| Wiersze | |
|
|
|
SkrzypceGuzik Księżniczka Matka i jej synek Pijacy Klawesyn Przedmioty Muszla Kraj Kot Krasnoludki Studnia Epizod w bibliotece Osa Wariatka Raj teologów Umarli Krypta Po koncercie Piekło Hotel Siedmiu aniołów Miasteczko Mur Wojna Wilk i owieczka Ballada o starych kawalerach Wieża Kawiarnia Niedźwiedzie Harfa Piraci Dziadek |
Dróżnik Od końca W drodze do Delf Wiatr i róża Kura Klasyk Malarz Pejzaże kolejowe Hermes,pies i gwiazda Szwaczka Ogród botaniczny Las Cesarz Żołnierz Słoń Martwa natura Ryby Żywot wojownika Pogrzeb młodego wieloryba Ofiarowania Ifigenii Gabinet śmiechu W szafie Samobójca Równowaga Magiel Z technologii łez Bajka japońska Sen cesarza Organista Księżyc Luneta kapitana Bajka ruska Fotoplastikon |
Weterani czterdziestodniowych potopów
doświadczeni urwaniem nieba
którzy widzieli śmierć gór
i zbawienie myszy
siedzą teraz w przyzbie
patrzą na falujące zboże
piękne jak opadanie wód
- to był bardzo szczęśliwy pomysł
powierzyć nadzieje ptakom
odtąd ich wiara jest mocna
jak gołębnik
ocaleni z płonących domów
gdzie człowiek pali się jak pierze
zaglądają we wnętrza czaszek
w bezmyślne zwoje różowej anatomii
oni którzy znają wagę ciała
mówią
dobrze zasłużyli na nieruchomość
zbrodniarz kot i astronom
złych i dobrych
porówna płytki dół
na koniec my z tęczującą grudką ziemi pod powieka
którzy dostrzegamy ruch w górę i,ruch w dół
wznoszenie się ofiar
i opuszczenie powiek
mówimy
jedni i, drudzy mają rację
chrzczonych z wody
chrzczonych z ognia
pogodzi nicość
lub miłosierdzie
i tylko nas przeciwko którym
ojcowie kościoła pisaliby broszury
contra academicos
tylko nas spotka los straszny
płomień i lament
bowiem przyjąwszy chrzest ziemi
zbyt mężni byliśmy w niepewności
Po deszczu gwiazd
na łące popiołów
zebrali się wszyscy pod strażą aniołów
z ocalałego wzgórza
można objąć okiem
całe beczące stado dwunogów
naprawdę jest ich niewielu
doliczając nawet tych którzy przyjdą
z kronik bajek i żywotów świętych
ale dość tych rozważań
przenieśmy się wzrokiem
do gardła doliny
z którego dobywa się krzyk
po świście eksplozji
po świście ciszy
ten głos bije jak źródło żywej wody
jest to jak nam wyjaśniają
krzyk matek od których odłączają dzieci
gdyż jak się okazuje
będziemy zbawieni pojedynczo
aniołowie stróże są bezwzględni
i trzeba przyznać mają ciężką robotę
ona prosi
- schowaj mnie w oku
w dłoni w ramionach
zawsze byliśmy razem
nie możesz mnie teraz opuścić
kiedy umarłam i potrzebuję czułości
starszy anioł
z uśmiechem tłumaczy nieporozumienie
staruszka niesie
zwłoki kanarka
(wszystkie zwierzęta umarły trochę wcześniej)
był taki miły - mówi z płaczem
wszystko rozumiał
kiedy powiedziałam -
głos jej ginie wśród ogólnego wrzasku
nawet drwal
którego trudno posądzić o takie rzeczy
stare zgarbione chłopisko
przyciska siekierę do piersi
- całe życie była moja
teraz też będzie moja
żywiła mnie tam
wyżywi tu
nikt nie ma prawa
- powiada -
nie oddam
ci którzy jak się zdaje
bez bólu poddali się rozkazom
idą spuściwszy głowy na znak pojednania
ale w zaciśniętych pięściach chowają
strzępy listów wstążki włosy ucięte
i fotografie
które jak sądzą naiwnie
nie zostaną im odebrane
tak to oni wyglądają
na moment
przed ostatecznym podziałem
na zgrzytających zębami
i śpiewających psalmy
Podwójna wszystkich zmysłów prawda-
przez oczy idzie karawana obrazów
są jak widok w wodzie
i między czernią między bielą
kolorów sypie się niepewność
i chwieje się w powietrzu czystym
nasz wzrok jest lustrem albo sitem
przez który sączy się po kropli
wilgotnych oczu chwiejna mądrość
na dnie słodyczy gorycz drzemie
więc krzyczy obłąkany język
a w muszli słuchu gdzie ocean
jak kłębek nici gdzie milczenie
białego cienia ciągnie kamień
jest tylko gwiazd i liści zamęt
ze środka ziemi zapach w kłębach
świat między węchem a zdziwieniem
wtedy przychodzi pewny dotyk
rzeczom przywraca nieruchomość
nad kłamstwo uszu oczu zamęt
dziesięciu palców rośnie tama
nieufność twarda i niewierna
układa palce w ranie światła
i od pozoru rzecz oddziela
o najprawdziwszy ty jedynie
potrafisz wypowiedzieć miłość
ty jedynie możesz mnie pocieszyć
bośmy oboje głusi ślepi
- na skraju prawdy rośnie dotyk
Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie
radość lub smutek
ale nie tak jak robią to inni
sięgając po promienie deszczu albo słońca
chciałbym opisać światło
które we mnie się rodzi
ale wiem że nie jest ono podobne
do żadnej gwiazdy
bo jest nie tak jasne
nie tak czyste
i niepewne
chciałbym opisać męstwo
nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa
a także niepokój
nie potrząsając szklanką pełną wody
inaczej mówiąc
oddam wszystkie przenośnie
za jeden wyraz
wyłuskany z piersi jak żebro
za jedno słowo
które mieści się
w granicach mojej skóry
ale nie jest to widać możliwe
i aby powiedzieć - kocham
biegam jak szalony
zrywając naręcza ptaków
i tkliwość moja
która nie jest przecież w wody
prosi wodę o twarz
i gniew różny od ognia
pożycza od niego
wielomównego języka
tak się miesza
tak się miesza
we mnie
to co siwi panowie
podzielili raz na zawsze
i powiedzieli
to jest podmiot
a to przedmiot
zasypiamy
z jedną ręką pod głową
a z drugą w kopcu planet
a stopy opuszczają nas
i smakują ziemię
małymi korzonkami
które rano
odrywamy boleśnie
Głos
Idę nad morze
aby usłyszeć ten głos
między jednym uderzeniem fali
a drugim
ale głosu nie ma
jest tylko starcza gadatliwość wody
słone nic
skrzydło białego ptaka
przyschnięte do kamienia
idę do lasu
gdzie trwa nieprzerwany
szum ogromnej klepsydry
przesypującej liście w czarnoziem
czarnoziem w liście
potężne żuchwy owadów
trawią milczenie ziemi
idę na pole
płyty zielone- i żółte
przytwierdzone szpilkami owadzich istnień
dźwięczą za każdym dotknięciem wiatru
gdzie jest ten głos
powinien odezwać się
gdy na chwilę zamilknie
niezmordowany monolog ziemi
nic tylko szmery
klaskanie wybuchy
wracam do domu
i doświadczenie przyjmuje
postać alternatywy
albo świat jest niemy
albo jestem głuchy
ale być może
obaj jesteśmy
napiętnowani kalectwem
musimy zatem
wziąć się pod rękę
iść przed siebie
ku nowym widnokręgom
ku skurczonym gardłom
z których wydobywa się
niezrozumiałe bulgotanie
Ankhenaton
Inskrypcja
Dusza Ankhenatona, pod postacią ptaka,usiadła na brzegu czoła,
aby odpocząć przed daleka podróżą. Lecz zamiast patrzeć w ho-
ryzont, spojrzała w twarz zmarłego. A twarz ta była jak lustro
bogów.
