Pan Cogito

 

 

Spis wierszy

Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz

O dwu nogach Pana Cogito

Rozmyślenia o ojcu

Matka

Siostra

Pan Cogito a perła

Poczucie tożsamości

Pan Cogito myśli o powrocie do rodzinnego miasta

Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu

Przepaść Pana Cogito

Pan Cogito a myśl czysta

Pan Cogito czyta gazetę

Pan Cogito a ruch myśli

Domy przedmieścia

Alienacje Pana Cogito

Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela

Codzienność duszy

Późnojesienny wiersz Pana Cogito przeznaczony dla kobiecych pism

Żeby wywiesić przedmioty

Pan Cogito rozważa różnicę między głosem ludzkim a głosem przyrody

Sekwoja

Ci którzy przegrali

Pan Cogito biada nad małością słów

Pan Cogito a poeta w pewnym wieku

Pan Cogito a pop

Pan Cogito o magii

Pan Cogito spotyka w Luwrze posążek Wielkiej Matki

Historia Minotaura

Stary Prometeuzsz

Kaligula

Hakeldama

Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy

Georg Heym – przygoda prawie metafizyczna

Pan Cogito otrzymuje czasem dziwne listy

Rozmyślenia Pana Cogito o odkupieniu

Pan Cogito szuka rady

Gra Pana Cogito

Co myśli Pan Cogito o piekle

Pan Cogito o postawie wyprostowanej

Przesłanie Pana Cogito

 

 

 

 

Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz

 

Kto pisał nasze twarze na pewno ospa

kaligraficznym piórem  znacząc swoje „o”

lecz po kim mam podwójny podbródek

po jakim żarłoku gdy cała moja dusza

wzdycha do ascezy dlaczego oczy

osadzone tak blisko wszak to on nie ja

wypatrywał wśród chaszczy najazdu Wenedów

uszy zbyt odstające dwie muszle ze skóry

zapewne spadek po praszczurze który łowił echo

dudniącego pochodu mamutów przez stepy

 

czoło niezbyt wysokie myśli bardzo mało

– kobiety złoto ziemia nie dać się strącić z konia –

 książę myślał za nich a wiatr niósł po drogach

darli palcami mury i nagle z wielkim krzykiem

spadli w próżnię by powrócić we mnie

 

  a przecież kupowałem w salonach sztuki

  pudry mikstury maście

  szminki na szlachetność

  przykładałem do oczu marmur zieleń Veronese’a

 

Mozartem nacierałem uszy

doskonaliłem nozdrza wonią starych książek

 

przed lustrem twarz odziedziczoną

worek gdzie fermentują dawne mięsa

żądze i grzechy średniowieczne

paleolityczny głód i strach

 

jabłko upada przy jabłoni

w łańcuch gatunków spięte ciało

 

  tak to przegrałem turniej z twarzą

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

O dwu nogach Pana Cogito

 

Lewa noga normalna

rzekłbyś optymistyczna

trochę przykrótka

chłopięca

w uśmiechach mięśni

z dobrze modelowaną łydką

 

prawa

pożal się Boże –

chuda

z dwiema bliznami

jedną wzdłuż ścięgna Achillesa

drugą owalna

bladoróżową

sromotna pamiątka ucieczki

 

lewa

skłonna do podskoków

taneczna

zbyt kochająca życie

żeby się narażać

prawa

szlachetnie sztywna

drwiąca z niebezpieczeństwa

 

tak oto

na obu nogach

lewej którą przyrównać można do Sancho Pansa

i prawej

przypominającej  błędnego rycerza

idzie

Pan Cogito

Przez świat

 Zataczając się lekko

  

Powrót do spisu wierszy

 

Rozmyślania o ojcu

 

Jego twarz groźna w chmurze nad wodami dzieciństwa

(tak rzadko trzymał w ręku moją ciepłą głowę)

podany do wierzenia win nie przebaczający

karczował bowiem lasy i prostował ścieżki

wysoko niósł latarnię gdy weszliśmy w noc

 

myślałem że usiądę po jego prawicy

i rozdzielać będziemy światło od ciemności

i sądzić naszych żywych

– stało się inaczej

 

tron jego wiózł na wózku sprzedawca starzyzny

i hipoteczny wyciąg mapę naszych włości

 

urodził się po raz drugi drobny bardzo kruchy

o skórze przeźroczystej chrząstkach bardzo nikłych

pomniejszał swoje ciało abym mógł je przyjąć

 

w nieważnym miejscu jest cień pod kamieniem

 

on sam rośnie we mnie jemy nasze klęski

wybuchamy śmiechem

gdy mówią jak mało trzeba

aby się pojednać

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Matka

 

 Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał się w pośpiechu

I uciekał na oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec

Serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić. Toczył się po ostrych

Pochyłościach, czasem piął się pod górę. Przychodził splątany

I milczał. Nigdy już nie powróci na słodki tron jej kolan.

 

  Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Siostra

 

Dzięki nieznacznej różnicy wieku zażyłościom dziecinnym

wspólna kąpiel tajemnicy puszystych włosów i miękkiej skóry

mały Cogito odkrył – że mógł być siostrą

(było to tak proste jak zamienienie miejsca przy stole

gdy rodzice wyszli i babka pozwalała na wszystko)

a ona właścicielką jego imienia łuku męskiego roweru ba nosa

na szczęście nosy mieli różne brak podobieństwa fizycznego

pozwoli uniknąć dramatycznych konsekwencji

skończyło się na dotyku dotyk się nie otworzył

i młody Cogito pozostał w granicach swojej skóry

 

ziarno wątpliwości podważenie principium in dividuationis

tkwiło wszakże głęboko i pewnego popołudnia

trzynastoletni Cogito ujrzawszy na ulicy Legionów

dorożkarza

poczuł się nim tak dokładnie

że wysypały się mu rude wąsy

a rękę sparzył zimny bat

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito a perła

 

Czasem przypomina Pan Cogito, nie bez wzruszania,

młodzieńczy swój marsz ku doskonałości, owe juvenilne per aspera

ad astra. Otóż zdarzyło się mu pewnego razu, gdy spieszył na

wykłady, że wpadł mu do buta mały kamyk. Umiejscowił się

złośliwie żywym ciałem a skarpetą. Rozsądek nakazywał

pozbyć się intruza, ale zasada amor fati – przeciwnie, znoszenie

go. Wybrał drugie, heroiczne rozwiązanie.

