Napis

 

 

 

Spis wierszy

Prolog

Wyspa

Zejście

Przebudzenie

Miejsce

Postój

*** (jest świeża...)

Pożegnanie miasta

Ścieżka

Śmierć pospolita

Zimowy ogród

Na marginesie procesu

Przesłuchanie anioła

Sprawozdanie z raju

Longobardowie

Epizod z Saint-Benodît

Opis króla

Dom poety

Wąwóz Małachowskiego

Księża i chłopi

Opłotki

Diabeł rodzinny

Ozdobne a prawdziwe

Tusculum

Cernunnos

Góra naprzeciw pałacu

Brzeg

Curatia Dionisia

Próba rozwiązania mitologii

Brak węzła

Świt

Układała swe włosy

Kropka

Zegarek na rękę

Chińska tapeta

Praktyczne przepisy na wypadek katastrofy

Męczeństwo Pana Naszego malowane przez Anonima z kręgu mistrzów nadreńskich

*** (Zasypiamy na słowach...)

Dlaczego klasycy

Co będzie

 

 

 

 

 

Prolog

On

Komu ja gram ? Zamkniętym oknom

klamkom błyszczącym arogancko

fagotom deszczu - smutnym rynnom

szczurom co pośród śmieci tańczą

 

Ostatni werbel biły bomby

był prosty pogrzeb na podwórzu

dwie deski w krzyż i hełm dziurawy

w niebie pożarów wielka róża

 

Chór

Na rożnie się obraca cielę.

W piecu dojrzewa chleb brunatny.

Pożary gasną. Tylko ogień ułaskawiony wiecznie trwa.

 

On

I zgrzebny napis na tych deskach

imiona krótkie niby salwa

„Gryf” „Wilk" i "Pocisk" kto pamięta

spłowiała w deszczu ruda barwa

 

Praliśmy potem długie lata

bandaże. Teraz nikt nie płacze

chrzęszczą w pudełku po zapałkach

guziki z żołnierskiego płaszcza

 

Chór

Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia strumień wstąp.

Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są.

Wojny owadów - wojny ludzi i krótka śmierć nad miodu kwiatem.

Dojrzewa zboże. Kwitną dęby. W ocean schodzą rzeki z gór.

 

On

Płynę pod prąd a oni ze mną

nieubłaganie patrzą w oczy

uparcie szepczą słowa stare

jemy nasz gorzki chleb rozpaczy

 

Muszę ich zawieźć w suche miejsce

i kopczyk z piasku zrobić duży

zanim im wiosna sypnie kwiaty

i mocny zielny sen odurzy

 

To miasto -

 

Chór

Nie ma tego miasta

Zaszło pod ziemię

 

On

Świeci jeszcze

 

Chór

Jak próchno w lesie

 

On

Puste miejsce

lecz wciąż ponad nim drży powietrze

po tamtych głosach

 

*

Rów w którym płynie mętna rzeka

nazywam Wisłą. Ciężko wyznać:

na taką miłość nas skazali

taką przebodli nas ojczyzną

 

 Powrót do spisu wierszy

 

 

Wyspa

Jest nagła wyspa Rzeźba morza kołyska

groby między eterem i solą

dymy jej ścieżek oplatają skały

i podniesienie głosów nad szum i milczenie

Tu pory roku strony świata mają dom.

i cień jest dobry dobra noc i dobre słońce

ocean rad by tutaj złożyć kości

zmęczone ramię nieba opatrują liście

Jej kruchość pośród wrzasku elementów

gdy nocą w górach gada ludzki ogień

a rankiem zanim wybłyśnie Aurora

pierwsze w paprociach wstaje światło źródeł

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Zejście

Jakby po schodach stąpał choć nie było schodów

bowiem kamienie zbyt opite światłem

gór oddalonych na ramionach nosił

jak zarys skrzydeł Błękitny poranku

dzwonie powietrza z ciepłym sercem rosy

Droga prowadzi przez most koło młyna

i zatrzymaną kępę zielonych obłoków

aż do zatoki gdzie wesoły tłum

ptaków i ludzi topi ciężki zegar

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Przebudzenie

Kiedy opadła groza pogasły reflektory

odkryliśmy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach

 

jedni z wyciągniętą szyją

drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna

 

inni z pięścią przyciśniętą do oczu

skurczeni emfatycznie patetycznie wyprężeni

w rękach mieliśmy kawałki blachy i kości

(światło reflektorów przemieniało je w symbole)

ale teraz to były tylko kości i blacha

 