Próba rekonstrukcji
Po co mam wędrować
-pomyślała dusza-
przez zawiłe pytania
ku bóstwom szczekającym
po co ciemnym korytarzem
iść przez dłonie szorstkie
ku wagom wężom i skarabeuszom
tutaj zostanę
poznam sekret uszu
które leżą przy głowie
płasko jak psy
przytrzymam łodzie
słodkich powiek
aby nie wypłynęły
ku wklęsłym skroniom
wejdę w nozdrza
aż do miejsca
gdzie przysechł
ostatni zapach ziemi
i zetrę ten ślad
uwiję dwa gniazda
w kącikach ust
które milczą
i nabrzmiewają płaczem
będę pracowała
aby pogodzić
Ankhenatona z cieniem
tak mówiła dusza
ale my
którzy kamienną głowę Ankhenatona
trzymamy na kolanach
czujemy
jak ona węszy
jak ona tłucze
jak ona krzyczy
Co się stało z duszą
po tylu miłościach
ach to już nie ptak olbrzymi
białymi skrzydłami bijący
do świtu każdej nocy
motyl
wyleciał przez usta
umarłej Nefertiti
motyl
jak kolorowy
oddech
jakże daleka jest droga
od ostatniego westchnienia
do najbliższej wieczności
lata motyl nad głowa
umarłej Nefertiti
osnuwa ją w kokon
jedwabny
Nefertiti
larwo
jak długo czekać
na twój odlot
na uderzenie skrzydeł
które poniesie ciebie
w dzień-jeden
w noc-jedną
nad wszystkie bramy przepaści
nad wszystkie urwiska niebios
Jak tylko pociąg ruszył
zaczął wysoki brunet
i tak mówi do chłopca
z książką na kolanach
- kolega lubi czytać
- A lubię - odpowie tamten-
czas szybciej leci
w domu zawsze robota
tu w oczy nikogo nie kole
-No pewnie macie racje
a co czytacie teraz
- Chłopów - odpowie tamten -
bardzo życiowa książka
tylko trochę za długa
i w sam raz na zimę
Wesele także czytałem
to jest właściwie sztuka
bardzo trudno zrozumieć
za dużo osób
Potop to co innego
czytasz i jakbyś widział
dobra - powiada - rzecz
prawie tak dobra jak kino
Hamlet - obcego autora
też bardzo zajmujący
tylko ten książę duński
trochę za wielki mazgaj
tunel
ciemno w pociągu
rozmowa się nagle urwała
umilkł prawdziwy komentarz
na białych marginesach
ślad palców i ziemi
znaczony twardym paznokciem
zachwyt i potępienie
Ciernie
i róże
Święty Ignacy
biały i płomienny
przechodząc koło róży
na krzak się rzucał
kalecząc ciało
dzwonem czarnego habitu
pragnął zagłuszyć
urodę świata
która tryskała z ziemi jak z rany
i kiedy leżał na dnie
kołyski kolców
zobaczył
że krew spływająca z czoła
zastyga na rzęsach
w kształt róży
i ślepa ręka
szukająca cierni
przebita została
słodkim dotykiem płatków
płakał oszukany święty
pośród szyderstwa kwiatów
ciernie i
róże
róże i ciernie
szukamy szczęścia
Co
robią nasi umarli
Pan przyszedł dzisiaj rano
śnił mi się ojciec
mówi
jechał w dębowej trumnie
ja blisko karawanu
idę a ojciec do mnie:
ładnieście mnie ubrali
i pogrzeb bardzo piękny
tyle kwiatów o tej porze
to musi dużo kosztować
niech tam się ojciec nie martwi
mówię - niech ludzie widzą
żeśmy kochali ojca
niczego nie żałujemy
sześciu w czarnych liberiach
idzie ładnie po bokach
ojciec się zastanowił
i mówi - kluczyk od biurka
jest w srebrnym kałamarzu
w drugiej szufladzie po lewej
jest jeszcze trochę pieniędzy
za te pieniądze - mówię -
kupimy ojcu płytę
dużą z czarnego marmuru
nie trzeba - mówi ojciec -
lepiej rozdajcie biednym
sześciu w czarnych liberiach
idzie ładnie po bokach
dźwiga płonące latarnie
znów jakby
się zastanowił
- pilnujcie kwiatów w ogrodzie
nakryjcie je na zimę
nie chcą aby zmarniały
ty jesteś najstarszy - mówi -
z woreczka za obrazem
weź spinki z prawdziwą perłą
niech ci przyniosą szczęście
dostałem je od matki
kiedy zdałem maturę
potem już nic nie mówił
zasnął widocznie mocniej
tak to troszczą się o nas
nasi umarli
napominają przez sen
odnoszą zgubione pieniądze
starają się nam o posadę
szepczą numery losów
albo gdy tego nie mogą
stukają palcem w okno
a my im z wdzięczności wielkiej
wymyślamy nieśmiertelność
zaciszną jak norka myszy
Przypowieść
Poeta naśladuje glosy ptaków
wyciąga długą szyję
a wystająca grdyka
jest jak palec niezgrabny na skrzydle melodii
śpiewając wierzy głęboko
że przyspiesza wschód słońca
od tego zależy ciepło śpiewu
i czystość wysokich tonów
poeta naśladuje sen kamieni
z głową w ramionach
jest jak kawałek rzeźby
oddychającej rzadko i boleśnie
śpiąc wierzy że on jeden
zgłębi tajemnicę istnienia
i że bez pomocy teologów
chwyci w spragnione usta wieczność
czym byłby świat
gdyby nie napełniała go
nieustanna krzątanina poety
wśród ptaków i kamieni
Kołatka
Są tacy którzy w głowie
hodują ogrody
a włosy ich są ścieżkami
do miast słonecznych i białych
łatwo im pisać
zamykają oczy
a już z czoła spływają
ławice obrazów
moja wyobraźnia
to kawałek deski
a za cały instrument
mam drewniany patyk
uderzam w deskę
a ona mi odpowiada
tak - tak
nie - nie
innym zielony dzwon drzewa
niebieski dzwon wody
ja mam kołatkę
od nie strzeżonych ogrodów
uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak-tak
nie-nie
Wybrańcy gwiazd
To nie anioł
to jest poeta
nie ma skrzydeł
ma tylko upierzoną
prawą dłoń
bije tą dłonią w powietrze
ulatuje na trzy cale
i zaraz znów opada
kiedy jest całkiem nisko
odbija się nogami
na chwilę zawisa w górze
wymachując upierzoną dłonią
ach gdyby oderwać się od przyciągania gliny
mógłby zamieszkać w gnieździe gwiazd
mógłby skakać z promienia na promień
mógłby
ale gwiazdy
na samą myśl
że byłyby jego ziemią
przerażone spadają
poeta przesłania oczy
upierzoną dłonią
nie marzy już o locie
ale o upadku
co kreśli jak błyskawica
profil nieskończoności
1
Ci którzy
malują małe lusterka jezior
obłoki i łabędzie sceny przy strumieniu
ci którzy jak nikt potrafią oddać słodycz snu
nagie ramię pod głową otwarty liść i niebo
a jeśli już odważą się opowiadać morze
łatwo mieszczą to słowo w ustach o brzegach różowych
oni noszą nas w małych koszykach z wikliny
i składają na piersi z której piliśmy ongi
nie krzyczmy na nich że świat ich bez burzy
zwiędnie jak kwiat zerwany o zachodzie słońca
ich mała krągła ciepła rzeczywistość
jak policzek pasterza kiedy gra na flecie
oni myśleli że znajdziemy szczęście
w zacisznym sercu krajobrazu z tęczą
2
ci którzy malują wnętrza golarni
niechlujne staruszki osły i warzywa
sceny pijackie brutalnych żołdaków
wszystko to ciężkim i brązowym ugrem
a promień światła który się przedziera
między belkami okopconej izby
na stół upada na nim porzucone
soczyste żółcie omglone błękity
promień jest na to aby na nim ostrzyć
surowy pędzel zgarbionego mistrza
więc przenikają wnętrza czynszowych kamienic
i zaglądają w serce jak w mieszek srebrników
i tylko widzą ślepca który liczy perły
dziewczynę pohańbioną bitych oszukanych
ciemny płacz nisko i sznury na strychu
o jasną wodę potopów
uprasza pędzel
3
na koniec oni
autorzy płócien podzielonych na prawą stroną i lewą stronę
którzy znają tylko dwa kolory
kolor tak i kolor nie
wynalazcy prostych symbolów
otwartych dłoni i zaciśniętych pięści
śpiewu i płaczu
ptaków i pocisków
uśmiechów i szczerzenia zębów
którzy mówią
potem kiedy zamieszkamy w owocach
będziemy używali subtelnego koloru "może"
i "pod pewnym warunkiem" o perłowym połysku
ale teraz ćwiczymy dwa chóry
i na pustą scenę
pod oślepiające światło
rzucamy ciebie
z okrzykiem: wybieraj póki czas
wybieraj na co czekasz
wybieraj
I aby ci pomoc nieznacznie popychamy języczek wagi
Nigdy o tobie
Nigdy o tobie nie ośmielam się mówić
ogromne niebo mojej dzielnicy
ani o was dachy powstrzymujące wodospad powietrza
piękne puszyste dachy włosy naszych domów
milczę także o was kominy laboratoria smutku
porzucone przez księżyc wyciągające szyje
i o was okna otwarte-zamknięte
które pękacie w poprzek gdy umieramy za morzem
Nie opiszę nawet domu
który zna wszystkie ucieczki i moje powroty
choć mały jest i nie opuszcza powieki zamkniętej
nic nie odda zapachu zielonej portiery
ani skrzypienia schodów po których wnoszą zapaloną lampę
ani liścia nad bramą
Chciałbym właściwie napisać o klamce furtki tego domu
o jej szorstkim uścisku i przyjaznym skrzypieniu
i choć wiem o niej tak wiele
powtarzam tylko okrutnie pospolitą litanię słów
Tyle uczuć mieści się między jednym uderzeniem serca a drugim
tyle przedmiotów można ująć w obie ręce
Nie dziwcie się że nie umiemy opisywać świata
tylko mówimy do rzeczy czule po imieniu
Niepoprawność
Oto jest moje piękno niepoważne
a kruche jest jak włosy i jak szkło
układam swe przyrządy śpiewne
na brzegu stolic przeddzień grozy
tu mały kubek upojenia
i struna jak zabity świerszcz
lutnia nie większa niż dłoń dziecka
fałszywy cień zmyślony śmiech
oto szkatułka barw zachodu
puzderko pieszczot łez flakonik
muzyki pukiel i młodości
to będę niósł jak chleb i miłość
mijając ciałem tor żelaza
oto jest moje kruche piękno
układam swe przyrządy śpiewne