Z początku wyglądało na niegroźne, po prostu doskwieranie

i nic więcej, ale po jakimś czasie w polu nieświadomości pojawiła

się pięta, i to w momencie, kiedy młody Cogito mozolnie chwytał

myśl profesora rozwijającego temat pojęcia idei u Platona. Pięta

rosła, nabrzmiewała, pulsowała, z bladoróżowej stawała się pur-

purowa jak zachodzące słońce, wypierała z głowy nie tylko ideę

Platona, ale wszystkie inne idee.

Wieczorem przed udaniem się na spoczynek wysypał ze skar-

petki obce ciało. Było to małe, zimne, żółte ziarenko piasku. Pięta

była przeciwnie duża, gorąca i ciemna od bólu.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Poczucie tożsamości

 

Jeśli miał poczucie tożsamości to chyba z kamieniem

Z piaskowcem niezbyt sypkim jasnym jasnoszarym

Który ma tysiąc oczu z krzemienia

(porównanie bez sensu kamień widzi skórą)

jeśli miał poczucie głębokiego związku to właśnie z kamieniem

 

nie była to wcale idea niezmienności kamień

był różny leniwy w blasku słońca brał światło jak księżyc

gdy zbliżała się burza ciemniał sino jak chmura

potem pił deszcz łapczywie i te zapasy z wodą

słodkie unicestwienie zmaganie żywiołów spięcia elementów

zatracenie natury własnej pijana stateczność

były zarazem piękne i upokarzające

 

więc w końcu trzeźwiał w powietrzu suchym od piorunów

wstydliwy pot ulotny obłok miłosnych zapałów

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito myśli o Powrocie do rodzinnego miasta

 

Gdybym tam wrócił

pewnie bym nie zastał

ani jednego cienia z domu mego

ani drzew dzieciństwa

ani krzyża z żelazną tabliczką

ławki na której szeptałem zaklęcia

kasztany i krew

ani też żadnej rzeczy która nasza jest

 

wszystko co ocalało

to płyta kamienna

z kredowym kołem

stoję w środku

na jednej nodze

na moment przed skokiem

 

nie mogę urosnąć

choć mijają lata

a w górze huczą

planety i wojny

 

stoję w środku

nieruchomy jak pomnik

na jednej nodze

przed skokiem w ostateczność

 

kredowe koło rudzieje

tak jak stara krew

wokół rosną kopczyki

popiołu

do ramion

do ust

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu

 

Wszystkie próby oddalenia

tak zwanego kielicha goryczy –

przez refleksję

opętańczą akcję na rzecz bezdomnych kotów

głęboki oddech

religię –

zawiodły

 

należy zgodzić się

pochylić łagodnie głowę

nie załamywać rąk

posługiwać się cierpieniem w miarę łagodnie

jak protezą

bez fałszywego wstydu

ale także bez pychy

 

nie wywijać kikutem

nad głowami innych

nie stukać białą laską

w okna sytych

 

pić wyciąg gorzkich ziół

ale nie do dna

zostawić przezornie

parę łyków na przyszłość

 

przyjąć

ale równocześnie

wyodrębnić w sobie

i jeśli to jest możliwe

stworzyć z materii cierpienia

rzecz albo osobę

 

grać

z nim

oczywiście

grać

 

bawić się z nim

bardzo ostrożnie

jak z chorym dzieckiem

wymuszając w końcu

głupimi sztuczkami

nikły

uśmiech

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Przepaść Pan Cogito

 

W domu zawsze bezpiecznie

 

ale zaraz za progiem

gdy rankiem Pan Cogito

wychodzi na spacer

napotyka – przepaść

 

nie jest to przepaść Pascala

nie jest to przepaść Dostojewskiego

jest to przepaść

ma miarę Pana Cogito

 

dni bezdenne

dni budzące grozę

 

idzie za nim jak cień

przystaje przed piekarnią

w parku przed ramię Pan Cogito

czyta z nim gazetę

 

uciążliwa jak egzema

przywiązana jak pies

za płytka żeby pochłonęła

głowę ręce i nogi

 

kiedyś być może

przepaść wyrośnie

przepaść dojrzej

i będzie poważna

 

żeby tylko wiedzieć

jaką pije wodę

jakim karmić ją ziarnem

 

teraz

Pan Cogito

mógłby zebrać

parę garści piasku

zasypać ją

ale nie czyni tego

 

więc kiedy

wraca do domu

zostawia przepaść

za progiem

przykrywając starannie

kawałkiem starej materii

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito a myśl czysta

 

Stara się Pan Cogito

osiągnąć myśl czystą

przynajmniej przed zaśnięciem

 

lecz samo już staranie

nosi zarodek klęski

 

więc kiedy dochodzi

do stanu że myśl jest jak woda

wielka i czysta woda

przy obojętnym brzegu

 

marszczy się nagle woda

i fala przynosi

blaszane puszki

drewno

kępkę czyichś włosów

 

prawdę rzekłszy Pan Cogito

nie jest całkiem bez winy

nie mógł oderwać

wewnętrznego oka

od skrzynki na listopad w nozdrzach miał zapach morza

świerszcze łaskotały ucho

i czuł pod żebrem palce nieobecnej

 

był pospolity jak inni

umeblowane myśli

skóra ręki na poręczy krzesła

bzdura czułości

na policzku

 

kiedyś

kiedyś później

kiedy ostygnie

osiągnie stan satori

 

i będzie jak polecają mistrzowie

pusty i

zdumiewający

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito czyta gazetę

 