Nie mieliśmy dokąd odejść zostaliśmy na śmietniku

zrobiliśmy porządek

kości i blachę oddaliśmy do archiwum

 

Słuchaliśmy szczebiotania tramwajów jaskółczego głosu fabryk

i nowe życie słało się nam pod nogi

 

 Powrót do spisu wierszy

 

 

Miejsce

wróciłem tam po latach

może nazbyt syty

 

chciałem sprawdzić to miejsce

 

pagórki były mniejsze

rowy ocalenia

podbiegły brunatną wodą

 

trawa na ogół ta sama

rozpoznał arcydzięgiel

 

widok się skurczył

był po prostu normalny

jak na tyle przerażenia

jak na tyle nadziei

 

ptaki przelatywały

z gałęzi niższych

na gałęzie wyższe

 

więc nawet u nich nie mógł

szukać potwierdzenia

  

Powrót do spisu wierszy

 

 

Postój

Stanęliśmy w miasteczku gospodarz

kazał stół wynieść do ogrodu pierwsza gwiazda

zapłonęła i zgasła łamaliśmy chleb

słychać było świerszcze w lebiodach wieczoru

płacz ale płacz dziecka poza tym krzątanina

owadów ludzi tłusty zapach ziemi

ci którzy siedzieli tyłem do muru

widzieli - liliowy teraz - pagórek szubienic

na murze gęste bluszcze egzekucji

 

jedliśmy dużo

jak zawsze wtedy kiedy nikt nie płaci

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

* * *

jest świeża

jakby dzisiejsza

z gęstą krwią na wierzchu

duża jak morska ryba

 

obnosi ją po placach

posypuje solą

zachwala gromkim głosem

 

jest świeża

jakby dzisiejsza

te fioletowe żyłki

o niczym właściwie nie świadczą

 

podchodzą

macają palcami

kręcą głową

 

gdy chowa ją na piersi

wtedy naprawdę czuje

jest świeża

jeszcze ciepła

jest świeża

jakby dzisiejsza

bezwstydnie duża

 

kto weźmie ranę

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Pożegnanie miasta

kominy salutują ten odjazd dymami

 

po rzece płynie barka drżą szyby i zawodzą

tynk układa na bruku szary wieniec

ciągną się włosy kurzu prawie w nieskończoność

 

na wyspie w huku świateł w czarnych linach

krab katedry ślepy ociekający sadzą

 

kamienne usta chórów

głowy proroków muszle i szczękanie kości

pamiątka po psalmie do gwiazdy róży i kielicha

 

środkiem miasta z pośpiechem ubogich pogrzebów

po rzece płynie barka naładowana gruzem

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

Ścieżka

Nie była to ścieżka prawdy lecz po prostu ścieżka

z rudym korzeniem w poprzek igliwiem po boku

a las pełen jagód i duchów niepewnych

 

nie była to ścieżka prawdy bowiem nagle

traciła swoją jedność i odtąd już w życiu

 

cele nasze niejasne

Na prawo było źródło

jeśli wybrać źródło szło się po stopniach mroku

w coraz głębszą ciemność wiódł na oślep dotyk

do matki elementów którą uczcił Tales

by w końcu się pojednać z wilgotnym sercem rzeczy

z ciemnym ziarnem przyczyny

Na lewo było wzgórze

dawało ono spokój i pogląd ogólny

granicę lasu jego ciemną masę,

bez poszczególnych liści pnia poziomki

kojącej wiedzy że las

jest jednym z wielu lasów

Czy naprawdę nie można mieć zarazem

źródła i wzgórza idei i liścia

i przelać wielość bez szatańskich pieców

ciemnej alchemii zbyt jasnej abstrakcji

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Śmierć pospolita

Tadeuszowi Żebrowskiemu

czym była naprzód nasza śmierć:

bezradne białe mrówcze jaje

zgubione w lesie młodym lesie

pod dębem płuc przy jamie serca

przez które potok rwie i huczy

i bije źródło - piją usta

 

małe bezważkie białe płynie

do środka pada na dno piersi

wewnętrzny dotyk cofa czułki

gaśnie latarka świadomości

wzrok się odwraca i słuch głuchnie

 