na brzegu mórz na lotnym piasku
a fala widząc moją płochość
kamień podaje zamiast kwiatu
Dojrzałość
Dobre jest to co minęło
dobre jest to co nadchodzi
a nawet dobra jest
teraźniejszość
W gnieździe uplecionym z ciała
żył ptak
bil skrzydłami o serce
nazywaliśmy go najczęściej : niepokój
a czasem: miłość
wieczorami
szliśmy nad rwącą rzekę żalu
można się było przejrzeć w rzece
od stop do głów
teraz
ptak upadł na dno chmury
rzeka utonęła w piasku
bezradni jak dzieci
i doświadczeni jak starcy
jesteśmy po prostu wolni
to znaczy gotowi odejść
W nocy przychodzi miły staruszek
ujmującym gestem zaprasza
- jak się nazywasz - pytamy strwożeni
- Seneka - tak mówią ci którzy kończyli gimnazjum
a ci którzy nie, znają łaciny
wołają mnie: umarły
Oczy tylko zamknąć-
krok mój oddala się ode mnie
jak głuchy dzwon pochłonie go powietrze
i głos mów własny głos który z daleka woła
zamarza w kłębek pary
ręce opadają
złożone wokół wołających ust
ślepe zwierzę dotyk
cofnie się w głąb
w pieczary ciemne i wilgotne
zostanie zapach ciała
palący się wosk
wtedy rośnie we mnie
nie strach nie miłość
ale biały kamień
więc to tak się spełnia
los co rysuje nas na lustrze płaskorzeźby
widzę zaklęsną twarz wypukła pierś i głuche muszle kolan
stopy zadarte wiązkę suchych palców
głębszy niż ziemi krew
bujniejszy niż drzewo
jest biały kamień
obojętna pełnia
lecz znów krzyczą oczy
kamień się cofa
znów jest ziarenkiem piasku
zatopionym pod sercem
połykamy obrazy wypełniamy pustkę
głos się zmaga z przestrzenią
uszy ręce usta drżą pod wodospadami
w muszlę nozdrzy wpływa
okręt wiozący aromat Indii
i zakwitają tęcze od nieba do oczu
czekaj biały kamieniu
oczy tylko zamknąć
Balkony
Balkony eheu nie jestem pasterzem
nie dla mnie gaj mirtowy strumień i obłoki
zostały mi balkony wygnany arkadyjczyk
patrzeć muszę na dachy jak na pełne morze
gdzie okrętów tonących skarga dymi długa
cóż mi zostało cóż krzyk mandolin
lot krótki i upadek na kamienne dno
gdzie się czeka wśród gapiów na przypływ wieczności
oddając w zamian trochę krwi
nie tego czekałem nie to nie jest młodość
stać z głową w bandażach i ręce przyciskać
i mówić głupie serce przestrzelony ptaku
zostań tu na urwisku jest w zielonej skrzynce
groszek pachnący i kwiaty nasturcji
idzie wiatr przedwieczorny od strzyżonych ogrodów
z łupieżem na kołnierzu bryza chromy sztorm
sypie się tynk na pokład na pokład balkonu
z głową w bandażach szczątkiem liny jak kosmykiem włosów
stoją wśród kamiennej powagi starczych żywiołów
tak zegarze tak trucizno to będzie jedyna podróż
podroż promem na drugi brzeg rzeki
nie ma tam cienia morza ani cienia wysp
są tylko cienie naszych bliskich
tak tylko podróż promem tylko prom na koniec
o balkony jaki ból żebracy śpiewają na dnie
i do ich zawodzenia przyłącza się głos
głos pojednania przed podróżą promem
- wybaczcie nie dość was kochałem
trwoniłem młodość szukając prawdziwych ogrodów
i wysp prawdziwych w grzmocie fal
Pokój
umeblowany
W tym pokoju są trzy walizki
łóżko nie moje
szafa z pleśnią lustra
kiedy otwieram drzwi
sprzęty nieruchomieją
ogarnia mnie zapach znajomy
pot bezsenność i pościel
jeden obrazek na ścianie
przedstawia Wezuwiusza
z pióropuszem dymu
nie widziałem Wezuwiusza
nie wierzę w czynne wulkany
drugi obraz
to wnętrze holenderskie
z mroku
kobiece ręce
nachylają dzbanek
z którego sączy się warkocz mleka
na stole nóź serweta
chleb ryba pęczek cebuli
idąc za złotym światłem
wchodzimy na trzy schody
przez uchylone drzwi
widać kwadrat ogrodu
liście oddychają światłem
ptaki podtrzymują słodycz dnia
nieprawdziwy świat
ciepły jak chleb
złoty jak jabłko
odrapane tapety
meble nie oswojone
bielma luster na ścianach
to są wnętrza prawdziwe
w pokoju moim
i trzech walizek
dzień się roztapia
w snu kałuży
Deszcz
Kiedy mój starszy brat
wrócił z wojny
miał na czole srebrną gwiazdkę
a pod gwiazdką
przepaść
to odłamek szrapnela
trafił go pod Verdun
a może pod Grunwaldem
(szczegółów nie pamiętał)
mówił dużo
wieloma językami
ale najbardziej lubił
język historii
do utraty
oddechu
podrywał z ziemi poległych kolegów
Rolanda Feliksiaka Hannibala
krzyczał
że to ostatnia wyprawa krzyżowa
że wkrótce Kartagina padnie
a potem wśród szlochu wyznawał
że Napoleon go nie lubi
patrzyliśmy
jak blednie
zmysły go opuszczały
wolno obracał się w pomnik
w muzyczne muszle uszu
wstąpił kamienny las
a skóra twarzy
zapięta została
na niewidome i suche
dwa guziki oczu
został mu tylko
dotyk
co za historie
opowiadał rękami
w prawej miał romanse
w lewej wspomnienia żołnierskie
zabrali mego brata
i wywieźli za miasto
wraca teraz co jesień
szczupły i cichy
nie chce wchodzić do domu
puka o szybę bym wyszedł
chodzimy sobie po ulicach
a on mi opowiada
niestworzone historie
dotykając twarzy
ślepymi palcami płaczu
Pan
od przyrody
Nie mogę przypomnieć sobie
jego twarzy
stawał wysoko nade mną
na długich rozstawionych nogach
widziałem
zloty łańcuszek
popielaty surdut
i chudą szyję
do której przyszpilony był
nieżywy krawat
on pierwszy pokazał nam
nogę zdechłej żaby
która dotykana igłą
gwałtownie się kurczy
on nas wprowadził
przez zloty binokular
w intymne życie
naszego pradziadka
pantofelka
on przyniósł
ciemne ziarno
i powiedział: sporysz
z jego namowy
w dziesiątym roku życia
zostałem ojcem
gdy po napiętym oczekiwaniu
z kasztana zanurzonego w wodzie
ukazał się żółty kiełek
i wszystko rozśpiewało się
wokoło
w drugim roku wojny
zabili pana od przyrody
łobuzy od historii
jeśli poszedł do nieba -
może chodzi teraz
na długich promieniach
odzianych w szare pończochy
z ogromną siatką
i zielona skrzynką
wesoło dyndającą z tyłu
ale jeśli nie poszedł do góry -
kiedy na leśnej ścieżce
spotykam żuka który gramoli się ;
na kopiec piasku
podchodzę
szastam nogami
i mówię:
- dzień dobry panie profesorze
pozwoli pan że mu pomogę -
przenoszę go delikatnie
i długo za nim patrzę
aż ginie
w ciemnym pokoju profesorskim
na końcu korytarza liści
Jak gęsta mgła
szary opar nad głowa
tylko pręty bambusów
widzę przed oczyma
gdzie jest niebo
potrząsające obłokami
i światłem
piękni panowie
na tarasie słońca
oglądają słowika i różę
na nitkach jedwabiu
piękni panowie
recytują modlitwy
przed oczami ich dynda
złoty warkocz pogody
krzyk dzikich ptaków
gęsta mgła
widzę rzęsisty szary
deszcz bambusów
Madonna
z lwem
Przez ziemię można na osiołku
ale naprawdę jedzie Maria
na księżycu tłustym jak karp
i błyszczącym jak talerz golibrody
Drzewa Rodzaju podnoszą głowy
inicjałowe kwiaty wzdychają cudnie
bądź pochwalona - wołają ptacy
- dzień dobry - odpowiada królowa proroków
żona cieśli
Maria
ale najbardziej lubi podróżować
na płowym i wygimnastykowanym lwie
który idzie łagodnie i lekko
a kiedy grzywą potrząsa
strzelają oswojone pioruny
Ten lew jest nieludzko dobry
wszystko bierze poważnie
pod każdym drzewem węszy symbole
za Marię kroczy Angiel obosieczny
pełen słów ostatecznych
a trochę za nim ulubieniec Marii - Janioł
niesie za nią płaszcz i cień jej złożony we czworo
Janioł jest pulchny i dobroduszny
nie ma tylko słuchu
Już dojeżdżają
lew porykuje czując oborę pełną marchwi
na końcu bukszpanowego szpaleru
kolorowa bariera raju
Siódmy anioł
Siódmy anioł
jest zupełnie inny
nazywa się nawet inaczej
Szemkel
to nie co Gabriel
złocisty
podpora tronu
i baldachim
ani to co Rafael
stroiciel chórów
ani także
Azrael
kierowca planet
geometra nieskończoności
doskonały znawca fizyki teoretycznej
Szemkel
jest czarny i nerwowy
był wielokrotnie karany
za przemyt grzeszników
między otchłanią
a niebem
jego tupot nieustanny
nic nie ceni swojej godności
i utrzymują go w zastępie
tylko ze względu na liczbę siedem
ale nie jest taki jak inni
nie to co hetman zastępów
Michał
cały w łuskach i pióropuszach
ani to co Azrafael
dekorator świata
opiekun bujnej wegetacji
ze skrzydłami jak dwa dęby szumiące
ani nawet to co
Dedrael
apologeta
i kabalista
Szemkel Szemkel
- sarkają aniołowie
dlaczego nie jesteś doskonały
malarze bizantyńscy
kiedy malują siedmiu
odtwarzają Szemkela
podobnego do tamtych
sądzę bowiem
że popadliby w herezję
gdyby wymalowali go
takim jak jest
czarny nerwowy
w starej wyleniałej aureoli
Zastukaj palcem w ścianę -
z dębowego klocka
wyskoczy
kukułka
wywoła drzewa
jedno i drugie
aż stanie
las
zaświstaj cienko -
a pobiegnie rzeka
mocna nić
którą związano
góry z dolinami
chrząknij znacząco -
oto miasto
z jedną wieżą
szczerbatym murem
i domkami żółtymi
jak kostki do gry
teraz
zamknij oczy
spadnie śnieg
zgasi
zielone płomyki drzew
wieżę czerwoną
pod śniegiem
jest noc
z błyszczącym zegarem na szczycie
sową krajobrazu.