Na pierwszej stronie

meldunki o zabiciu 120 żołnierzy

 

wojna trwa długo

można się przyzwyczaić

 

  tuż obok doniesienie

  o sensacyjnej zbrodni

  z portretem mordercy

 

  oko Pana Cogito

  przesuwa się obojętnie

  po żołnierskiej hekatombie

  aby zagłębić się z lubością

  w opis codziennej makabry

 

  trzydziestoletni robotnik rolny

  pod wpływem nerwowej depresji

  zabił swą żonę

  i dwoje małych dzieci

 

  podano dokładnie

  przebieg morderstwa

  położenie ciał

  i inne szczegóły

 

  120 poległych

  daremnie szukać na mapie

  zbyt wielka odległość

  pokrywa ich jak dżungla

 

  nie przemawiają do wyobraźni

  jest ich dużo

  cyfra zero na końcu

  przemienia ich w abstrakcję

 

  temat do rozmyślenia:

  arytmetyka współczucia

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito a ruch myśli

 

Myśli chodzą po głowie

mówi wyrażenie potoczne

 

wyrażenie potoczne

przecenia ruch myśli

 

większość z nich

stoi nieruchomo

pośrodku nudnego krajobrazu

szarych pagórków

wyschłych drzew

 

czasem dochodzą

do rwącej rzeki cudzych myśli

stają na brzegu

na jednej nodze

jak głodne czaple

 

ze smutkiem

wspominają wyschłe źródła

kręcą się w kółko

w poszukiwaniu ziaren

 

nie chodzą

bo nie zajdą

nie chodzą

bo nie ma dokąd

 

siedzą na kamieniu

załamują ręce

 

pod chmurnym

niskim

niebem

czaszki

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Domy przedmieścia

 

W jesienne bezsłoneczne popołudnie Pan Cogito

lubi odwiedzać brudne przedmieścia. Nie ma –

mówi – czystszego źródła melancholii.

 

Domy przedmieścia o podkrążonych oknach

domy kaszlące cicho

dreszcze tynku

domy o rzadkich włosach

chorej cerze

 

tylko kominy marzą

chuda skarga

dochodzi do brzegu lasu

na brzeg wielkiej wody

 

  chciałbym wam wymyślać imiona

  napełniać zapachem Indii

  ogniem Bosforu

  gwarem wodospadów

 

domy przedmieścia o zapadniętych skroniach

domy żujące skórkę chleba

zimne jak sen paralityka

których schody są palmą kurzu

domy stale na sprzedaż

zajazdy nieszczęścia

domy które nigdy nie były w teatrze

 

  szczury domów przedmieścia

  zaprowadźcie je nad brzeg oceanu

  niech usiądą w gorącym piasku

  niech oglądają noc podzwrotnikową

  niech fala ich nagrodzi burzliwą owacją

  jak przystoi tylko zmarnowanym żywotem

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Alienacje Pana Cogito

 

Pan Cogito trzyma w ramionach

Ciepłą amforę głowy

 

Reszta ciała jest ukryta

widzi ją tylko dotyk

 

przygląda się śpiącej głowie

obcej a pełnej czułości

 

jeszcze raz

stwierdza ze zdumieniem

że istnieje ktoś poza nim

nieprzenikniony

jak kamień

 

o granicach

które otwierają się

tylko na moment

potem morze wyrzuca

na skalisty brzeg

 

o własnej krwi

obcym śnie

uzbrojony w swoją skórę

 

Pan Cogito oddala

śpiącą głowę

delikatnie

żeby nie zostawić

na policzku

odcisków palców

 

i odchodzi

samotny

w wapno pościeli

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela

 

oddychał ciężko

 

na kołdrze

poruszały się

jego palce

 

kiedy powrócił

nie zastał już przyjaciela

na jego miejscu

leżało coś innego

z przekrzywioną głową

i wytrzeszczonymi oczami

 

  normalna krzątanina

  przybiegł lekarz

  wbił strzykawkę

  która napełniła się

  ciemną krwią

 

Pan Cogito

zaczekał jeszcze chwilę

wpatrywał się w to co zostało

 

było puste

jak worek

kurczyło się

coraz bardziej

ściskane niewidzialnymi kleszczami

miażdżone innym czasem

 

gdyby obrócił się w kamień

w ciężką rzeźbę z marmuru

obojętną i godną

jaka byłaby ulga

 

leżał na wąskim przylądku

zniszczenia

oderwany od pnia

porzucony jak kokon

 

  obiad

  talerze dzwoniły

  na Anioł Pański

  aniołowie nie schodzili z góry

 

Upaniszady pocieszały

 

kiedy mowa jego

wejdzie w myśl

myśl w oddech

oddech w żar

żar w najwyższe bóstwo

wtedy już poznać

nie może

 

więc nie mógł poznać

i był nieprzenikniony

z węzełkiem zgrzebnej tajemnicy

u wrót doliny

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Codzienność duszy

 

Rano myszy biegają

po głowie

na podłodze głowy

strzępy rozmów

odpadki poematu

wchodzi

pokojowa muza

w niebieskim fartuchu

zamiata

 

do mego pana

to przychodzą lepsi goście

taki dajmy na to Heraklit z Efezu

albo prorok Izajasz

 

dziś nikt nie dzwoni

 

pan chodzi zdenerwowany

mówi do siebie

drze niewinne papiery

wieczorem wychodzi w niewiadomym kierunku

 

muza odpina niebieski fartuch

opiera łokcie na parapecie

wyciąga szyję

czeka

na swego żandarma

z rudymi wąsami

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Późnojesienny wiersz Pan Cogito Przeznaczony dla kobiecych pism

  

Pora spadania jabłek jeszcze liście się bronią

rankiem mgły coraz cięższe łysieje powietrze

ostatnie ziarna miodu pierwsza czerwień klonów

zabity lis na polu rozstrzelana  przestrzeń

 

jabłka zejdą pod ziemię pnie podejdą do oczu

zatrzasną liście w kufrach i odezwie się drewno

słychać teraz wyraźnie jak planety się toczą

wschodzi wysoki księżyc przyjm na oczy bielmo

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Żeby wywieść przedmioty

 

Żeby wywieść przedmioty z ich królewskiego milczenia, trzeba

albo podstępu, albo zbrodni.