niesiesz mi w palcach prześwietlonych

świecę miłości płacze wosk

sztywnieje płomień gdy pod skórę

świeca zanurza się jak nóż

i bije w żebra ślepy dziób

by nieśmiertelność dać na moment

 

jeśli odwrócisz wzrok od szafy

od lustra świecy śpiącej głowy

i naprowadzisz na aortę

zobaczysz pracę na dnie serca

małe bezważkie białe teraz

rozrywa kokon i jest pszczoła

 

znam dobrze dotyk sześciu nóg

gdy wspina się po miód i znam

ukłucie nagłe kiedy śpi

i marzy jej się inny kwiat niż lepki kwiat

niż lepki kwiat na żył łodydze

 

nie los nie piorun ale owad

dosięgnie jak sosnową igłę

poniesie w szczypcach chitynowych

- ul serca pusty

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Zimowy ogród

zastukał pazur mrozu w okno

oko otwiera się na ogród

drzewa dla zmysłów nieruchome

wirują szybko w lekkim szkle

i tylko pazur nieostrożny

objaśnia lot zerwanym szronem

 

nie ma już ziemi lepkich łap

które się grzebią w trupach kwiatach

za chmurę śniegu uniesieni

na liniach lekkich grawitacji

i tylko chwilę czarne pnie

i tylko głuchy jak bas konar

przypominały ziemi głos

nim je ogłuszył mrozu ogień

 

z rombów trójkątów ostrosłupów

na przekór - niespokojnej linii

włosów przez które cieknie krew

jedwabiom w nierozumnych fałdach

zielonej trumnie dla motyla -

 

z rombów trójkątów ostrosłupów

odbudowano mądry ogród

diamentem spina sieć płaszczyzna

nie będzie wołał już owadów

na uczty miodu i trucizny

 

powitać mróz gdy tobie ptakom

wyjmuje wprawnym dziobem serce

jak gniazda łamie ślad na drodze

i rozkazuje iść po rzece

z czarnego pnia z ciężkiego ciała

wyrasta gałąź biały oddech

by marzeń wszystkich naszych atom

z powietrzem znowu się połączył

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Na marginesie procesu

Sanhedryn nie sądził w nocy

czerń potrzebna wyobraźni

jaskrawo nie zgadza się ze zwyczajem

 

jest rzeczą nieprawdopodobną

aby gwałcono święto Paschy

z powodu mało groźnego Galilejczyka

podejrzana wydaje się zgodność opinii

tradycyjnych antagonistów - Sadyceuszy i Faryzeuszy

 

do Kajfasza należało przeprowadzenie śledztwa

ius gladii był w ręku Rzymian

po co więc wołać cienie

i tłum wyjący uwolnij Barabasza

 

jak się zdaje cała sprawa rozegrała się między urzędnikami

bladym Piłatem i tetrarchą Herodem

postępowanie administracyjne nienaganne

ale któż z tego potrafi uczynić dramat

Stąd sceneria płochliwych brodaczy

i motłoch który idzie pod górę zwaną

czaszka

 

To mogło być szare

bez namiętności

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Przesłuchanie anioła

Kiedy staje przed nimi

w cieniu podejrzenia

jest jeszcze cały

z materii światła

 

eony jego włosów

spięte są w pukiel

niewinności

 

po pierwszym pytaniu

policzki nabiegają krwią

 

krew rozprowadzają

narzędzia i interrogacja

żelazem trzciną

wolnym ogniem

określa się granice

jego ciała

uderzenie w plecy

utrwala kręgosłup

między kałużą a obłokiem

 

po kilku nocach

dzieło jest skończone

skórzane gardło anioła

pełne jest lepkiej ugody

 

jakże piękna jest chwila

gdy pada na kolana

wcielony w winę

nasycony treścią

 

język waha się

między wybitymi zębami

a wyznaniem

 

wieszają go głową w dół

 

z włosów anioła

ściekają krople wosku

tworzą na podłodze

prostą przepowiednię

  

Powrót do spisu wierszy

 

 

