamięta głody studenckie
dotkliwsze niż głód jadła
gdy czekał przed koncertem
na łaskę darmowego biletu

trudno powiedzieć kiedy
zaczęły go nękać
wątpliwości
skrupuły
wyrzuty sumienia

słuchał muzyki rzadko
nie tak jak dawniej zachłannie
z rosnącym zawstydzeniem

wyschło źródło radości

mistrzowie
motetu
sonaty
fugi
nie byli temu winni

zmieniły się
obroty rzeczy
pola grawitacji
a wraz z nimi
wewnętrzna oś
Pana Cogito

nie mógł
wejść do rzeki
dawnego upojenia

 

2
Pan Cogito
zaczął gromadzić
argumenty przeciw muzyce

jakby miał zamiar napisać
traktat o zawiedzionym uczuciu

zagłuszyć harmonię
gniewną retoryką

zrzucić ciężar własny
na wątłe ramiona skrzypiec

na jasną twarz
kaptur anatemy

ale zważmy bezstronnie
ona
nie jest bez winy

jej mało chwalebne początki -
dźwięki w interwałach
poganiały do pracy
wyciskały pot

Etruskowie chłostali niewolników
przy wtórze piszczałek i fletów

a zatem
moralnie obojętna
jak boki trójkąta
spirale Archimedesa
anatomia pszczoły

porzuca trzy wymiary
flirtuje z nieskończonością
kładzie na otchłań czasu
znikliwe ornamenty

jej siła ukryta i jawna
budziła niepokój filozofów

boski Platon ostrzegał -
zmiany stylu muzyki
powodują przewrót społeczny
obalenie praw

łagodny Leibniz pocieszał
że jednak porządkuje
i jest ukrytym
arytmetycznym
ćwiczeniem
duszy

ale czym jest
czym jest naprawdę

metronomem wszechświata
egzaltacją powietrza
medycyną niebieską
parowym gwizdkiem emocji

 

3
Pan Cogito
zawiesza bez odpowiedzi
rozważania nad istotą muzyki

nie daje mu tylko spokoju
tyrańska władza tej sztuki

impet z jakim się wdziera
do naszego wnętrza

zasmuca bez powodu
raduje bez przyczyny

napełnia krwią bohaterów
zajęcze serca rekrutów

rozgrzesza nazbyt łatwo
za darmo oczyszcza

- a któż to dał jej prawo
tak szarpać za włosy
wyciskać łzy z oczu
podrywać do ataku

Pan Cogito
skazany na kamienną mowę
chrapliwe sylaby
adoruje skrycie
ulotną lekkomyślność

karnawał wyspy i gaje
poza dobrem i złem

prawdziwym powodem rozstania
jest niezgodność charakterów

inna symetria ciała
inne obroty sumienia

Pan Cogito
bronił się zawsze
przed dymami czasu

cenił konkretne przedmioty
cicho stojące w przestrzeni

uwielbiał rzeczy trwałe
prawie nieśmiertelne

marzenia o mowie cherubów
zostawiał w ogrójcu marzeń

wybrał
to co podlega
ziemskim miarom i sądom

by gdy nadejdzie godzina
mógł przystać bez szemrania

na próbę kłamstwa i prawdy
na próbę ognia i wody

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Domysły na temat Barabasza

 

Co stało się z Barabaszem? Pytałem nikt nie wie
Spuszczony z łańcucha wyszedł na białą ulicę
mógł skręcić w prawo iść naprzód skręcić w lewo
zakręcić się w kółko zapiać radośnie jak kogut
On Imperator własnych rąk i głowy
On Wielkorządca własnego oddechu

Pytam bo w pewien sposób brałem udział w sprawie
Zwabiony tłumem przed pałacem Piłata krzyczałem
tak jak inni uwolnij Barabasza Barabasza
Wołali wszyscy gdybym ja jeden milczał
stałoby się dokładnie tak jak się stać miało
 

W górach zabija szybko rabuje rzetelnie
Albo założył warsztat garncarski
I ręce skalane zbrodnią
czyści w glinie stworzenia
Jest nosiwodą poganiaczem mułów lichwiarzem
właścicielem statków - na jednym z nich żeglował Paweł do Koryntian
lub - czego nie można wykluczyć -
stał się cenionym szpiclem na żołdzie Rzymian

Patrzcie i podziwiajcie zawrotną grę losu
o możliwości potencje o uśmiechy fortuny
A Barabasz być może wrócił do swej bandy


A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Wóz

 

Co robi

ten stuletni starzec

o twarzy jak stara księga

o oczach bez łez

zaciśniętych wargach

strzegących wspomnień

i mamrotania historii

 

teraz kiedy

zimowe góry

gasną

a Fudżijama wchodzi w gwiazdozbiór Oriona

Hirohito

stuletni starzec –cesarz bóg urzędnik

-pisze

 

nie są to akty

łaski

ani akty gniewu

nominacje

generałów

wymyślne tortury

ale utwór

na doroczny konkurs

poezji tradycyjnej

 

teraz tematem

jest wóz

forma:czcigodna tanka

pięć wersów

trzydzieści jeden stóp

  