Zamarzłą taflę drzwi – roztapia pukanie zdrajcy, opuszczony

na  posadzkę kielich krzyczy jak ranny ptak, a podpalony dom

gada wielomównym językiem ognia, językiem zdyszanego epika,

to o czym milczało łóżko, kufry, zasłony.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito rozważa różnicę między głosem ludzkim a głosem przyrody

 

Niezmordowana jest oracja światów

 

  mogę to wszystko powtórzyć od nowa

  z piórem odziedziczanym po gęsi i Homerze

  z pomniejszoną włócznia

  stanąć wobec żywiołów

 

  mogę to wszystko powtórzyć od nowa

  przegra ręka od góry

  gardło słabsze od źródła

  nie przekrzyczę piasku

  nie zwiążę śliną metafory

  oka z gwiazdą

  i z ruchem przy kamieniu

  z ziarnistego milczenia

  nie wyprowadzę ciszy

 

a przecież zebrałem tyle słów w jednej linii

dłuższej od wszystkich linii dłoni

a zatem dłuższej od losu

w linii wymierzonej poza

linii rozkwitającej

prostej jak odwaga linii ostatecznej

lecz była to zaledwie miniatura horyzontu

 

  i dalej toczą się pioruny kwiatów oratio traw oratio chmur

  mamroczą chóry drzew spokojnie płonie skała

  ocean gasi zachód dzień połyka noc i na przełączy wiatrów

  nowe wstaje światło

 

    a ranna mgła podnosi tarczę wyspy

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Sekwoja

 

Gotyckie wieże z igliwia w dolinie potoku

niedaleko Mount Tamalpais gdzie rankiem i wieczorem

gęsta mgła jak oceanu gniew i uniesienie

 

w tym rezerwacie olbrzymów pokazują przekrój drzewa miedziany pień zachodu

o słojach niezmiernie regularnych jak kręgi na wodzie

i ktoś przewrotny wpisał daty ludzkiej historii

 

cal od środka pnia pożar dalekiego Rzymu za czasów Nerona

w połowie bitwa pod Hastings nocna wyprawa drakkarów

popłoch Anglosaksonów śmierć nieszczęsnego Harolda

opowiedziana jest cyrklem

i wreszcie tuż przy wybrzeżu kory lądowanie Aliantów w Normandii

 

Tacyt tego drzewa był geometrów nie znał przymiotników

nie znał składni wyrażającej przerażenie nie znał żadnych słów

więc liczył dodawał lata i wieki jakby chciał powiedzieć że nie ma

nic poza narodzinami i śmiercią nic tylko narodziny i śmierć

a wewnątrz krwawa miazga sekwoi

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Ci którzy przegrali

 

Ci którzy przegrali tańczą z dzwonkami u nóg

w kajdanach śmiesznych strojów w piórach zdechłego orła

unosi się kurz współczucia na małym placku

i filmowy karabin strzela łagodnie i celnie

 

podnoszą siekierę z blachy łukiem jak brew mordują liście i cienie

więc tylko bęben bęben huczy i przypomina dawną dumę i gniew

 

oddali historię i weszli w lenistwo gablotek

leżą w grobowcu pod szkłem obok wiernych kamieni

 

ci którzy przegrali – sprzedają pod pałacem gubernatora w Santa Fe

(długi parterowy budynek ciepła spieczona ochra brązowe

kolumny z drzewa wystające belki stropu na których wisi ostry cień)

sprzedają paciorki amulety boga deszczu i ognia model świątyni Kiva

ze sterczącymi w górę dwiema słomkami drabiny po której schodzi urodzaj

kup boga echo jest tani i milczy wymownie

gdy waha się na wyciągniętej ku nam

ręce z neolitu

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito biada nad małością snów

 

I sny maleją

  gdzie są te senne orszaki naszych babek i dziadków

gdy barwni jak ptaki lekkomyślni jak ptaki wstępowali wysoko

na schody cesarskie tysiąc świeciło pająków

a dziadek już tylko oswojony a laską przyciskał do boku

srebrną szpadę i nie kochaną babkę która była tak uprzejma

że przybrała dla niego twarz pierwszej miłości

 

  do nich

z obłoków podobnych do kłębów tytoniowego dymy przemawiał Izajasz

 

  i widzieli jak Święta Teresa

blada jak opłatek niosła prawdziwy koszyk chrustu

 

ich groza była wielka jak horda tatarska

a szczęście we śnie tak jak złoty deszcz

 

mój sen – dzwonek golę się w łazience otwieram drzwi

inkasent wręcza mi rachunek za gaz i elektryczność

nie mam pieniędzy wracam do łazienki rozmyślając

nad liczbą 63,50

 

  podnoszę oczy i wtedy widzę w lustrze

twarz moją tak realnie że budzę się z krzykiem

 

gdyby choć raz mi się przyśnił czerwony kubrak kata

lub naszyjnik królowej byłbym wdzięczny snom

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

Pan Cogito a poeta w pewnym wieku

 

1

Poeta w porze przekwitania

Zjawisko osobliwe

 

2

ogląda się w lustrze

rozbija lustro

 

3

w bezksiężycową noc

topi metrykę w czarnym stawie

 

4

podgląda młodych

naśladuje ich kołysanie bioder

 

5

przewodniczy zebraniu

niezależnych trockistów

namawia do podpalenia

 

6

pisze listy

do Prezesa Układu Słonecznego

pełne intymnych wyznań

 

7

 

poeta w pewnym wieku

w środku niepewnego wieku

 

8

zamiast hodować

bratki i onomatopeje

sadzi kolczaste eksklamacje

inwektywy i traktaty

 

9

czyta na przemian Izajasza i Kapitał

potem w ferworze dyskusji

mieszają mu się cytaty

 

10

poeta w porze niejasnej

między odchodzącym Erosem

a Thanatosem który nie wstał jeszcze z kamienia

 