Sprawozdanie z raju

W raju tydzień pracy trwa trzydzieści godzin

pensje są wyższe ceny stale zniżkują

praca fizyczna nie męczy (wskutek mniejszego przyciągania)

rąbanie drzewa to tyle co pisanie na maszynie

ustrój społeczny jest trwały a rządy rozumne

naprawdę w raju jest lepiej niż w jakimkolwiek kraju

 

Na początku miało być inaczej –

świetliste kręgi chóry i stopnie abstrakcji

ale nie udało się oddzielić dokładnie

ciała od duszy i przychodziła tutaj

z kroplą sadła nitką mięśni

trzeba było wyciągnąć wnioski

zmieszać ziarno absolutu z ziarnem gliny

jeszcze jedno odstępstwo od doktryny ostatnie odstępstwo

tylko Jan to przewidział: zmartwychwstaniecie ciałem

 

Boga oglądają nieliczni jest tylko dla tych z czystej pneumy

reszta słucha komunikatów o cudach i potopach

z czasem wszyscy będą oglądali Boga

kiedy to nastąpi nikt nie wie

 

Na razie w sobotę o dwunastej w południe

syreny ryczą słodko

i z fabryk wychodzą niebiescy proletariusze

pod pachą niosą niezgrabnie swe skrzydła jak skrzypce

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Longobardowie

Ogromny chłód wieje od Longobardów

Mocno siedzą w siodle przełęczy jak na krzesłach spadzistych

W lewej trzymają jutrznie

W prawej bicz lodowce smagają juczne zwierzęta

Ogniska trzaskanie gwiazd popiół wahadło strzemienia

Pod paznokciami pod powieką

Grudki krwi obcej czarne i twarde jak krzemień

Palenie świerków szczekanie konia popiół

Wieszają na urwiskach węża obok tarczy

Wyprostowani idą z północy bezsenni

Prawie ślepi kobiety nad ogniskami kołyszą czerwone dzieci

 

Ogromny chłód wieje od Longobardów

Cień ich trawę przepala kiedy zlatują w dolinę

Krzycząc swoje przeciągłe nothing nothing nothing

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Epizod z Saint-Benoît

w starym opactwie nad Loarą

(wszystkie soki drzew spłynęły tą rzeką)

przed wejściem do bazyliki

(nie jest to nartex ale kamienna alegoria)

na jednym z kapitelów nagi Max Jacob

którego wydzierają sobie

szatan i czteroskrzydły archangelus

 

wynik tych zapasów

nie został ogłoszony

jeśli nie wziąć pod uwagę

sąsiedniego kapitelu

 

szatan trzyma mocno

oderwaną rękę Jacoba

pozwalając reszcie

wykrwawić się między

czterema niewidocznymi skrzydłami

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Opis króla

Broda króla na którą tłuszcze i owacje

spadały tak że ciężka stała się jak topór

ukazuje się nagle skazańcowi we śnie

i na lichtarzu ciała sama świeci w mroku

 

Jedna ręka od mięsa wielka jak prowincja

po której oracz lizie snuje się korweta

Ręka berłem władnąca zeschła od dystynkcji

zsiwiała od starości jak stara moneta

 

W klepsydrze serca piasek sączy się leniwie

Nogi zdjęto z butami W kącie jak na warcie

stoją gdy nocą tężejąc na tronie

król bezpotomnie trzeci wymiar traci

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Dom poety

Kiedyś był tu oddech na szybach, zapach pieczeni, ta sama

twarz w lustrze. Teraz jest muzeum. Wytępiono florę podłóg,

opróżniono kufry, pokoje zalano woskiem. Całymi dniami i nocami

otwierano okna. Myszy omijają ten zapowietrzony dom.

Łóżko zasłano porządnie. Ale nikt nie chce spędzić tu ani jednej

nocy.

Między jego szafą, jego łóżkiem a jego stołem - biała granica

nieobecności, ścisła jak odlew ręki.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Wąwóz Małachowskiego

Prowadzi żołnierzy Juliusz Hrabia wąwozem cienistym, prowadzi

pod górę. Jest błękitny, amarantowy, a wąs złoty jego. Pod górę prowadzi

wśród grabów i kwietniowych ptaków.

Aż tu ciżba Moskali, las w lesie, mrowie. Juliusz Hrabia podnosi

oczy, szuka słońca glorii. Pochmurno. Unosi się na strzemieniu, wyciąga

szyję, chce wypruć z nieba jeden promień. Raptem czernieją jego akselbanty.