O tłumaczeniu wierszy
Jak trzmiel niezgrabny
siadł na kwiecie
aż zgięła się łodyga wiotka
przeciska się przez rzędy płatków
podobnych słownikowym kartkom
do środka dąży
gdzie aromat i słodycz jest
i choć ma katar
i brak mu smaku
jednak dąży
aż bije głową
w żółty słupek
i tu już koniec
trudno wniknąć
przez kielich kwiatów
do korzeni
więc trzmiel wychodzi
bardzo dumny
i głośno brzęczy:
byłem w środku
tym zaś
co mu nie całkiem wierzą
nos pokazuje
z żółtym pyłem
Różowe
ucho
Myślałem
znam ją przecież dobrze
tyle lat żyjemy razem
znam
ptasią głowę
białe ramiona
i brzuch
aż pewnego razu
w zimowy wieczór
usiadła przy mnie
i w świetle lampy
padającym z tylu
ujrzałem różowe ucho
śmieszny płatek skory
muszla z żyjącą krwią
w środku
nic wtedy nie powiedziałem -
dobrze byłoby napisać
wiersz o różowym uchu
ale nie taki żeby powiedzieli
też sobie temat wybrał
pozuje na oryginała
żeby nawet nikt się nie uśmiechnął
żeby zrozumieli że ogłaszam
tajemnicę
nic wtedy nie powiedziałem
ale nocą kiedy leżeliśmy razem
delikatnie próbowałem
egzotyczny smak
różowego ucha
Epizod
Idziemy nad morzem
trzymając mocno w rękach
dwa końce starożytnego dialogu
- kochasz mnie
- kocham
ze ściągniętymi brwiami
streszczam całą mądrość
dwu testamentów
astrologów proroków
filozofów z ogrodów
i filozofów klasztornych
a brzmi to bez mała tak:
- nie płacz
- bądź dzielna
- popatrz wszyscy ludzie
wydymasz wargi i mówisz
- powinieneś być kaznodzieją -
i zagniewana odchodzisz
nie kocha się moralistów
cóż mam powiedzieć nad brzegiem
małego martwego morza
woda powoli wypełnia
kształty stóp które znikły
Jedwab
duszy
Nigdy
nie mówiłem z nią
ani o miłości
ani o śmierci
tylko ślepy smak
i niemy dotyk
biegały między nami
gdy pogrążeni w sobie
leżeliśmy blisko
muszę
zajrzeć do jej wnętrza
zobaczyć co nosi
w środku
gdy spala
z otwartymi ustami
zajrzałem
i co
i co
jak myślicie
co zobaczyłem
spodziewałem się
gałęzi
spodziewałem się
ptaka
spodziewałem się
domu
nad wodą wielką i cichą
a tam
na szklanej płycie
zobaczyłem parę
jedwabnych pończoch
mój Boże
kupię jej te pończochy
kupię
ale co zjawi się wtedy
na szklanej płycie
małej duszy
czy będzie to rzecz
której nie dotyka się
ani jednym palcem marzenia
Moje miasto
Ocean układa na dnie
gwiazdę soli
powietrze destyluje
błyszczące kamienie
ułomna pamięć tworzy
plan miasta
rozgwiazdę ulic
planety dalekich placów
ogrodów zielone mgławice
emigranci w złamanych kaszkietach
skarżą się na ubytek substancji
skarbce z dziurawym dnem
ronią drogie kamienie pozostali w sile wieku
śniło mi się że idę
z domu rodziców do szkoły
wiem przecież którędy idą
po lewej sklep Paszandy
trzecie gimnazjum księgarnie
widać nawet przez szybę
głową starego Bodeka
chcą skręcić do katedry
widok się nagle urywa
nie ma dalszego ciągu
po prostu nie można iść dalej
a przecież dobrze wiem
to nie jest ślepa ulica
ocean lotnej pamięci
podmywa kruszy obrazy
w końcu zostanie kamień
na którym mnie urodzono
co noc
staję boso
przed zatrzaśniętą bramą
mego miasta
1
Wyprowadzają ich rano
na kamienne podwórze
i ustawiają pod ścianą
pięciu mężczyzn
dwu bardzo młodych
pozostali w sile wieku
nic więcej
nie da się o nich powiedzieć
2
kiedy pluton podnosi
broń do oka
wszystko nagle staje
w jaskrawym świetle
oczywistości
żółty mur
zimny błękit
czarny drut na murze
zamiast horyzontu
jest to moment
buntu pięciu zmysłów
które rade by uciec
jak szczury z tonącego okrętu
zanim kula dojdzie do miejsca przeznaczenia
oko zauważy nadlatujący pocisk
słuch utrwali stalowy szelest
nozdrza napełnią się ostrym dymem
muśnie podniebienie płatek krwi
a dotyk skurczy się i rozluźni
teraz już leżą na ziemi
cieniem nakryci po oczy
pluton odchodzi
ich guziki rzemienie
i stalowe hełmy
są bardziej żywe
od tych leżących pod murem
3
nie dowiedziałem się dzisiaj
wiem o tym nie od wczoraj
więc dlaczego pisałem
nieważne wiersze o kwiatach
o czym mówiło pięciu
w nocy przed egzekucja
o snach proroczych
o przygodzie w burdelu
o częściach samochodów
o morskiej podróży
o tym, że jak miał piki
nie trzeba było zaczynać
o tym że wódka najlepsza
po winie boli głowa
o dziewczynach
owocach
życiu
a zatem można
używać w poezji imion greckich pasterzy
można kusić się o utrwalenie barwy porannego nieba
pisać o miłości
a także
jeszcze raz
ze śmiertelna powaga
ofiarować zdradzonemu światu
różę
1
Napisał pierwszy wiersz o róży
i sztuczną obmył w deszczu łez
gimnazjum
klasa II A
przysięgał na jedyne serce
że zawsze będzie pięknej bronił
i nie ulęknie się przemocy
że nigdy nigdy
zawsze zawsze
pod pulpitem ławki
leży ten chłopak
przyciskając do piersi
nieporadne wyznanie
na pulpicie jego nazwisko
wzór na objętość stożka
odmiana puer bonus
i słowo Jadzia
2
tercjan wybiegł z wielkim dzwonkiem
otworzył usta
i zadzwonił na pożar
odwracały się szybko obrazy
biały budynek stał się czerwony
a potem w obraz wstąpiły drzewa
które stały za szkoła
na podwórze
gdzie bawili się chłopcy
wbiegli uzbrojeni mężczyźni
i rozpoczęła się łapanka
ci którym udało się uciec
zbiec do lasu
bawili się dalej
w żandarma i zbójów
3
ten z II A-
ale właściwie był to
zupełnie inny chłopiec
handlujący walutami
bity po twarzy
wieziony na stracenie
leząc na betonie
uparcie czołgający się
za miską napełnioną
głodem życia
obdarty do kości
a jednak żywy
kiedy go wyzwolono
płakał że wstydu
zapłakał po raz drugi
4
trzeba mu oddać sprawiedliwość
nieprędko zgodził się na życie
przybierał wartki strumień zdarzeń
on stał na pustkowiu i zawodził
szukał pamiątek po ruinach
modlił się imionami zmarłych
poezja córka jest pamięci
stoi na straży ciał w pustkowiu
szelesty wierszy tyle warte
ile jest w nich oddechu tamtych
siedzi samotny przy stoliku
bębni palcami woła pustkę
5
przysiadł się życzliwy
i mówił
nie można patrzeć jak się męczysz
i nawet piszesz gorzej
wypiją ciebie
chciwe usta umarłych
na jednej strunie
wygrasz tylko skargę komara
odrzucą ciebie
chciwe ręce żywych
wiem
trudno się z tym zgodzić
nie wszystko jest tak
jak być powinno
zwróć jednak
kroki ku przyszłości
wyjdź ze wspomnień
do ziemi nadziei
próbowałeś przekrzyczeć czas
zwracając się do zmarłych
spróbuj przekrzyczeć czas
zwracając się do nienarodzonych
nikt nie chce
abyś zdradzał siebie
pozostań w swojej sferze
pisz o tym czego nie ma
6
czyta poeta nocą
broszurki z ekonomii
nocą buduje poeta
raj dla swoich umarłych
jest to biały blok
jak kawał sera
w którym każdy będzie miał swój otwór
tłusty cichy i ciepły
ten raj będzie gotowy
gdy skończy się wielka walka klas
i gdy z hektara będziemy
otrzymywać tyle a tyle
zabłyśnie wtedy
miliard żarówek
i głośniki zaniosą się pieśnią
7
znów poeta pisze
przyzywa nienarodzonych
do raju przyszłości
ponad kamienna przepaścią
rozpina most ze słomki
przebiega po nim
lekkomyślny jak nadzieja
8
odbudowano poecie
stolik w środku miasta
odbudowano kawiarnie
akwarium dla artystów
teraz już nie jest sam
siedzi z nim młody muzyk
pewien rzeźbiarz
rudy krytyk
i dwie modelki
jak dobrze iść z ludem
-myśli poeta-
i przebiera pod stolikiem nogami
czasem dyskutują o tym
czy dyktatura proletariatu
nie wyklucza prawdziwej sztuki
potem patrzą na siebie
i wybuchają śmiechem
że jeszcze nie odwykli
od pytań retorycznych
Do
pięści
Piec palców co po strunach chodzą
zegna się jak żelazo w ogniu
w owoc granatu martwy splot
i dziesięć palców pazie pieszczot
uklękną zedrą czuły jedwab
i umrę jak umiera liść
tysiące palców kwiatów dłoni
otwarta przyjaźń ziarno ważą
i dnia długiego snują kokon
wtedy przychodzi wielki rządca
mąci się nitka przyjaźń plącze
i pustych słów makówka dzwoni
potem zakrzepła krew w sztandarach
i palców węzeł ponad głową
taki sam węzeł w mózgu pięść
Prośba
Naucz nas także palce zwijać
i drzwi podpierać z tamtej strony
pokojów próżnej już miłości
niech kiedy trzeba będzie pięścią
to co marzyło tak o szczęściu
i osłaniało chudy płomyk
a potem po skończonej walce
pozwól nam rozprostować palce
choćby już była tylko pustka
gdy w dłoń otwartą przyjmiesz klęskę
gdy czaszkę w czułe palce weźmiesz
zacznie się wtedy jeszcze raz
otwartych dłoni wielka sprawa
po strunach podroż po zabawach
ostatnie ziarno ocalenia
Ornamentatorzy
Pochwaleni niech będą ornamentatorzy
ozdabiacze i sztukatorzy
twórcy aniołków fruwających
i ci także którzy robią wstążki
a na wstążkach napisy krzepiące
(pod wstążkami wiatr od wyschłych rzek)
a także skrzypkowie i fleciści
którzy dbają aby ton był czysty
oni strzegą arii Bacha na strunie G
no i ma się rozumieć poeci
bowiem stają w obronie dzieci
mówią uśmiech dłonie i oczy
oni mają rację nie jest sprawą sztuki
prawdy szukać to są rzeczy nauki
sztukatorzy czuwają nad ciepłem serca
żeby była nad bramą mozaika
gołąb gałąź albo słońce w kwiatach
(ktoś za bramą ciągnie symbole za sznurek)
są już takie słowa kolory i rytmy
co się śmieją i płaczą jak żywe
sztukatorzy przechowują te słowa
że się pędzi przy tym ciemne młyny
my się o to sztukatorzy nie martwimy
my jesteśmy partią życia i radości
na ulicy radosnych pochodów
szary mur więzienny w oczy kłuje
brzydka plama w krajobrazie idealnym
sztukatorów co najlepszych wezwali
całą noc sztukatorzy malowali
nawet plecy tych co siedzą z tamtej strony na różowo
Pieśń
o bębnie
Odeszły pasterskie fletnie
złoto niedzielnych trąbek
zielone echa waltornie
i skrzypce takie odeszły
pozostał tylko bęben
i bęben gra nam dalej
odświętny marsz żałobny marsz
proste uczucia idą w takt
na sztywnych nogach
dobosz gra
i jedna myśl i słowo jedno
gdy bęben wzywa stromą przepaść
niesiemy kłosy lub nagrobek
co mądry nam wywróży bęben
gdy w skórę bruków bije krok
ten hardy krok co świat przemieni
na pochód i na okrzyk jeden
nareszcie idzie ludzkość cała
nareszcie każdy trafił w krok
cielęca skóra pałki dwie
rozbiły wieże i samotność
i stratowane jest milczenie
a śmierć niestraszna kiedy tłumna
kolumna prochu nad pochodem