11

pali haszysze

ale nie widzi

ani nieskończoności

ani kwiatów

ani wodospadów

widzi procesję

zakapturzonych mnichów

wchodzących na skalistą górę

ze zgaszonymi pochodniami

 

12

poeta w pewnym wieku

wspomina ciepłe dzieciństwo

bujną młodość

niechlubny wiek męski

 

13

gra

w Freuda

gra

w nadzieję

gra

w czerwone i czarne

gra

w ciało

i kości

gra i przegrywa

zanosi się nieszczerym śmiechem

 

14

dopiero teraz rozumie ojca

nie może wybaczyć siostrze

która uciekła z aktorem

zazdrości młodszemu bratu

pochylony nad fotografią matki

próbuje jeszcze raz

namówić ją do poczęcia

 

15

sny

niepoważnie pubertalne

ksiądz katecheta

sterczące przedmioty

i nie dosiężna Jadzia

 

16

ogląda o świcie

swoją rękę

dziwi się skórze

podobnej do kory

 

17

na tle młodego błękitu

białe drzewo jego żył

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Pan Cogito a pop

 

1

W czasie koncertu pop

Pan Cogito rozmyśla

nad estetyką hałasu

 

sama idea owszem

pociągająca

 

być bogiem

to znaczy ciskać gromy

 

albo mniej teologicznie

połknąć język żywiołów

 

zastąpić Homera

trzęsieniem ziemi

Horacego

kamienną lawiną

 

wydobyć z trzewi

to co jest w trzewiach

przerażenie i głód

 

obnażyć drogi

pokarmu

obnażyć drogi

oddechu

obnażyć drogi

pożądania

 

grać na czerwonym gardle

oszalałe pieśni miłosne

 

2

kłopot polega na tym

że krzyk wymyka się formie

jest uboższy głosu

który wznosi się

i opada

 

krzyk dotyka ciszy

ale przez ochrypnięcie

a nie przez wolę

opisania ciszy

 

jest jaskrawie ciemny

z niemocy artykulacji

 

odrzucił łaskę humoru

albowiem nie zna półtonów

 

jest jak ostrze

wbite w tajemnicę

lecz nie oplata się

wokół tajemnicy

nie poznaje jej kształtów

 

wyraża jej prawdę uczuć

z rezerwatów przyrody

 

szuka utraconego raju

w nowych dżunglach porządku

 

modli się o śmierć gwałtowną

i ta mu zostanie przyznana

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito o magii

 

1

Ma racje Micea Eliade

jesteśmy – mimo wszystko

społeczeństwem zaawansowanym

 

magia i gnoza

kwitnie jak nigdy

 

sztuczne raje

sztuczne piekła

sprzedawane są na rogu ulicy

 

w Amsterdamie odkryto

plastykowe narzędzia tortur

 

dzieweczka z Massachusetts

przyjęła chrzest krwi

 

katatonicy siódmego dnia

stają na pasch startowych

 

porwie ich czwarty wymiar

karetka z ochrypłą syreną

 

przez Telegraph Street

płyną ławice brodaczy

w słodkim zapachu nirwany

 

Jaś Gołąb śnił

że jest bogiem

a bóg nicością

spływał wolno jak piórko

z wieży Eiffla

 

nieletni filozof

uczeń Sade’a

przecina umiejętnie

brzuch ciężarnej kobiety

i krwią maluje na ścianie

wersety zagłady

 

do tego orgie orientalne

wymuszone i trochę nudne

 

2

rosną z tego fortuny

gałęzie przemysłu

gałęzie zbrodni

 

pracowite stateczki płyną

w podróż po nowe korzenie

inżynierowie wizualnej rozpusty

pracują bez wytchnienia

 

zziajani alchemicy halucynacji

produkują

nowe dreszcze

nowe kolory

nowe jęki

 

i rodzi się sztuka

agresywnej epilepsji

 

z czasem

deprawatorzy osiwieją

i pomyślą o zadośćuczynieniu

 

powstaną wtedy

nowe więzienia

nowe azyle

nowe cmentarze

 

jest to jednak wizja

lepszej przyszłości

 

na razie

magia

kwitnie

jak nigdy

  

Powrót do spisu wierszy

 

 

Pan Cogito spotyka w Luwrze posążek Wielkiej Matki

 

Ta mała kosmologia z wypalonej gliny

trochę większa od dłoni pochodzi z Beocji

na szczycie głowa jak święta góra Meru

z której spływają włosy – wielkie rzeki ziemi

szyja jest niebem w niej pulsuje ciepło

bezsenne konstelacje

naszyjnik obłoków

 

  ześlij nam świętą wodę urodzajów

  ty z której palców wyrastają liście

  my urodzeni z gliny

  jak ibis wąż i trawa

  chcemy byś nas trzymała

  w mocnych swoich dłoniach

 

na brzuchu ziemia kwadratowa

pod strażą podwójnego słońca

 

  nie chcemy innych bogów nasz kruchy dom z powietrza

  wystarczy kamień drzewo proste imiona rzeczy

  nieś nas ostrożnie od nocy

  a potem zdmuchnij zmysły przed progiem pytania

 

w gablotce Matka opuszczona

patrzy zdziwionym okiem gwiazdy

  

Powrót do spisu wierszy

 

 

Historia Minotaura

 

W nie odczytanym jeszcze piśmie linearnym A opowiedziano

prawdziwą historię księcia Minotaura. Był on – wbrew

późniejszym plotkom – autentycznym synem króla Minosa i Parsifae.

Chłopak urodził się zdrowy, lecz z nienormalnie dużą głowa

– co wróżbiarze poczytywali jako znak przyszłej mądrości.

W istocie Minotaur rósł w lata swoje jako silny, nieco melan-

cholijny – małolatek. Król postanowił oddać go do stanu

kapłańskiego. Ale kapłani tłumaczyli, że nie mogą przyjąć nie –

normalnego księcia, bo to mogłoby obniżyć już i tak nadszarp-

niety, przez odkrycie koła – autorytet religii.