Już nie przypomni sobie łacińskiego zdania.

Teraz, gdzie kończy się wąwóz - szary kamień i Anioł Pański.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Księża i chłopi

Księża wyprowadzają chłopów na płaską wyżynę. Sadzają ich

równo jak kartofle, wśród kwaśnych pagórków, na łagodnym stoku.

Lipy się stroją i ronią liście.

Chłopi chcą księży wyprowadzić w pole. Bronią się księża białymi

rączkami. Nie lubią tego pogańskiego siewu. Kto raz idzie do ziemi,

nie powinien zakwitnąć. Lipy się stroją i ronią liście.

Tedy przekomarzania i targi z kościelnym Merkurym, żeby nie

ciągnął za sznur, nie kołysał ciężkiego serca, nie straszył wron.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Opłotki

Opłotki w chwastach i psy na łańcuchu

aby nie mogły doskomleć księżyca

wspólna noc ludzi gadziny i chmielu

w czarnej zieleni na nawilgłym dnie

 

Ledwie wygony zaczną sino szarzeć

izba przystaje u skrzypiącej furty

zarankiem przeto chłopi idą na widnokrąg

prowadzą chłopów ich ogromne buty

tykami chmielowymi pchają małe słońce

 

 Powrót do spisu wierszy

 

 

Diabeł rodzimy

    1

Przybył z Zachodu na początku dziesiątego wieku. Zrazu

tryskał energią i pomysłami. Wszędzie słychać było stuk jego kopyt.

Powietrze pachniało czarcio. Ten dziewiczy kraj, bliżej piekła

niż nieba, wydawał się jego ziemią obiecaną. Chwiejna dusza ludu

aż prosiła się o chrzest ciemnego ognia.

Na pagórkach chwiały się dzwonnice. Mnisi piszczeli jak myszy.

Lały się konwie święconej wody.

 

2

Zamki i miasta oddał w arendę magistrom alchemii i szalbierzom

magii. Sam wbił się dziesięcioma pazurami w zdrowe

mięso narodu - chłopów. Wchodził w ciało głęboko; ale nie

pozostawiał śladu. Matkobójcy klecili wotywne kapliczki. Upadłe

dziewczęta podnosiły się. Opętani uśmiechali się głupkowato.

Aniołom wiotczały mięśnie. Ludzie popadali w tępą cnotę.

 

3

 Bardzo szybko opuścił go zapach siarki. Zaczął pachnieć

niewinnie sianem. Rozpił się trochę. Opuścił zupełnie. Jeśli wejdzie

do obory, nie zawiąże krowom ogonów. Nie drażni nawet nocą

babskich sutek.

Ale przeżyje wszystkich. Uparty jak kąkol, leniwy jak łopuch.


 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Ozdobne a prawdziwe

Trójwymiarowe ilustracje z żałosnych podręczników. Śmiertelnie

biali, z suchym włosem, pustym kołczanem i zwiędłym tyrsem.

Stoją nieruchomo na jałowych wyspach, wśród żywych kamieni

pod liściastym niebem. Symetryczna Afrodyta, Jowisz opłakiwany

przez psy , Bachus opity gipsem. Hańba natury. Liszaje ogrodów.

Prawdziwi bogowie tylko na krótko i niechętnie wchodzili

w skórę kamieni. Potężne przedsiębiorstwo - gromów i jutrzni,

głodu i złotych deszczów - wymagało niezwykłej ruchliwości.

Uciekali ze spalonych miast, uczepieni fali żeglowali na odległe

wyspy. W żebraczych łachmanach przekraczali granice czasów

i cywilizacji.

Tropieni i tropiący, spoceni, krzykliwi w nieustannym pościgu

za uciekającą ludzkością.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Tusculum

Nigdy nie ufał szczęściu w linach okrętowych

więc kupił dom z ogrodem nareszcie jak oni

będzie mógł pisać w harmonii z Naturą

z wysokiej wieży trawy wśród śmiertelnych liści

 

pracowitość owadów stuletnie wojny chwastów

miłosny rytuał zwierząt morderstwa na oślep

nie było ładu tylko ścieżka wysypana piaskiem

dawała ukojenie

 

szybko się wycofał w stan tak niewątpliwy

że nikt nie śmiał pytać

 

hańba tej ucieczki

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Cernunnos

Nowi bogowie szli za armią rzymską w przyzwoitej odległości,

tak, żeby kolebanie bioder Wenery i nieopanowane wybuchy śmiechu

Bachusa nie wydawały się zbyt niestosowne wobec ciepłych

jeszcze popiołów i ciał barbarzyńskich bohaterów uroczyście grzebanych

przez żuki i mrówki.