rozstąpi się posłuszne morze
zejdziemy nisko do czeluści
do pustych piekieł oraz wyżej
nieba sprawdzamy nieprawdziwość
i wyzwolony od przestrachów
w piasek się zmieni cały pochód
niesiony przez szyderczy wiatr
i tak ostatnie echo przejdzie
po nieposłusznej pleśni ziemi
zostanie tylko bęben bęben
dyktator muzyk rozgromionych
Mały
ptaszek
O drzewo rozłożyste jak drzewo rodzaju
nam ptakom przeznaczone na zielony dom
pod oddechem wstrzymanym wirujących sfer
pośród piasku i gliny pośród gliny i piasku
w środku pustyń do których miłujący wiatr
przynosi tylko suchy deszcz popiołów
jakże mieszkać gdzie indziej niż na drzewie jedynym
gdy słychać gęste krople spadających pszczół
i szumi liści pełny dzban
ja mały ptaszek znam swe miejsce znam
przykuty do gałęzi chciałbym liściem być
najmniejszym listkiem który drży
- bo mówi mądry wąż który na drzewie mieszka
który drzewo oplata który drzewem rządzi
że zginie ten który opuści drzewo
od pragnienia i głodu ze strachu przed sobą
choćby swoją ucieczkę nazwał pięknie wolność
zaprawdę wam powiadam mówi mądry wąż
jeśli wy nie będziecie posłuszne jak liście
równie pokorne słabe i wiatrom powolne
zginiecie i zaginie wszelki po was ślad
ja mały ptaszek znam swą wartość znam
nie jestem jak ów świerszcz co pod kamieniem siedzi
swobodny lekkomyślny bo ma tylko łuskę
która wkrótce zostanie - pusty pomnik po nim
a my mamy historię i ruiny gniazd
i domy bardzo mądrze wyłożone puchem
i szkolą śpiewu która jak ufamy
przetrwa gwiazd roje nieme i niemuzykalne
- gdy zginie ptak to zaraz w niebie dziura
przez którą sypie szary proch na zieleń ziemi -
*
ofiara skrzydeł naprzód boli
a z tego bólu można śpiewać
potem się kocha nieruchomość
i strach dyktuje słowo pieśni
tą pieśnią oddalając wyrok
posłuszni instynktowi życia
na dnie skrywamy iskrę buntu
kiedy chwalimy słodką przemoc
przez wąskie gardło długie ody
od tego pewnie gardło pęka
i pęka serce gdy za blisko
przybliży oczy nieruchome
ty co pod drzewem czytasz książkę
i pośród ludzi jesteś ptakiem
tobie to pióro - jeśli możesz
elegię napisz na mój zgon
pióro zachowaj w nim kolory
strachu miłości i rozpaczy
może napiszesz nim poemat
o doli ptaków w srogich czasach
Obłudnym
Przypowieść o emigrantach rosyjskich
Było to w roku dwudziestym
a może dwudziestym pierwszym
przyjechali do nas
rosyjscy emigranci
bardzo wysocy blondyni
o marzycielskich oczach
z kobietami jak sen
kiedy przez rynek przechodzili
mówiliśmy - wędrowne ptaki
chodzili na ziemiańskie bale
szeptano wokół - co za perły
ale gdy gasły światła zabaw
bezradni zostawali ludzie
szare gazety wciąż milczały
i tylko pasjans się litował
milkły gitary za oknami
i nawet bladły oczy czarne
wieczorem do rodzinnych stacji
zawoził ich samowar z gwizdkiem
po paru latach mówiono
tylko o trojgu
o tym który zwariował
o tym który się powiesił
i o tej do której chodzili mężczyźni
reszta żyła na uboczu
i wolno obracała się w proch
Tę przypowieść opowiada Mikołaj
który rozumie konieczność dziejów
aby mnie przerazić to znaczy przekonać
Obłudnym protektorom
Bawiłem
się na ulicy
nikt mną się nie zajmował
robiłem babki z piasku
mrucząc pod nosem Rimbauda
raz starszy pan to posłyszał
jesteś chłopcze poetą
my właśnie teraz robimy
oddolny ruch literacki
pogładził po brudnej główce
dal mi dużego lizaka
a nawet kupił ubranie
w ochronnej barwie młodości
takiego ślicznego ubrania
nie miałem od pierwszej komunii
krótkie spodenki i wielki
marynarski kołnierzyk
czarne lakierki z klamrą
białe skarpetki do kolan
wziął starszy pan za rękę
i poprowadził na bal
tam byli inni chłopcy
także w krótkich spodenkach
starannie wygoleni
szurający nogami
no teraz bawcie się chłopcy
dlaczego stoicie po kątach
- pytali starsi panowie
no zróbcie koło młyńskie
a myśmy nie chcieli berka
nie chcieliśmy ciuciu babki
dość mieliśmy starszych panów
byliśmy bardzo głodni
więc zaraz nas posadzono
wokół wielkiego stołu
dano nam wody z sokiem
i po kawałku tortu
teraz wstawali chłopcy
przebrani za dorosłych
grubym głosem chwalili
lub bili nas po łapach
niczegośmy nie słyszeli
niczegośmy nie czuli
wpatrzeni wielkimi oczami
w kawałek tortu który
coraz bardziej się topił
w gorących naszych rękach
i słodycz ta pierwsza w życiu
ginęła w ciemnym rękawie
Substancja
Ani w głowach które gasi ostry cień proporców
ani w piersiach otwartych poniechanych na rżysku
ani w dłoniach dźwigających zimne berło i jabłko
ani w sercu dzwonu
ani pod stopami katedry
nie zawiera się wszystko
ci którzy toczą wózki po źle brukowanym przedmieściu
i uciekają z pożaru z butlą barszczu
którzy wracają na ruiny nie po to by wołać zmarłych
ale aby odnaleźć rurę żelaznego piecyka
głodzeni - kochający życie
bici w twarz - kochający życie
których trudno nazwać kwiatem
ale są ciałem
to jest żywą plazmą
dwoje rąk do zasłaniania głowy
dwoje nóg szybkich w ucieczce
zdolność zdobywania pokarmu
zdolność oddychania
zdolność przekazywania życia pod murem więziennym
giną ci
którzy kochają bardziej piękne słowa niż tłuste zapachy
ale jest ich na szczęście niewielu
naród trwa
i wracając z pełnymi workami ze szlaków ucieczki
wznosi luk triumfalny
dla pięknych umarłych
Odpowiedź
To będzie noc w głębokim śniegu
który ma moc głuszenia kroków
w głębokim cieniu co przemienia
ciała na dwie kałuże mroku
leżymy powstrzymując oddech
i nawet szept najlżejszy myśli
jeśli nas nie wyśledzą wilki
i człowiek w szubie co kołysze
na piersi szybkostrzelną śmierć
poderwać trzeba się i biec
w oklasku suchych krótkich salw
na tamten upragniony brzeg
wszędzie ta sama ziemia jest
naucza mądrość wszędzie człowiek
białymi łzami płacze
matki kołyszą dzieci
księżyc wschodzi
i biały dom buduje nam
to będzie noc po trudnej jawie
ta konspiracja wyobraźni
ma chleba smak i lekkość wódki
lecz wybór by pozostać tu
potwierdza każdy sen o palmach
przerwie sen nagle wejście trzech
wysokich z gumy i żelaza
sprawdzą nazwisko sprawdzą strach
i zejść rozkażą w dół po schodach
nic z sobą zabrać nie pozwolą
prócz współczującej twarzy stróża
helleńska
rzymska średniowieczna
indyjska elżbietańska włoska
francuska nade wszystko chyba
trochę weimarska i wersalska
tyle dźwigamy naszych ojczyzn
na jednym grzbiecie jednej ziemi
lecz ta jedyna której strzeże
liczba najbardziej pojedyncza
jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt
lub szpadlem który hardo dzwoni
tęsknocie zrobią spory dół
Stoimy na granicy
wyciągamy ręce
i wielki sznur z powietrza
wiążemy bracia dla was
z krzyku załamanego
z zaciśniętych pięści
odlewa się dzwon i serce
milczące na trwogę
proszą ranne kamienie
prosi woda zabita
stoimy na granicy
stoimy na granicy
stoimy na granicy
nazywanej rozsądkiem
i w pożar się patrzymy
i śmierć podziwiamy
1956
Skrzypce
Skrzypce są nagie. Mają chude ramionka. Niezdarnie chcą się nimi zasłonić. Płaczą ze wstydu i zimna. Dlatego. A nie, jak twierdzą recenzenci
muzyczni, żeby było piękniej. To nieprawda.
Guzik
Najładniejsze bajki są o tym, że byliśmy mali. Ja lubię najbardziej tę, jak to raz połknąłem kościany guzik. Mama wtedy płakała.
Księżniczka
Księżniczka najbardziej lubi leżeć twarzą do podłogi. Podłoga pachnie prochem, woskiem i nie wiadomo - czym. W szparach księżniczka ukrywa swoje skarby i czerwony koralik, srebrny drucik i jeszcze cos, o czym nie mogą powiedzieć, bo poprzysiągłem.
Matka i jej synek
W chatce na skraju lasu mieszkała sobie matka i jej synek. Oni kochali się. Bardzo. Razem oglądali zachody słońca i hodowali oswojone godziny. Nie chcieli także umrzeć. Ale mama umarła.
Synek został. Naprawdę był to dość stary dywanik przed łóżko.
Pijacy
Pijacy są to ludzie, którzy piją do dna i duszkiem. Ale krzywią się, bo na dnie widzą znów siebie. Przez szyjkę butelki obserwują dalekie światy. Gdyby mieli silniejszą głowę i więcej smaku, byliby
astronomami.
Klawesyn
Jest to właściwie szafka z orzechowego drzewa z czarnym obramowaniem. Można by pomyśleć, że przechowują tam spłowiałe listy, cygańskie dukaty i wstążki. A naprawdę jest tam tylko kukułka zaplatana w gąszczu srebrnych liści.
Przedmioty
Przedmioty martwe są zawsze w porządku i nic im, niestety, nie można zarzucić. Nie udało mi się nigdy zauważyć krzesła, które przestępuje z nogi na nogę, ani łóżka, które staje dęba. Także stoły, nawet kiedy są zmęczone, nie odważą się przyklęknąć. Podejrzewam, że przedmioty robią to ze względów wychowawczych,
aby wciąż nam wypominać naszą niestałość.
Muszla
Przed lustrem w sypialni rodziców leżała różowa muszla. Zbliżałem się do niej na palcach i nagłym ruchem przytykałem do ucha. Chciałem złapać ją kiedyś na tym, że nie tęskni jednostajnym szumem. Chociaż byłem mały, wiedziałem, że nawet jeśli kogoś bardzo się kocha, czasem zdarza się nam o tym zapomnieć.
Kraj
Na samym rogu tej starej mapy jest kraj, do którego tęsknią. Jest to ojczyzna jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości. Niestety wielki pająk rozsnuł na nim swą sieć i lepką śliną zamknął rogatki marzenia. Tak jest zawsze : anioł z ognistym mieczem, pająk, sumienie.
Kot
Jest cały czarny, lecz ogon ma elektryczny. Gdy śpi na słońcu, jest najczarniejszą rzeczka, jaką sobie można wyobrazić. Nawet we śnie łapie przerażone myszki. Poznać to po pazurkach, które wyrastają mu z łapek. Jest strasznie miły i niedobry. Zrywa z drzew ptaszki, zanim dojrzeją.
Krasnoludki
Krasnoludki rosną w lesie. Mają specyficzny zapach i białe brody. Występują pojedynczo. Gdyby się dało zebrać ich garść, ususzyć i powiesić nad drzwiami - może mielibyśmy spokój.
Studnia
Studnia stoi na środku placu wśród kamienic, gołębi wież. W żyle zimnej cembrowiny bije źródełko. Bije tak niespokojnie, jakby za chwilę miało zamrzeć. Na górze wyrzeźbiono sen kamiennego psa. Głowa z piaskowca leży między łapami. Śpi mocno. Nic go nie obchodzi koniec świata.