Sprowadził tedy Minos młodego w Grecji inżyniera Dedala

– twórcę głośnego kierunku architektury pedagogicznej. Tak

 Powstał labirynt. Przez system korytarzy, od najprostszych do

Coraz bardziej skomplikowanych, różnicę poziomów i schody

abstrakcji miał wdrażać księcia Minotaura w zasady poprawnego

myślenia.

Snuł się tedy nieszczęsny książe popychany przez preceptorów

korytarzami indukcji i dedukcji, nieprzytomnym okiem patrzył

na poglądowe freski. Nic z tego nie rozumiał.

Wyczerpawszy wszystkie środki król Minos postanowił pozbyć

się zakały rodu. Sprowadził (także z Grecji, która słynęła ze zdol-

nych ludzi) zręcznego mordercę Tezeusza. I Tezeusz zabił

Minotaura. W tym punkcie mit i historia są ze sobą zgodne.

przez labirynt – niepotrzebny już elementarz – wraca Tezeusz

niosąc wielką, krwawą głowę Minotaura o wystrzeżonych

oczach, w których po raz pierwszy kiełkować zaczęła mądrość

– jaką zwykło zsyłać doświadczenie.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Stary Prometeusz

 

    Pisze pamiętniki. Próbuje w nich wyjaśnić miejsce bohatera

w systemie konieczności, pogodzić sprzeczne ze sobą pojęcie bytu

i losu.

    Ogień buzuje wesoło na kominku, w kuchni krząta się żona

– egzaltowana dziewczyna, która nie mogła urodzić mu syna,

ale pociesz się, że i tak przejdzie do historii. Przygotowanie

do kolacji, na którą ma przyjść miejscowy proboszcz i aptekarz

najbliższy teraz przyjaciel Prometeusza.

    Ogień buzuje na kominku. Na ścianie wypchany orzeł i list

dziękczynny tyrana Kaukazu, Któremu dzięki wynalazkowi

Prometeusza udało się spalić zbuntowane miasto.

    Prometeusz śmieje się cicho. Jest to teraz jego jedyny sposób

wyrażenia niezgody na świat.

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

Kaligula

 

Czytając stare kroniki, poematy i żywoty Pan Cogito doświadcza czasem

Uczucia fizycznej obecności osób dawno zmarłych

 

Mówi Kaligula:

Spośród wszystkich obywateli Rzymu

kochałem tylko jednego

Incitatusa – konia

 

kiedy wyszedł do senatu

nieskazitelna toga jego sierści

lśniła niepokalanie wśród obszytych purpurą tchórzliwych morderców

 

Incitatus był pełen zalet

nie przemawiał nigdy

natura stoicka

myślę że nocą w stajni czytał filozofów

kochałem go tak bardzo że pewnego dnia postanowiłem go ukrzyżować

ale sprzeciwiła się temu jego szlachetna anatomia

 

obojętnie przyjął godność konsula

władzę sprawował najlepiej

to znaczy nie sprawował jej wcale

 

nie udało się nakłonić go do trwałych związków miłosnych

z drogą żoną moją Caesonią

więc nie powstała niestety linia cesarzy – centaurów

 

dlatego Rzym runął

 

postanowiłem mianować go bogiem

lecz dziewiątego dnia przed kaledami lutowymi

Cherea Korneliusz Sabinus i inni głupcy przeszkodzili tym zbożnym zamiarom

 

spokojnie przyjął wiadomość o mojej śmierci

 

wyrzucono go z pałacu i skazano na wygnanie

 

zniósł ten cios z godnością

 

umarł bezpotomnie

zaszlachtowany przez gruboskórnego rzeźnika z miejscowości Ancjum

 

o pośmiertnych losach jego mięsa

milczy Tacyt

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Hakeldama

 

Kapłani mają problem

z pogranicza etyki i rachunkowości

 

co zrobić ze srebrnikami

które Judasz rzucił im pod nogi

 

suma została zapisana

po stronie wydatków

zanotują je kronikarze

po stronie legendy

 

nie godzi się wpisać jej

w rubryce nieprzewidziane dochody

niebezpiecznie wprowadzić do skarbca

mogłaby zarazić srebro

 

nie wypada

kupić za nią świecznika do świątyni

ani rozdać ubogim

 

po długiej naradzie

postanawiają nabyć plac garncarski

i założyć na nim

cmentarz dla pielgrzymów

 

oddać – niejako

pieniądze za śmierć

śmierci

 

wyjście

było taktowne

więc dlaczego

huczy przez stulecia

nazwa tego miejsca

hakeldama

hakeldama

to jest pole krwi

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy

 

Baruch Spinoza z Amsterdamu

zapragnął dosięgnąć Boga

 

szlifując na strychu

soczewki

przebił nagle zasłonę

i stanął twarzą w twarz

 

mówił długo

(a gdy tak mówił

rozszerzał się umysł jego

i dusza jego)

zadawał pytania

na temat natury człowieka

 

– Bóg gładził roztargniony brodę

 

pytał o pierwszą przyczynę

 

– Bóg patrzył w nieskończoność

pytał o przyczynę ostateczną

 

– Bóg łamał palce

chrząkał

 

kiedy Spinoza zamilkł

rzecze Bóg

 

– mówisz ładnie Baruch

lubię twoją geometryczną łacinę

a także jasną składnię

symetrię wywodów

 

pomówmy jednak

o Rzeczach Naprawdę

Wielkich

 

– popatrz na twoje ręce

pokaleczone i drżące  

 

– niszczysz oczy

w ciemnościach

 

– odżywiasz się źle

odziewasz nędznie

 

– kup nowy dom

wybacz weneckim lustrom

że powtarzają powierzchnię

 

– wybacz kwiatom we włosach

pijackiej piosence

 

– dbaj o dochody

jak kolega Kartezjusz

 

– bądź przebiegły

jak Erazm

 

– poświęć traktat

Ludwikowi XIV

i tak go nie przeczyta

 

– uciszaj

racjonalną furię

upadną od niej trony

i sczernieją gwiazdy

 