Starzy bogowie przyglądali się zza drzew wkraczaniu nowych

bez sympatii, a1e z podziwem. B1ade nie owłosione ciała wydawały

się słabe, lecz pociągające.

Mimo trudności językowych doszło do spotkania na szczycie.

Po kilku konferencjach podzielono sfery wpływów. Starzy bogowie

zadowolili się drugorzędnymi stanowiskami na prowincji.

Wszelako z okazji większych uroczystości rzeźbiono ich w kamieniu

(sypki piaskowiec) razem z bogami zdobywców.

Prawdziwy cień na kolaborację rzucił Cernunnos. Przyjął

wprawdzie za namową kolegów łacińską końcówkę, ale jego rozłożyste

i stałe rosnące rogi nie dały się przesłonić żadnym wieńcem.

Najczęściej przeto rezydował w ostępach leśnych. Widziano go

często na mrocznych polanach. W jednej ręce trzyma węża o głowie

jagnięcia, drugą kreśli na powietrzu niezrozumiałe zupełnie znaki.

 

 Powrót do spisu wierszy

 

 

Góra naprzeciw pałacu

Góra naprzeciw pałacu Minosa jest jak grecki teatr

tragedia oparta plecami o gwałtowny stok

w rzędach bardzo wonne krzewy ciekawe oliwki

oklaskują ruinę

 

Naprawdę między przyrodą a losem ludzkim

nie ma istotnego związku

powiedzenie że trawa szydzi z katastrofy

jest wymysłem niepocieszonych i chwiejnych

 

Osobliwy przypadek: dwie proste równoległe

nie przecinają się nawet w nieskończoności

 

Tyle można tylko o tym uczciwie powiedzieć

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Brzeg

Czeka nad brzegiem wielkiej i powolnej rzeki

na drugim Charon niebo świeci mętnie

(nie jest to zresztą wcale niebo) Charon

jest już zarzucił tylko sznur na gąłąź

ona (ta dusza) wyjmuje obola

który niedługo kwaśniał pod językiem

siada na tyle pustej łodzi

wszystko to bez słowa

 

żeby choć księżyc

albo wycie psa

  

Powrót do spisu wierszy

 

 

Curatia Dionisia

Kamień jest dobrze zachowany Napis (skażona łacina)

głosi że Curatia Dionisia żyła lat czterdzieści

i własnym sumptem wystawiła ten skromny pomniczek

Samotny trwa jej bankiet Zatrzymany puchar

Twarz bez uśmiechu Za ciężkie gołębie

Ostatnie lata życia spędziła w Brytanii

pod murem zatrzymanych barbarzyńców

w castrum z którego pozostały fundamenty i piwnice

 

Zajmowała się najstarszym procederem kobiet

Krótko ale szczerze żałowali jej żołnierze Trzeciej Legii

i pewien stary oficer

 

Kazała rzeźbiarzom położyć dwie poduszki pod swój łokieć

 

Delfiny i lwy morskie oznaczają daleką podróż

choć stąd było tylko dwa kroki do piekła

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Próba rozwiązania mitologii

Bogowie zebrali się w baraku na przedmieściu. Zeus mówił

jak zwyk1e długo i nudnie. Wniosek końcowy: organizację trzeba

 rozwiązać, dość bezsensownej konspiracji, należy wejść w to racjonalne

 społeczeństwo i jakoś przeżyć. Atena chlipała w kącie.

            Uczciwie - trzeba to podkreślić - podzielono ostatnie dochody.

Posejdon był nastawiony optymistycznie. Głośno ryczał,

że da sobie radę. Najgorzej czuli się opiekunowie uregulowanych

 strumieni i wyciętych lasów. Po cichu wszyscy liczyli na sny,

ale nikt o tym nie chciał mówić.

Żadnych wniosków nie było. Hermes wstrzymał się od głosowania.

Atena chlipała w kącie.