Epizod w bibliotece
Jasna dziewczyna pochyliła się nad wierszem. Ostrym jak lancet ołówkiem przenosi na białą kartkę słowa i zamienia je na kreski, akcenty, cezury. Lament poległego poety wygląda teraz jak salamandra objedzona przez mrówki. Kiedy nieśliśmy go pod ostrzałem, wierzyłem, że jego ciepłe jeszcze ciało zmartwychwstanie w słowie. Teraz, kiedy widzę śmierć słów, wiem, ze nie ma granicy rozkładu. Pozostaną po nas w czarnej ziemi rozrzucone głoski. Akcenty nad nicością i prochem.
Osa
Kiedy jednym ruchem skoszono ze stołu kwiecisty obrus, miód i owoce, rzuciła się do odlotu. Uwikłana w dławiący dym firanki, brzęczała długo. Wreszcie dotarła do okna. Raz po raz uderzała słabnącym ciałem o zimne zestalone powietrze szyby. W ostatnim poruszeniu skrzydeł drzemała ta sama wiara, że niepokój ciał zdolny jest obudzić wiatr niosący nas ku upragnionym światom.
Wy, którzyście stali pod oknem ukochanej, wy, którzyście widzieli swoje szczęście na wystawie - czy potraficie wyjąc żądło tej śmierci?
Wariatka
Jej pałające spojrzenie trzyma mnie mocno jak w objęciach. Mówi słowa pomieszane ze snami. Zaprasza. Będziesz szczęśliwy, jeśli uwierzysz i zaczepisz swój wózek o gwiazdę. Jest łagodna, kiedy karmi piersią obłoki, a1e gdy opuści ją spokój, biegnie nad morzem i wyrzuca ramiona w niebo.
W jej oczach widzą, jak u moich ramion stają dwaj aniołowie: blady, złośliwy anioł Ironii i potężny, miłujący anioł Schizofrenii.
Raj teologów
Aleje, długie aleje, wysadzane drzewami starannie przyciętymi jak w parku angielskim. Czasem przechodzi tędy Anioł. Włosy starannie utrefione, skrzydła szumiące łacina. Ma w ręku zgrabny przyrząd zwany sylogizmem. Idzie szybko nie poruszając powietrza i piasku. Mija w milczeniu kamienne symbole cnot, czyste jakości, idee przedmiotów i wiele innych rzeczy zupełnie niewyobrażalnych. Nie znika nigdy z oczu, bowiem nie ma tu perspektyw. Orkiestry i chory milczą, ale muzyka jest obecna. Jest pusto. Teologowie mówią przestronnie. To też ma być dowód.
Umarli
Wskutek zamknięcia w ciemnych i nie przewietrzanych pomieszczeniach twarze ich zostały dokładnie przenicowane. Bardzo chcieliby mówić, ale wargi zjadł piasek. Czasem tylko zaciskają w pięści powietrze i próbują podnieść głowę niezdarnie jak niemowlęta. Nic ich nie cieszą ani chryzantemy, ani świece. Nie mogą pogodzić się z tym stanem, stanem rzeczy.
Krypta
Mogą jeszcze poprawić święty obrazek, aby wiadomym było twoje pojednanie z koniecznością, a takie szarfę, aby napis najdroższej" był źródłem łez. Ale co zrobić z muchą, czarną muchą, która włazi do półprzymkniętych ust i wynosi ocalałe okruszynki duszy?
Po koncercie
Wisi jeszcze nad ściętą głową symfonii żelazny miecz tutti. Puste pulpity-nagie szypułki, z których opadła kantylena płatek po płatku. Widać trzy poziomy milczenia: kościół-wystygła kadź huku, pęk basów, które śpią pod ściana jak pijani chłopi, a niżej, najniżej ucięty smyczkiem pukiel.
Piekło
Licząc od góry: komin, anteny, blaszany, pogięty dach. Przez okrągłe okno widać zaplątaną w sznury dziewczyną, którą księżyc zapomniał wciągnąć do siebie i zostawił na pastwę plotkarek i pająków. Niżej kobieta czyta list, chłodzi twarz pudrem i znów czyta. Na pierwszym piętrze młody człowiek chodzi tam i z powrotem i myśli: jak ja wyjdą na ulicą z tymi pogryzionymi wargami i w rozlatujących się butach. W kawiarni na dole pusto, bo to rano.
Tylko jedna para w kącie. Trzymają się za ręce. On mówi: "Będziemy zawsze razem, Proszę pana czarną i oranżadę". Kelner idzie szybko za kotarę i tam dopiero wybucha śmiechem.
Hotel
Dywan za miękki. Także palma w hallu niewiarogodne Maitre (bład) długo patrzy nam w twarz i obraca w ręku paszport. "Takie podkrążone oczy, takie podkr4ione oczy. Znalem jednego kupca ze Smyrny, też miał wstawiony ząb na przodzie. W tych czasach trzeba strasznie uważać wszędzie są donosiciele i skorpiony". W windzie stajemy naprzeciw lustra, ale już za pierwszym szarpnięciem widzimy, ją na miejscu twarzy pojawia się srebrna pleśń.
Siedmiu aniołów
Co rano przychodzi siedmiu aniołów. Wchodzą bez pukania. Jeden z nich nagłym ruchem wyjmuje mi z piersi serce. Przykłada do ust. Inni robią to samo. Wtedy usychają im skrzydła, a twarze ze srebrnych stają się purpurowe. Odchodzą ciężko tłukąc sabotami. Serce zostawiają na krześle jak pusty garnuszek. Cały dzień trzeba napełniać, aby nad ranem aniołowie nie odchodzili srebrni i skrzydlaci.
Miasteczko
W dzień są owoce i morze, w nocy gwiazdy i morze. Ulica di Fiori to stołek wesołych kolorów. Południe. Słonce wali białą laską w zielone żaluzje. W laurowym gaju osły śpiewają pochwalą cienia. Oto pora, w której postanowiłem wyznać miłość. Morze milczy, a miasteczko jest wypukłe jak piersi malej sprzedawczyni fig.
Mur
Stoimy pod murem. Zdjęto nam młodość jak koszulę skazańcom. Czekamy. Zanim tłusta kula usiądzie na karku, mija dziesięć, dwadzieścia lat. Mur jest wysoki i mocny. Za murem jest drzewo i gwiazda. Drzewo podwędza mur korzeniami. Gwiazda nagryza kamień jak mysz. Za sto, dwieście lat będzie już małe okienko.
Wojna
Pochód stalowych kogutów. Chłopcy malowani wapnem. Aluminiowe opiłki burzą domy. Wyrzucają ogłuszające kule w powietrze całkiem czerwone. Nikt nie uleci w niebo. Ziemia przyciąga ciało i ołów.
Wilk i owieczka
Mam cię - powiedział wilk i ziewnął. Owieczka obróciła ku niemu załzawione oczy. - Czy musisz mnie zjeść? Czy to naprawdę jest konieczne?
- Niestety muszę. Tak jest we wszystkich bajkach: Pewnego razu nieposłuszna owieczka opuściła mamę. W lesie spotkała złego wilka, który...
Przepraszam, nie jest tu las, tylko zagroda mego gospodarza.
Nie opuściłam mamy. Jestem sierotą. Moją mamę zjadł takie wilk.
Nic nie szkodzi. Po śmierci zaopiekują się tobą autorzy pouczających czytanek. Dorobią tło, motywy i morał. Nie miej do
mnie żalu. Pojęcia nie masz, jak to głupio być złym wilkiem. Gdyby nie Ezop, usiedlibyśmy na tylnych łapach i oglądalibyśmy zachód słońca. Bardzo to lubię.
Tak, tak, kochane dzieci. Zjadł wilk owieczkę, a potem oblizał się. Nie naśladujcie wilka, kochane dzieci. Nie poświęcajcie się dla morału.
Ballada o starych kawalerach
Golą się brzytwą. Potem długo szukają spinki pod komodę. Starannie więc krawat i uśmiechają się do lustra. Bo teraz to jest łagodny jedwab, a wtedy za pierwszej miłości był sznur. No cóż, wszystko mija. Przeżyło się to i owo. Wystygł człowiek. Szelki wiszą z tylu. Gdyby były dzieci, biegałyby za tymi szelkami.
"Rachelo, kiedy Pan..." - to zawsze przy nakładaniu kamizelki. Nieodzowne.
Wieża
Wieża ma pięćdziesiąt łokci w dół i tyleż w niebo. W lochu pod wieżą siedzi człowiek. Król przywiązał go do sumienia łańcuchem. Po pięknym życiu liczy dni, ale nie czeka.
Na
szczycie wieży mieszka astronom. Król kupił mu lunetę, aby
przywiązać go do wszechświata. Astronom rachuje gwiazdy, ale nie
boi się. Ten na górze i ten niziutko zasypiają pełni liczb. Dlatego
rozumieją się. Nie mają gołębia, ale za to czarny kot nosi
wiadomości z lochu na szczyt.
- Przybył jeden dzień - mówi astronomowi.
A do
zbrodniarza :
- Urodziła się gwiazda.
Wszyscy trzej mają zielone oczy. Od tego
wypatrywania, nie od nadziei.
Kawiarnia
Nagle dostrzega się, że w szklance nie ma nic, że podnosi się do ust przepaść. Marmurowe stoliki odpływają jak kra. Tylko lustra wdzięczą się w lustrach, tylko one wierzą w nieskończoność. Oto pora, gdy należy, nie czekając na morderczy skok pająka, odejść. Nocą można przyjść znowu, aby przez zapuszczoną kratę obserwować upiorny szlachtuz sprzętów. Bestialsko pomordowane krzesła i stoliki leżą na grzbietach z nogami wyciągniętymi w wapienne niebo.
Niedźwiedzie
Niedźwiedzie dzielą się na brunatne i białe oraz łapy, głowę i tułów. Mordy mają dobre, a oczka małe. One lubią bardzo łakomstwo. Do szkoły nie chcą chodzić, a1e spać w lesie - to proszę bardzo. Jak mają mało miodu, to łapią się rękami za głowy i są takie smutne, takie smutne, że nie wiem. Dzieci, które kochają Kubusia Puchatka dałyby im wszystko, ale po lesie chodzi myśliwy i celuje z fuzji między tych dwoje małych oczu.
Harfa
Woda nisko. W wodzie światło złote i płaskie. W srebrnych trzcinach palce wiatru oplatają jedyną ocalałą kolumnę. Czarna dziewczyna obejmuje harfę. Jej wielkie egipskie oko płynie wśród strun jak smutna ryba. Daleko za nim małe palce.
Piraci
Piraci grają w kręgle. Niebo jest przy tym czerwone. Zupełnie. Kiedy król chwieje się podcięty kulą, na horyzoncie pojawiają się białe okręty. Słychać wspaniały śmiech i grzmot.