– pomyśl

o kobiecie

która da ci dziecko

 

– widzisz Baruch

mówimy o Rzeczach Wielkich

 

– chcę być kochany

przez nieuczonych i gwałtownych

są to jedyni

którzy naprawdę mnie łakną

 

teraz zasłona opada

Spinoza zostaje sam

 

Nie widzi złotego obłoku

Światła na wysokościach

 

widzi ciemność

 

słyszy skrzypienie schodów

kroki schodzące w dół

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Georg Heym – przygoda prawie metafizyczna

 

1

Jeśli jest prawdą

że obraz wyprzedza myśl

można mniemać

że idee Heym

powstały w czasie ślizgawki

 

– łatwość poruszania się

po lodowej powierzchni

 

był tu i tam

krążył wokół ruchomego centrum

nie był planeta

ani dzwonem

ani rolnikiem przywiązanym do pługa

 

– względność ruchu

lustrzane przenikanie układów

 

lewy bliżej brzeg

(czerwone dachy Gatow)

uciekał do tyłu

jak gwałtownie szarpany obrus

prawy natomiast

stał (pozornie) w miejscu

 

– obalenie determinizmu

cudowna koegzystencja możliwości

 

  – moja wielkość –

  mówił do siebie Heym

  (sunął teraz do tylu

  z uniesioną lewą nogą)

  polega na odkryciu

  że w świecie współczesnym

  nie ma wynikania

  tyrani następstw

  dyktatury związków przyczynowych

 

  wszystkie myśli

  działania

  przedmioty

  zjawiska

  leżą obok siebie

  jak ślady łyżew

  na białej powierzchni

 

  stwierdzenie ważkie

  dla fizyki teoretycznej

  stwierdzenie groźne

  dla teorii poezji

 

2

ci którzy stali na prawym brzegu

nie zauważyli zniknięcia Heyma

 

gimnazjalista który go mijał

widział wszystko w odwróconym porządku:

 

biały sweter

spodnie zapięte pod kolanem

na dwa kościane guziki

łydki w pomarańczowych pończochach

łyżwy przyczynę nieszczęścia

 

dwaj policjanci

rozgarnęli tłum gapiów

stojących nad otworem w lodzie

 

(wyglądał jak wejście do lochu

jak zimne usta maski)

 

śliniąc ołówki

próbowali zanotować zdarzenie

wprowadzić porządek

zgodnie z przestarzałą

logiką Arystotelesa

z właściwą władzy

tępą obojętnością

dla odkrywcy

i jego myśli

które teraz

błąkały się bezradnie

pod lodem

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito otrzymuje czasem dziwne listy

 

Panie Amelia z Darmstadu

prosi o pomoc

w odszukaniu swego prapradziadka

Ludwika I

 

zginął

jak tylu innych

w czasie zawieruchy wojennej

 

ostatni raz

widziano go

w majątku rodowym

w pobliżu Jeleniej Góry

 

Pan Cogito

pamięta dobrze

ostrą pełną pożarów ziemię

roku 1944

 

prapradziadek

z zawodu gross herzog

żył wówczas

w ramach

 

stał

w uniformie

białych spodniach

przed altaną

po prawej była

złamana kolumna

w tyle

ciemne burzliwe niebo

z jasną pręgą na horyzoncie

 

Pan Cogito

myśli

bez cienia ironii

o śmierci prapradziadka

 

czy nie stracił

zimnej krwi

kiedy pożar

siedział okrakiem na parapecie

 

czy nie krzyczał

kiedy wleczono go po dziedzińcu

 

czy nie upadł

błagalnie na kolana

kiedy mierzono

w wielką gwiazdę na piersi

wyobraźnia

Pana Cogito

jak mała

jak sanitariusz

zagubiony we mgle

 

nie widzi

twarzy

uniformu

białych spodni

 

widzi tylko

ciemne burzliwe niebo

z jasną pręgą na horyzoncie

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Rozmyślenia Pana Cogito o odkupieniu

 

Nie powinien przysyłać syna

 

zbyt wielu widziało

przebite dłonie syna

jego zwykłą skórę

 

zapisane to było

aby nas pojednać

najgorszym pojednaniem

 

zbyt wiele nozdrzy

chłonęło z lubością

zapach jego strachu

 

nie wolna schodzić

nisko

bratać się krwią

 

nie powinien przysyłać syna

lepiej było królować

w barokowym pałacu z marmurowych chmur

na tronie przerażenia

z berłem śmierci

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito szuka rady

 

Tyle książek słowników

opasłe encyklopedie

ale nie ma kto poradzić

 

zbadano słońce

księżyc gwiazdy

zgubiono mnie

 

moja dusza

odmawia pociechy

wiedzy

 

  wędruje tedy nocą

  po drogach ojców

 

  i oto

  miasteczko Bracław

  wśród czarnych słoneczników

 

  to miejsce które opuściliśmy

  to miejsce które krzyczy

  jest szabas

  jak zawsze w szabas

  ukazuje się Nowe Niebo

 

  – szukam ciebie rabi

 

  – nie ma go tutaj –

  mówią chasydzi

  – jest w świecie szeolu

  – miał piękną śmierć

  mówią chasydzi

  – bardzo piękna

  tak jakby przyszedł

  z jednego kata

  do drugiego kąta

  cały czarny

  w ręku miał

  Torę płonącą

 

  – szukam cię rabi

 

  – za którym firmamentem

  ukryłeś mądre ucho

 

  – boli mnie serce rabi

  – mam kłopoty

 

może by mi poradził

rabi Nachman

ale jak mam go znaleźć

wśród tylu popiołów

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Gra Pan Cogito

 

1

Ulubioną zabawą

Pan Cogito

jest gra Kropotkin

 

ma wiele zalet

gra Kropotkin

 

wyzwala wyobraźnie historyczną

poczucie solidarności

odbywa się na wolnym powietrzu

obfituje w dramatyczne epizody

jej reguły są szlachetne

despotyzm zawsze przegrywa

 

na wielkiej tablicy imaginacji

Pan Cogito ustawia figury

 

król oznacza

Piotra Kropotkina w twierdzy pietropowłowskiej

Laufry trzech żołnierzy, szyldwacha

Wieża zbawcza karetę

 

Pan Cogito ma do wyboru

wiele ról

 

może grać

śliczną Zofię Nikołajewnę

ona w kopercie zegarka

przemyca plan ucieczki

 

może być także skrzypkiem

który w szarym domku

umyślnie wynajętym

naprzeciw więzienia

gra Uprowadzenie z Seraju

co oznacza ulica wolna

 

najbardziej jednak

lubi Pan Cogito

rolę doktora Oretesa Weimara

 

on w dramatycznym momencie

zagaduje żołnierza przy bramie

 

– widział ty Wania mikroba

– nie widział

– a on bestia po twoje skórze łazi

– nie mówcie jaśnie panie

– a łazi i ogon ma

– duży?