Wracali do miasta późnym wieczorem, z fałszywymi dokumentami

w kieszeni i garścią miedziaków. Kiedy przechodzili przez

 most, Hermes skoczył do rzeki. Widzieli, jak tonął, ale nikt go

 nie ratował.

     Zdania były podzielone; czy był to zły, czy przeciwnie, dobry

znak. w każdym razie, był to punkt wyjścia do czegoś nowego, niejasnego.

 

 Powrót do spisu wierszy

 

 

Brak węzła

Klitajmestra otwiera okno, przegląda się w szybie, by włożyć

swój nowy kapelusz. Agamemnon jest w przedpokoju, zapala papierosa,

czeka na żonę. Do bramy wchodzi Agistos. Nie wie, że

Agamemnon wczoraj w nocy wrócił. Spotykają się na schodach.

Klitajmestra proponuje, aby pójść do teatru. Odtąd często będą

 chodzili razem.

Elektra pracuje w spółdzielni. Orestes studiuje farmację. Wkrótce

 ożeni się ze swą nieostrożną koleżanką o bladej cerze i wiecznie

 załzawionych oczach.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Świt

     W najgłębszym momencie przed świtem roz1ega się pierwszy

głos tępy i ostry zarazem jak uderzenie noża. Potem z minuty

na minutę wzmagające się szmery drążą pień nocy.

Wydaje się, że nie ma żadnej nadziei.

To, co walczy o światło, jest śmiertelnie kruche.

I kiedy na horyzoncie ukazuje się okrwawiony przekrój drzewa,

 nierealnie duży i prawdziwie bo1esny, nie zapomnijmy

błogosławić cudu.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

Układała swe włosy

Układała swe włosy przed snem

i przed 1ustrem Trwało to nieskończenie długo

Między jednym a drugim zgięciem ręki w łokciu

mijały epoki Z włosów wysypywali się cicho

żołnierze drugiej legii zwanej Augusta Antoniniana

towarzysze Rolanda artylerzyści spod Verdun

mocnymi palcami

upewniała glorię nad swoją głową

Trwało to tak długo

że kiedy wreszcie

rozpoczęła swój rozkołysany

marsz ku mnie

serce moje tak dotąd posłuszne

stanęło

i na skórze pojawiły się

grube ziarna soli

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Kropka

    Z pozoru kropla deszczu na ukochanej twarzy; żuk znieruchomiały

na liściu, kiedy nadciąga burza. Coś, co się da ożywić, zetrzeć,

odwrócić. Przystanek raczej, z zielonym cieniem, niż koniec.

W istocie kropka, którą za wszelką cenę staramy się oswoić,

jest kością sterczącą z piasku, zatrzaśnięciem, znakiem katastrofy.

Jest interpunkcją żywiołów. Ludzie powinni posługiwać się nią

skromnie i z należytą powagą, jak zwykle, gdy wyręczają los.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Zegarek na rękę

     Dopóki w zegarku jest jedna mrówka, dwie lub trzy wszystko

Jest w porządku i nic nie zagraża naszemu czasowi. W najgorszym wypadku oddaje się zegarek do przeczyszczenia, co zresztą jest nonsensem. Jeśli mrówki zagnieżdżą się, niepodobna ich wytępić. Są niewidoczne gołym okiem, czerwone i bardzo żarłoczne.

Po pewnym czasie zaczynają gwałtownie rozmnażać się. Można obrazowo powiedzieć, że na przegubie ręki nosimy już nie zegarek, ale kopiec. Pracę zachłannych szczęk bierzemy za tykanie.

W poszukiwaniu pożywienia mrówki plądrują żyły. Wieczorem z fałdów bielizny wysypujemy rude kulki krwi.

Kiedy praca mrówek jest skończona, zegarek na ogół staje. Ale można go zapisać dzieciom. Wtedy wszystko zaczyna się od nowa.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Chińska tapeta

    Bezludna wyspa z cukrową głową wulkanu. W środku płaskiej

wody rybak z wędką i trzciny. Wyżej wyspa rozłożysta jak jabłoń,

z pagodą i mostkiem, na którym spotykają się zakochani, pod

pączkującym księżycem.

Gdyby na tym skończyć, byłby ładny epizod - historia świata

w paru słowach. Ale to się powtarza w nieskończoność z bezmyślną,

upartą dokładnością - wulkan, zakochani, księżyc.