Dziadek
Był dobry. Kochał kanarki, dzieci i długie msze. Jadał ślazowe cukierki. Wszyscy mówili: dziadek ma złote serce. Aż raz to serce zaszło mgłą. Dziadek umarł. Porzucił to dobre, zatroskane ciało i stal się upiorem.
Dróżnik
Nazywa się 176 i mieszka w dużej cegle z jednym oknem. Wychodzi - mały ministrant ruchu i rękami ciężkimi jak z ciasta salutuje przelatujące pociągi. Na wiele mil wkoło - pustka. Równina z jednym garbem i grupa samotnych drzew pośrodku. Nie trzeba mieszkać tu trzydzieści lat, aby wyliczyć, że jest ich siedem.
Od końca
A potem ustawiono wszelki stół i odbyła się wspaniała weselna uczta. Księżniczka była tego dnia jeszcze piękniejsza niż zwykle. Grała muzyka. Dziewczęta śliczne jak księżyce tańczyły na dole. No dobrze, ale co było przedtem? Ach, nie myślmy nawet o tym. Czarna wróżka bije o okna jak ćma. Czterdziestu rozbójników pogubiło w ucieczce długie noże i brody, a smok zamieniony w chrabąszcza śpi spokojnie na liściu migdału.
W drodze do Delf
Było to w drodze do Delf. Właśnie mijałem czerwoną skalę, kiedy z przeciwnej strony pojawił się Apollo. Szedł szybko nie zwracając na nic uwagi. Kiedy zbliżył się, zauważyłem, że bawi się głową Meduzy skurczona i wyschniętą od starości. Szeptał coś pod nosem. Jeśli dobrze usłyszałem, powtarzał: "Sztukmistrz musi zgłębić okrucieństwo".
Wiatr i róża
W ogrodzie rosła rdza. Zakochał się w niej wiatr. Byli zupełnie różni, on - lekki i jasny, ona - nieruchoma i ciężka jak krew.
Przyszedł człowiek w drewnianych sabotach i gołymi rękami zerwał różę. Wiatr skoczył za nim, ale tamten zatrzasnął przed nim drzwi.
- Obym skamieniał - zapłakał nieszczęśliwy. - Mogłem obejść cały świat, mogłem nie wracać wiele lat, ale wiedziałem,
- ze na zawsze czeka.
- Wiatr rozumiał, że aby naprawdę cierpieć, trzeba być wiernym.
Kura
Kura jest najlepszym przykładem, do czego doprowadza bliskie współżycie z ludźmi. Zatraciła zupełnie ptasią lekkość i wdzięk. Ogon sterczy nad wydatnym kuprem jak za duży kapelusz w złym guście: Jej rzadkie chwile uniesienia, kiedy staje na jednej nodze i zakleja okrągłe oczy błoniastymi powiekami, są wstrząsająco obrzydliwe. I w dodatku ta parodia śpiewu, poderżnięte suplikacje nad rzeczą niewypowiedzianie śmieszną: okrągłym, białym, umazanym jajkiem. Kura
przypomina niektórych poetów.
Klasyk
Wielkie drewniane ucho zatkane watą i nudziarstwami Cycerona. Wspaniały stylista - mówią wszyscy. Nikt już dzisiaj takich długich zdań nie pisze. I co za erudycja. W kamieniu nawet umie czytać. Tylko nigdy nie domyśli się, że żyłki marmuru w termach Dioklecjana to są pęknięte naczynia krwionośne niewolników z kamieniołomów.
Malarz
Pod ścianami białymi jak las brzozowy rosną paprocie obrazów. W zapachu terpentyny i olejów Miron odtwarza dramat cytryny skazanej na współżycie z zieloną draperię. Jest tu takie jeden akt kobiety.
- Moja narzeczona - mówi Miron. - Pozowała mi w czasie okupacji. Była zima bez chleba i węgla. Pod jej białą skora krew zbiegała się w sine plamki. Wtedy malowałem cieple różowe tło.
Pejzaże kolejowe
Na żelaznych gałęziach dojrzewają czerwone i zielone owoce sygnałów. Są tu takie ciche perony z wiszącymi w skrzynkach miniaturowymi ogrodami Semiramidy. Ale na nic nasturcje i zabłąkana pszczoła. Kiedy okrągła gilotyna minut wskaże 1231, połknie to wszystko czarny potwór, który zbliża się właśnie w syku białych atmosfer.
Hermes, pies i gwiazda
Hermes idzie przez świat. Spotyka psa.
- Jestem bogiem - przedstawia się grzecznie Hermes.
- Pies wącha jego nogi.
- Czują się samotny. Ludzie zdradzają bogów. Ale zwierzęta nieświadome i śmiertelne, oto czego pożądamy. Wieczorem po całodziennej wędrówce usiądziemy pod dębem. Powiem ci wtedy, że czują się stary i chcą umrzeć. To będzie kłamstwo potrzebne, abyś lizał moje ręce.
- Owszem - odpowiada niedbale pies - będę lizał twoje ręce. Są chłodne i mają dziwny zapach.
Idą, idą. Spotykają gwiazdę.
- Jestem Hermes - mówi bóg - i wydobywa jedną ze swych najpiękniejszych twarzy. - Czy nie chciałabyś pójść z nami na koniec świata? Postaram się, aby tam było przeraźliwie i abyś musiała oprzeć głowę na moim ramieniu.
- Dobrze - mówi szklanym głosem gwiazda. Wszystko mi jedno, dokąd idę. A z tym końcem świata to naiwność. Niestety nie ma końca świata.
Idą. Idą. Pies, Hermes i gwiazda. Trzymają się za ręce. Hermes myśli, że gdyby drugi raz wyruszał szukać przyjaciół, nie byłby taki szczery.
Szwaczka
Od rana pada deszcz. Będzie pogrzeb tej z naprzeciwka Szwaczki. Marzyła o ślubnym pierścionku, a umarła z naparstkiem na palcu. Wszyscy się z tego śmieją. Poczciwy deszcz ceruje niebo z ziemią. Ale z tego też nic nie będzie.
Ogród botaniczny
To jest pensjonat roślin, prowadzony bardzo surowo jak szkoły klasztorne. Trawy, drzewa i kwiaty rosną przyzwoicie bez żadnej wegetacyjnej bujności, wystrzegając się niedozwolonych pieszczot z trzmielami. Są wciąż skrępowane swoją łacińską godnością i tym, że muszę być przykładem. Nawet róże sznurują usta. Marzą o zielniku. Staruszkowie przychodzą tu z książkami i zasypiają pod ospałe tykanie słonecznych zegarów.
Las
Ścieżka biegnie boso do lasu. W lesie jest dużo drzew, kukułka, Jaś i Małgosia i inne małe zwierzątka. Tylko krasnoludków nie ma, bo wyszły. Jak się ściemni, sowa zamyka las dużym kluczem, bo jakby się tam zakradł kot, to by dopiero narobił szkody.
Cesarz
Był sobie raz cesarz. Miał żółte oczy i drapieżną szczękę. Mieszkał w pałacu pełnym marmurów i policjantów. Sam. Budził się w nocy i krzyczał. Nikt go nie kochał. Najbardziej lubił polowania i terror. Ale fotografował się z dziećmi wśród kwiatów. Kiedy umarł, nikt nie śmiał zdjąć jego portretów. Zobaczcie, może jest jeszcze u was w domu jego maska.
Żołnierz
Idzie żołnierz na wojenkę. Szarfa purpurową przepasał piersi. Sznurem iskier związał koniec szabli z ostrogami! Kapelusz z trzema piórami na lekką głowę. Idzie żołnierz i śpiewa.
Spotyka chłopa, który prowadzi konia na targ. Dzielny żołnierz kupuje konia za mocny kułak i jedno pióro z kapelusza.
Nocą zabrał nieznanej dziewczynie sen, a zostawił jej nadzieję kiełkującą pod sercem i jedno pióro z kapelusza.
O świcie zabił żołnierza z niebieską szarfa. Siedział głuptas na skraju drogi jak zając nad miedzą.
To właśnie była wojna. O sprawę najważniejszą. Czy sztandary mają być szyte z purpurowego czy też z niebieskiego jedwabiu.
Aż raz na rozstaju zobaczył kościstą staruszkę. Zdjął kapelusz i z żalem zobaczył, że trzecie i ostatnie pióro wolno opada na ziemię.
Słoń
Właściwie słonie są bardzo wrażliwe i nerwowe. Mają bujną wyobraźnię, która pozwala im niekiedy zapomnieć o swoim wyglądzie. Kiedy wchodzą do wody, zamykają oczy. Na widok własnych nóg wpadają w rozdrażnienie i płaczą. Sam znalem słonia, który zakochał się w kolibrze. Chudł, nie spał i w końcu umarł na serce. Ci, którzy nie znają natury słoni, mówili: był taki otyły.
Martwa natura
Z przemyślną niedbałością wysypano na stół te kształty przemocą odłączone od życia: rybę, jabłko, garść jarzyn przemieszanych z kwiatami. Dodano do tego martwy liść światła i małego ptaka o skrwawionej głowie. Ów ptak zaciska w skamieniałych szponach małą planetę, złożoną z pustki i zabranego powietrza.
Ryby
Nie można wyobrazić sobie snu ryb. Nawet w najciemniejszym kącie stawu, wśród trzcin, ich spoczynek jest czuwaniem: wiecznie ta sama pozycja i absolutna niemożność powiedzenia o nich: złożyły głowę. Takie ich Izy są jak krzyk w pustce - niepoliczone. Ryby nie mogą gestykulować swojej rozpaczy. To usprawiedliwia tępy nóż, który skacze po grzbiecie zdzierając cekiny łusek.
Żywot wojownika
Stanął na progu pokoju, w którym leżał jego umarły ojciec, owinięty jak jedwabnik w woskową ciszę - i krzyknął. Od tego to
się zaczęło. Czepił się huku i piął się po nim w górę, gdyż wiedział, że cisza oznacza śmierć. Rytm podkutych butów, tętent kopyt na moście - błękitne szarawary huzara. Grzmot bębnów i muszkieterowie wstępują w chmurę dymu - srebrna szpada oficera. Ryk armat, ziemia jęczy jak bęben - trójkątne czako marszałka. Więc kiedy umarł, wierni żołnierze chcą, aby po drabinie wrzawy wstąpił w niebo. Sto dzwonnic rozkołysało miasto. W chwili gdy znajduje się ono najbliżej nieba, kanonierzy strzelają. Ale nie mogą odłupać twardego lazuru na tyle, aby marszałek zmieścił się cały ze szpadą i trójkątnym czakiem. Teraz znów się odkleił i spadł na twarz ziemi. Wierni żołnierze podnoszą go i jeszcze raz strzelają w górę.
Pogrzeb młodego wieloryba
Konie morskie o zadach tłustych i oczach ironicznych, konie, odziane w kapy pomarańczowe, ciągną karawan - czarną cukiernicę, roniąc po drodze domowe pantofle z dużą perłą zamszową, naszytą na ciemne tło.