– na dwie albo trzy wiorsty

 

wtedy futrzana czapka

spada na branie oczy

 

i już

toczy się wartko

gra Kropotkin

 

król-więzień siedzi wielkimi susami

szamocze się chwile z flanelowym szlafrokiem

skrzypek w szarym domku

gra Uprowadzenie z Seraju

słychać głosy łapaj

doktor Orestes snuje o mikrobach

bicie serca

podkute buty na bruku

wreszcie zbawcza kareta

laufry nie mają ruchu

 

Pan Cogito

cieszy się jak dziecko

znów wygrał grę Kropotkin

 

2

tyle lat

tyle już lat

gra Pan Cogito

 

ale nigdy

nie pociągała go rola

bohatera ucieczki

 

nie przez niechęć

do błękitnej krwi

księcia anarchistów

ani wstręt do teorii

o wzajemnej pomocy

 

nie wynika to także z tchórzostwa

Zofia Nikołajewna

skrzypek z szarego domku

doktor Orestes

też nastawiali głowy

 

z nimi jednak

Pan Cogito

utożsamia się niemal zupełnie

 

jeśliby zaszła potrzeba

mógłby być nawet koniem

karety uciekiniera

 

Pan Cogito

chciałby być pośrednikiem wolności

 

trzymać sznur ucieczki

przemycać gryps

dawać znak

 

zaufać sercu

czystemu odruchowi sympatii

 

nie chce jednak odpowiadać za to

co w miesięczniku „Freedom”

 

napiszą brodacze

o nikłej wyobraźni

 

przyjmuje rolę poślednią

nie będzie mieszkał w historii

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Co myśli Pan Cogito o piekle

 

   Najniższy krąg piekła. Wbrew powszechnej opinii nie

zamieszkują go ani despoci, ani matkobójcy, ani także ci, którzy

chodzą za ciałem innych. Jest to azyl artystów, pełen luster,

instrumentów i obrazów. Na pierwszy rzut oka najbardziej

komfortowy oddział infernalny, bez smoły, ognia i tortur fizycznych.

   Cały rok odbywają się tu konkursy, festiwale i koncerty. Nie

ma pełni sezonu. Pełnia jest permanentna i niemal absolutna.

Co kwartał powstają nowe kierunki i nic, jak się zdaje, nie jest

w stanie zahamować tryumfalnego pochodu awangardy.

   Belzebub kocha sztukę. Chełpi się, że jego chóry, jego poeci

i jego malarze przewyższają już prawie niebieskich. Kto ma lepszą

sztukę, ma lepszy rząd – to jasne. Niedługo będą się mogli zmierzyć

 na Festiwalu Dwu Światów. I wtedy zobaczymy, co zostanie

z Dantego, Fra Angelico i Bacha.

   Belzebub popiera sztukę. Zapewnia swym artystom spokój,

Dobre wyżywienie i absolutną izolację od piekielnego życia.

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pan Cogito o postawie wyprostowanej

 

1

W Utyce

obywatele

nie chcą się bronić

 

w mieście wybuchła epidemia

instynktu samozachowawczego

 

świątynie wolności

zamieniono na pchli targ

 

senat obraduje nad tym

jak nie być senatem

 

obywatele

nie chcą się bronić

uczęszczają na przyspieszone kursy

padania na kolana

 

biernie czekają na wroga

piszą wiernopoddańcze mowy

zakopują złoto

 

szyją nowe sztandary

niewinnie białe

uczą dzieci kłamać

 

otworzyli bramy

przez które wchodzi teraz

kolumna piasku

 

poza tym jak zwykle

handel i kopulacja

 

2

Pan Cogito

chciałby stanąć

na wysokości sytuacji

 

to znaczy

spojrzeć losowi

prosto w oczy

 

jak Katon Młodszy

patrz Żywoty

 

nie ma jednak

miecza

ani okazji

żeby wysłać rodzinę za morze

 

czeka zatem jak inni

chodzi po bezsennym pokoju

 

wbrew radom stoików

chciałby mieć ciało z diamentu

i skrzydła

 

patrzy przez okno

jak słońce Republiki

ma się ku zachodowi

 

pozostało mu nie wiele

właściwie tylko

wybór pozycji

w której chce umrzeć

wybór gestu

wybór ostatniego słowa

 

dlatego nie kładzie się

do łóżka

aby  uniknąć

uduszenia we śnie

 

chciałby do końca

stać na wysokości sytuacji

 

los patrzy mu w oczy

w miejsce gdzie była

jego głowa

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Przesłanie Pan Cogito

 

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu

po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

 

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach

wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

 

ocalałeś nie po to aby żyć

masz mało czasu trzeba dać świadectwo

 

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny

w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

 

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze

ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

 

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają

pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę

a kronik napisze twój uładzony życiorys

 

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy

przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

 

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej

oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz

powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych

 

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne

ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy

światło na murze splendor nieba

one nie potrzebują twego ciepłego oddechu

są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

 

czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź

dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

 

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy

bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz

powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem

jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

 

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką

chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

 

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek

do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Ronalda

obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

 

Bądź wierny Idź

 

Powrót do spisu wierszy