Nie można bardziej obrazić świata.

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Praktyczne przepisy na wypadek katastrofy

    Zaczyna się zwykle niewinnie od niezauważalnego zrazu

przyśpieszenia obrotu Ziemi. Należy natychmiast opuścić dom i nie

zabierać nikogo z bliskich. Wziąć parę niezbędnych przedmiotów.

Ulokować się jak najdalej od centrum, w pobliżu lasu, morza lub

gór, zanim ruch wirowy, potężniejący z minuty na minutę, nie

zacznie zasypywać od środka, dusząc w gettach, szafach, piwnicach.

Trzymać się mocno obwodu zewnętrznego. Głowę nosić nisko. Mieć

stale wolne obie ręce. Pielęgnować mięśnie nóg.

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Męczeństwo Pana Naszego malowane przez Anonima z kręgu mistrzów nadreńskich

Gęby mają szpetne, a ręce sprawne przywykłe do młota

i gwoździa, żelaza i drzewa. Właśnie przybijają Jezusa Chrystusa

Pana Naszego do krzyża. Roboty huk, spieszyć się trzeba, żeby

na południe wszystko było gotowe.

Rycerze na koniach - dekoracje dramatu. Twarze obojętne.

Długie lance imitują drzewa bez gałęzi na tym wzgórzu bez drzew.

Dobrzy rzemieślnicy przybijają – jak się rzekło – Pana Naszego

do krzyża. Sznury, gwoździe, kamień do ostrzenia narzędzi

ułożone są porządnie na piasku. Krzątanina, ale bez zbytecznej

nerwowości.

Piasek jest ciepły, malowany dokładnie ziarnko po ziarnku.

Gdzieniegdzie kępka wyprężonych sztywno traw i radująca oko

niewinnie biała stokrótka.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

* * *

Zasypiamy na słowach

budzimy się w słowach

 

czasem są to łagodne

proste rzeczowniki

las albo okręt

odrywają się od nas

las odchodzi szybko

za linię horyzontu

 

okręt odpływa

bez śladu i przyczyny

 

niebezpieczne są słowa

które wypadły z całości

urywki zdań sentencji

początki refrenu

zapomnianego hymnu

 

„zbawieni będą ci którzy”...

„pamiętaj abyś”...

lub „jak”

drobna i kłująca szpilka

co spajała

najpiękniejszą zgubioną

metaforę świata

 

trzeba śnić cierpliwie

w nadziei że treść się dopełni

że brakujące słowa

wejdą w kalekie zdania

i pewność na którą czekamy

zarzuci kotwicę

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Dlaczego klasycy

I

w księdze czwartej Wojny Peloponeskiej

Tucydydes opowiada dzieje swej nieudanej wyprawy

 

pośród długich mów wodzów

bitew oblężeń zarazy

gęstej sieci intryg

dyplomatycznych zabiegów

epizod ten jest jak szpilka

w lesie

 

kolonia ateńska Amfipolis

wpadła w ręce Brazydasa

ponieważ Tucydydes spóźnił się z odsieczą

 

zapłacił za to rodzinnemu miastu

dozgonnym wygnaniem

 

 

exulowie wszystkich czasów

wiedzą jaka to cena

 

2

generałowie ostatnich wojen

jeśli zdarzy się podobna afera

skomlą na kolanach przed potomnością

zachwalają swoje bohaterstwo i niewinność

oskarżają podwładnych zawistnych kolegów nieprzyjazne wiatry

Tucydydes mówi tylko że miał siedem okrętów była zima i płynął szybko

 

3

jeśli tematem sztuki

będzie dzbanek rozbity

mała rozbita dusza

z wielkim żalem nad sobą

 

to co po nas zostanie

będzie jak płacz kochanków

w małym brudnym hotelu

kiedy świtają tapety

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Co będzie

co będzie

kiedy ręce

odpadną od wierszy

 

gdy w innych górach

będę pił suchą wodę

 

powinno to być obojętne

ale nie jest

 

co stanie się z wierszami

gdy odejdzie oddech

i odrzucona zostanie

łaska głosu

 

czy opuszczę stół

i zejdę w dolinę

gdzie huczy

nowy śmiech

pod ciemnym lasem

 

Powrót do spisu wierszy