„wsiadając do pociągu

kolei państwowych

myślę o świecie

mego dziadka imperatora Meiji”

 

wiersz

z pozoru zgrzebny

o wstrzymanym oddechu

bez sztucznych rumieńców

 

inny

niż bezwstydnie mokre

pełne tryumfalnego wycia

twory nowoczesnych

 

okruch

o kolei żelaznej

wyzbyty melancholii

pośpiechu przed daleka droga

a nawet

żalu i nadziei

myślę

ze ściśniętym sercem

o Hirohito

 

o jego pochylonych plecach

zastygłej głowie

twarzy starej lalki

 

myślę o jego

suchych oczach

małych dłoniach

powolnej myśli

jak pauza między

jednym a drugim

nawoływaniem puszczyka

 

myślę

ze ściśniętym sercem

jak potoczą się losy

poezji tradycyjnej

 

czy odejdzie

za cieniem cesarza

 

znikliwa

nieważka

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Śmierć Lwa

 

   1

 

Wielkimi susłami-

przez nieobjęte pole

pod niebem nawisłym

grudniowymi chmurami

z jasnej polany

do ciemnego boru

-ucieka Lew

 

za nim gęsta

tyraliera myśliwych

 

wielkimi susłami

z rozwianą broda

twarzą natchnioną

w ogniach gniewu

ucieka Lew

do lasu na horyzoncie

za nim

Boże pomiłuj

 

idzie zajadła

nagonka

idzie nagonka

na Lwa

 

na przodzie

Zofia Andrejewna

cała mokra

po rannym samobójstwie

wabi nawołuje

-Lowoczka-

głosem który mógłby

skruszyć kamienie

 

za nią

synowie córki

dworscy przybłędy

stójkowi popi

emancypantki

umiarkowani anarchiści

chrześcijanie analfabeci

tołstojowcy

Kozacy

i wszelka swołocz

 

baby piszczą

chłopi pohukują

 

piekło

 

   2

 

finał

na małej stacji Astapowo

drewnianej kołatce

przy żelaznej drodze

 

miłosierny kolejarz

położył Lwa do łóżka

 

teraz jest już bezpieczny

 

nad mała stacją

zapaliły się światła historii

 

Lew zamknął oczy

nie ciekaw świata

tylko zuchwały

pop Pimen

który ślubował

zawlec duszę Lwa

do raju

pochyla się nad Lwem

i przekrzykując

chrapliwy oddech

straszne głosy w piersi

chytrze pyta

-A co teraz-

-Trzeba uciekać-

mówi Lew

i jeszcze raz powtarza

-Trzeba uciekać-

-dokąd-mówi Pimen

-dokąd duszo chrześcijańska-

 

Lew zamilkł

schronił się w cień wiekuisty

wiekuiste milczenie

 

nikt nie zrozumiał proroctwa

jakby nie znano słów Pisma

 

„powstanie narodów przeciw narodowi

i królestwo przeciw królestwu

jedni polegną od miecza

a drugich zapędza w niewolę

między wszystkie narody

bo będzie to czas pomsty

aby spełniło się wszystko

co jest napisane”

 

oto nadchodzi czas

opuszczenia

błądzenia w dżungli

szalonej żeglugi

krążenia w ciemnościach

czołgania w prochu

 

czas ściąganego

 

czas Wielkiej Bestii

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Bajka o gwoździu

 

Z braku gwoździa upadło królestwo

-poucza mądrość nianiek-lecz w naszym królestwie

od dawna nie ma gwoździ nie ma i nie będzie

ani tych małych zdatnych by przybić obrazek

do ściany ani dużych tych którymi zamyka się trumnę

 

a mimo to lub może właśnie dzięki temu

królestwo trwa i nawet budzi podziw innych

jak można żyć bez gwoździa papieru i sznurka

cegły tlenu wolności i czego tam jeszcze

widocznie można skoro trwa i trwa

 

ludzie mieszkają u nas w domach nie w pieczarach

dymią fabryki w stepie prze tundrę pociąg jedzie

i beczy  statek na zimnym oceanie

jest wojsko i policja pieczęć hymn i sztandar

na pozór wszystko jak na całym świecie

 

tylko pozór bo nasze królestwo

nie jest tworem przyrody ani tworem ludzkim

niby trwałe wzniesione na kościach mamutów

w istocie słabe jakby zatrzymane

między czynem a myślą bytem a niebytem

 

upada liść i kamień to co jest realne

lecz widma żyją długo uparcie na przekór

wschodom zachodom słońca obrotom ciał niebieskich

na pohańbioną ziemię padają łzy rzeczy

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Elegia na odejście pióra atramentu lampy