Wiozą go aleją wąwozów wśród szelestu bezmiernej wody przeciekającej kropla po kropli, wśród niezliczonych nieskończoności gwiaździsto-piaszczystych, piaszczysto-gwiaździstych, piaszczystych.
Słonce wiąże powietrze w małe kokardki. Motyle pilnują go, aby nie uleciał. Sznury kwiatów trzymają, aby nie wypłynął z
zatoki żałobnego wozu.
Pasikoniki morza - chitynowe, ale wyczulone na problem istnienia, płaczą: co to komu szkodziło, że kpił dobrodusznie z okrętów, lubił głos trąby powietrznej i miał pełne pudełko topielców, którymi bawił się jak żołnierzami z ołowiu. Co to komu szkodziło? Wiozą go przez ogromne polany zalane cytrynowym światłem, przez płaskie przestrzenie, z których uchodzi sycząc biały tlen jak nie domknięty widok.
Teraz dopiero przychodzą dzwony. Montują na wysokościach wielkie krosna. Tkają cienisty pokrowiec na cały kondukt, ciało zmarłego, a nawet kawałek żalu.
Rzucę na ten pokrowiec początek poematu :
O różowa góro słodkiego mięsa - żegnaj,
O melonie przedwcześnie zerwany
ze szklanej gałęzi oceanów-
Ofiarowanie Ifigenii
Agamemnon jest najbliżej stosu. Płaszcz zarzucił na głowę, ale oczu nie zamknął. Sądzi, że przez tkaninę dostrzeże błysk, który stopi jego córkę, jak szpilkę do włosów. Hipiasz stoi w pierwszym szeregu żołnierzy. Widzi tylko małe
usta Ifigenii, które łamią się od płaczu, jak wtedy gdy zrobił jej straszną awanturę o to, że wpina kwiaty we włosy i daje się na ulicy zaczepiać nieznajomym mężczyznom. Raz po raz widok Hipiasza wydłuża się niepomiernie i małe usta Ifigenii zajmują ogromną przestrzeń od nieba do ziemi. Kalchas, o oczach dotkniętych bielmem, widzi wszystko w mętnym owadzim świetle. Jedyna rzecz, która go naprawdę porusza, to obwisłe żagle okrętów stojących w zatoce, które sprawiają, że smutek starości wydaje mu się w tej chwili nie do zniesienia. Podnosi przeto rękę, aby rozpoczęto ofiarę. Chór umieszczony na zboczu obejmuje świat we właściwych proporcjach. Niewielki błyszczący krzak stosu, białych kapłanów,
purpurowych królów, głośną miedz i miniaturowe pożary żołnierskich hełmów, a wszystko to na tle jaskrawego piasku i niezmiernego koloru morza. Widok jest pyszny, jeśli przywołać na pomoc odpowiednią perspektywę.
Gabinet śmiechu
Huśtawka, diabelski młyn, strzelnica - to rozrywki ludzi pospolitych. Umysły subtelne, natury refleksyjne wolą gabinet śmiechu. Jego celem wzniosłym i ukrytym jest przygotować nas na najgorsze. Oto w jednym lustrze pokazuje ciało nasze zdjęte z koła - nieforemny worek połamanych kości, w innym ciało nasze zdjęte z haka po długotrwałej suchej destylacji powietrza. Odwiedzajcie gabinet śmiechu. Odwiedzajcie gabinet śmiechu.
To przedsionek życia, przedpokój tortury.
Zawsze podejrzewałem, że to miasto jest falsyfikatem. Ale dopiero w zamglone południe wczesnej wiosny, kiedy powietrze pachnie krochmalem, odkryłem na czym polega oszustwo. Mieszkamy we wnętrzu szafy, na samym dnie zapomnienia, wśród połamanych lasek i zatrzaśniętych pudełek. Sześć brązowych ścian, nogawki chmur nad głowa i to, co do niedawna uważaliśmy za katedrę - ja jest smukła butelką zwietrzałych perfum.
O, biedne noce, kiedy modlimy się do przelatującej komety mola.
Samobójca
Był taki teatralny. Stanął przed lustrem w czarnym ubraniu z kwiatem w butonierce. Włożył do ust narządzie, czekał, aż lufa ociepli się i uśmiechając się z roztargnieniem do swego odbicia - strzelił. Spadł jak płaszcz zrzucony z ramion, ale dusza stała jeszcze jakiś czas potrząsając głową coraz lżejszą, coraz lżejszą. A potem ociągając się weszła w to zakrwawione u szczytu ciało w chwili, gdy wyrównywała się jego temperatura z temperaturą przedmiotów, co - jak wiadomo - wróży długowieczność.
Był to ptak, a właściwie żałosny szczątek ptaka zjadanego przez pasożyty. Obdarty z pierza, o sinej skórze, którą wstrząsał dreszcz bólu i obrzydzenia, próbował się jeszcze bronić wyskubując dziobem białe robaki pokrywające go ruchomą gęstwą. Zawinąłem go w chustkę i zaniosłem do znajomego przyrodnika. Chwile obserwował, a potem powiedział:
-Wszystko w porządku. Robaki, które go toczą, noszą w sobie niewidoczne dla oka pasożyty i najprawdopodobniej w komórkach tych ostatnich rozgrywa się proces wzmożonej przemiany materii. Jest to zatem klasyczny przykład zamkniętego układu o nieskończonej drabinie współzależności antagonistycznych, warunkujących równowagę całości. Wbrew pozorom, to co widzimy, jest rumianym owocem labo, pąsową róża życia. Trzeba dbać o to, by gęsta tkanina oddechu i duszenia nie pękła w żadnym miejscu, gdyż wtedy ujrzelibyśmy coś znacznie gorszego od śmierci i bardziej przerażającego od życia.
Magiel
Inkwizytorzy są wśród nas. Żyją w suterenach wielkich kamienic i tylko napis MAGIEL TUTAJ zdradza ich obecność.
Stoły o napiętych brązowych mięśniach, potężne walce, miażdżące wolno, ale dokładnie, koło napędowe, które nie zna litości
- czekają na nas. Prześcieradła, które wynoszą z magla, są jak puste ciała czarownic i heretyków.
Z technologii łez
W obecnym stanie wiedzy tylko łzy fałszywe nadają się do obróbki i dalszej produkcji. Łzy prawdziwe są gorące, wskutek czego bardzo trudno oddzielić je od twarzy. Po doprowadzeniu do stanu stałego okazało się, że są bardzo kruche. Nad problemem eksploatacji łez prawdziwych głowią się technolodzy. Łzy fałszywe przed mrożeniem poddaje się zabiegowi destylacji, gdyż z natury są mętne i doprowadza się je do stanu, w którym pod względem czystości nie ustępują prawie łzom prawdziwym. Są bardzo twarde, bardzo trwale i nadają się nie tylko do ozdób, ale takie do krajania szkła.
Bajka japońska
Królewna Idżanaki ucieka przed smokiem, który ma cztery łapy purpurowe, a cztery złote. Królewicz Itanagi śpi pod drzewem. Nie wie, w jakim niebezpieczeństwie znajdują się małe stopy Idżanaki . A smok jest coraz bliżej. Gna Idżanaki do morza. W każdym oku ma dziewięć czarnych piorunów. Królewicz Itanagi śpi. Królewna rzuca za siebie grzebień. Staje siedemnastu rycerzy i rozpoczyna się krwawa walka. Giną jeden po drugim. Zbyt długo przebywali w czarnych włosach Idżanaki . Zniewieścieli doszczętnie. Królewicz Itanagi znalazł nad brzegiem morza ten grzebień. Zbudował dla niego marmurowy grobowiec. Kto widział, aby dla grzebienia budować grobowiec? Ja widziałem. Działo się to w dzień drzewa i źrebca.
Sen cesarza
Szpara! - krzyczy przez sen cesarz, aż drży nad jego głowę baldachim strusich piór. żołnierze, którzy chodzą wokół sypialni z obnażonymi mieczami, sądzą, że cesarz śni oblężenie. Teraz właśnie dostrzegł szczelinę w murze i chce, by przez nią wdzierali się do twierdzy.
A naprawdę cesarz jest teraz stonogę, która biegnie po podłodze w poszukiwaniu resztek jedzenia. Naraz widzi nad głowę ogromny sandał, który już już ma go zmiażdżyć. Cesarz szuka szpary, w którą mógłby się wcisnąć. Podłoga jest gładka i śliska.
Tak. Nie ma nic pospolitszego nad sny cesarzów.
Organista
Mieszka w lesie nagich pni. Zaszczepia im liście, gałęzie, całe korony zielone i płomienne. Uderza wiatrem. Niekiedy roznieca pożar zwany fugą albo chorałem.
Ksiądz mały jak kornik przesuwa się w lusterku wiszącym nad nutami, a on smaga do wdzięczniejszego tańca, do wspanialszych upadków.
Kończy spazmem archanielskich trąb, schodzi po ciemnych, kręconych schodach, kaszle i spluwa w kraciastą chustką gęstą flegmą.
Księżyc
Nie rozumiem, jak można pisać wiersze o księżycu. Jest tłusty i niechlujny. Dłubie w nosie kominów. Jego ulubione zajęcie to włazić pod żbika i wąchać buty.
Luneta kapitana
Kupiłem ją w Neapolu od ulicznego sprzedawcy. Miała należeć do kapitana żaglowca Maria, który zatonął tuż koło Złotego Wybrzeża w słoneczny dzień wśród tajemniczych okoliczności.
Dziwny przedmiot. Na cokolwiek skierować ją, widać tylko dwa niebieskie pasy - jeden ciemnoszafirowy, a drugi błękitny.
Bajka ruska
Postarzał się car ojczulek, postarzał. Już nawet gołąbka własnymi rękami nie mógł zadusić. Siedział na tronie zloty i zimny. Tylko broda mu rosła do podłogi i niżej.
Rządził wtedy kto inny, nie wiadomo kto. Ciekawy lud zaglądał do pałacu przez okno, ale Kriwonosow zasłonił okna szubienicami. Więc tylko wisielcy widzieli co nieco. W końcu umarł car ojczulek na dobre. Dzwony biły, ale ciała nie wynoszono. Przyrósł car do tronu. Nogi tronowe pomieszały się z nogami carskimi. Ręka wrosła w poręcz. Nie można go było
oderwać. A zakopać cara ze złotym tronem - żal.
Fotoplastikon
Wielka brązowa beczka, w którą leją z góry błękit paryski, srebro arabskie, zieleń angielską. Dodają jeszcze szczyptą różu indyjskiego i mieszają wielką chochlą. Gęsta ciecz wycieka przez szpary, a ludzie, którzy obsiedli beczkę jak muchy, zlizują łapczywie kropla po kropli. Ale nie trwa to długo, niestety. Tramwaj, ironiczny transatlantyk, dzwoni na marzycieli.