1

Zaprawdę wielka i trudna do wybaczenia jest moja niewierność
bo nawet nie pamiętam dnia ani godziny
kiedy was opuściłem przyjaciele dzieciństwa

naprzód zwracam się kornie do ciebie
pióro z drewnianą obsadką
pokryte farbą lub chrupkim lakierem

w żydowskim sklepiku
- skrzypiące schodki dzwonek u drzwi oszklonych -
wybierałem ciebie
w kolorze lenistwa
i już wkrótce nosiłeś
na swym ciele
zadumę moich zębów
ślady szkolnej zgryzoty

srebrna stalówko
wypustko krytycznego rozumu
posłanko kojącej wiedzy
- że ziemia jest kulista
- że proste równoległe
w pudełku sklepikarza
byłaś jak czekająca na mnie ryba
w ławicy innych ryb
- dziwiłem się że tyle jest
przedmiotów bezpańskich
i zupełnie niemych -
potem
na zawsze moją
kładłem cię nabożnie w usta
i długo czułem na języku
smak
szczawiu
i księżyca

atramencie
wielmożny panie inkauście
o świetnych antenatach
urodzony wysoko
jak niebo wieczoru
schnący długo
rozważny
i cierpliwy bardzo
przemienialiśmy ciebie
w morze Sargassowe
topiąc w mokrych głębinach
bibułę włosy zaklęcia i muchy
aby zagłuszyć zapach
łagodnego wulkanu
apel przepaści
kto was dzisiaj pamięta
umiłowani druhowie
odeszliście cicho
za ostatnią kataraktę czasu
kto was wspomina z wdzięcznością
w erze szybkich głupiopisów
aroganckich przedmiotów
bez wdzięku
imienia
przeszłości

jeżeli o was mówię
to chciałbym tak mówić
jakbym wieszał ex voto
na strzaskanym ołtarzu

2

Światło mojego dzieciństwa
lampo błogosławiona

w sklepach starzyzny
spotykam czasem
twoje zhańbione ciało

a byłaś dawniej jasną alegorią

duchem uparcie walczącym
z demonami gnozy
cała wydana oczom
jawna
przejrzyście prosta

na dnie zbiornika
nafta - eliksir pralasów
śliski wąż knota
z płomienistą głową
smukłe panieńskie szkiełko
i srebrna tarcza z blachy
jak Selene w pełni

twoje humory księżniczki
pięknej i okrutnej

histerie primadonny
nie dość oklaskiwanej

oto
pogodna aria
miodowe światło lata
ponad wylotem szkiełka
jasny warkocz pogody

i nagle
ciemne basy
nalot wron i kruków
złorzeczenia i klątwy
proroctwo zagłady
furia kopciu

jak wielki dramaturg znałaś przybój namiętności
i bagna melancholii czarne wieże pychy

łuny pożarów tęczę rozpętane morze
mogłaś bez trudu powołać z nicości
krajobrazy zdziczałe miasto powtórzone w wodzie
na twoje skinienie pojawiali się posłusznie
szalony książę wyspa i balkon w Weronie

oddany byłem tobie
świetlista inicjacjo
instrumencie poznania
pod młotami nocy

a moja druga
płaska głowa odbita na suficie
patrzyła pełna grozy
jak z loży aniołów
na teatr świata
skłębiony
zły
okrutny

myślałem wtedy
że trzeba przed potopem
ocalić
rzecz
jedną
małą
ciepłą
wierną

tak aby ona trwała dalej
a my w niej jak w muszli

 

3

Nigdy nie wierzyłem w ducha dziejów
wydumanego potwora o morderczym spojrzeniu
bestię dialektyczną na smyczy oprawców

ani w was - czterej jeźdźcy apokalipsy
Hunowie postępu cwałujący przez ziemskie i niebieskie stepy
niszcząc po drodze wszystko co godne szacunku dawne i bezbronne

trawiłem lata by poznać prostackie tryby historii
monotonną procesję i nierówną walkę
zbirów na czele ogłupiałych tłumów
przeciw garstce prawych i rozumnych

zostało mi niewiele
bardzo mało

przedmioty
i współczucie

lekkomyślnie opuszczamy ogrody dzieciństwa ogrody rzeczy
roniąc w ucieczce manuskrypty lampki oliwne godność pióra
taka jest nasza złudna podróż na krawędzi nicości

wybacz moją niewdzięczność pióro z archaiczną stalówką
i ty kałamarzu - tyle jeszcze było w tobie dobrych myśli
wybacz nafto naftowa - dogasasz we wspomnieniach jak opuszczony obóz

zapłaciłem za zdradę
lecz wtedy nie wiedziałem
że odchodzicie na zawsze

i że będzie
ciemno

 

 

Powrót do spisu wierszy