Raport z oblężonego miasta

 

 

 

Spis wierszy

Co widziałem

Ze szczytów schodów

Dusza Pana Cogito

Tren

Do rzeki

Dawni Mistrzowie

Modlitwa Pana Cogito - podróżnika

Pan Cogito –powrót

Pan Cogito i wyobraźnia

In memoriam Nagy Laszlo

Do Ryszarda Krynickiego

Pan Cogito i długowieczność

Pan Cogito o cnocie

Wstydliwe sny

Przeczucia eschatologiczne Pana Cogito

Kołysanka

Fotografia

Babylon

Boski Klaudiusz

Potwór Pana Cogito

Mordercy królów

Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi

Anabaza

Porzucony

Beethoven

Pan Cogito myśli o krwi

Pan Cogito z Marią Rasputin – próba kontaktu

Proces

Izydora Duncan

Posłaniec

17 IX

Pan Cogito o potrzebie ścisłości

Potęga smaku

Pan Cogito – zapiski z martwego domu

Raport z oblężonego Miasta

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co widziałem

 

Widziałem proroków szarpiących przyprawione brody

Widziałem szalbierzy wstępujących do sekty biczowników

Którzy uchodzili przed gniewem ludu

Grając na fujarce

 

widziałem widziałem

 

widziałem człowieka poddawanego torturom

siedział teraz bezpiecznie w gronie rodziny

opowiadał dowcipy jadł zupę

patrzyłem na jego rozchylone usta

dziąsła – dwie gałązki tarniny odarte z kory

było to nad wyraz bezwstydne

widziałem całą nagość

całe poniżenie

 

potem

akademia

dużo osób kwiaty

duszno

ktoś bez przerwy mówił o wypaczeniach

myślałem o jego wypaczonych ustach

 

czy to ostatni akt

sztuki Anonima

płaskiej jak całun

pełnej zduszonego szlochu

i chichotu tych

którzy odsapnąwszy z ulgą

że znów się udało

po uprzątnięciu martwych rekwizytów

wolno

podnoszą

 

zbroczoną kurtynę

1956

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

Ze szczytu schodów

 

Oczywiście

ci którzy stoją na szczycie schodów

oni wiedzą

oni wiedza wszystko

 

co innego my

sprzątacze placów

zakładnicy lepszej przyszłości

którym ci ze szczytów schodów

ukazują się rzadko

zawsze z palcem na ustach

 

jesteśmy cierpliwi

żony nasze cerują niedzielną koszulę

rozmawiamy o racjach żywności

o piłce nożnej cenie butów

a w sobotę przechylamy głowę w tył

i pijemy

 

nie jesteśmy z tych

co zaciskają pięści

potrząsają łańcuchami

mówią i pytają

namawiają do buntu

rozgorączkowani

wciąż mówią i pytają

oto ich bajka –

rzucimy się na schody

i zdobędziemy je szturmem

będą się toczyć po schodach

głowy tych którzy stali na szczycie

 i wreszcie zobaczymy

co widać z tych wysokości

jaką przyszłość

jaką pustkę

 

nie pragniemy widoku

toczących się głów

wiemy jak łatwo odrastają głowy

i zawsze na szczycie zostaje

jeden albo trzech

a na dole aż czarno od mioteł i łopat

 

czasem nam się marzy

że ci ze szczytów schodów

zejdą nisko

to znaczy do nas

gdy nad gazetą żujemy chleb

i rzekną

-          a teraz pomówmy

jak człowiek z człowiekiem

to nie jest prawda co wykrzykują afisze

prawdę nosimy w zaciśniętych ustach

okrutna jest i nazbyt ciężka

więc dźwigamy ją sami

nie jesteśmy szczęśliwi

chętnie zostalibyśmy

tutaj

 

to są oczywiście marzenia

mogą się spełnić

albo nie spełnić

więc dalej

będziemy uprawiali

nasz kwadrat ziemi

nasz kwadrat kamienia

 

z lekką głową

papierosem za uchem

i bez kropli nadziei w sercu

1956

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Dusza Pana Cogito

 

Dawniej

wiemy z historii

wychodziła z ciała

kiedy stawało serce

 

Z ostatnim oddechem

oddalała się cicho

na łąki niebieskie

 

dusza Pana Cogito

zachowuje się inaczej

 

za życia opuszcza ciało

bez słowa pożegnania

 

miesiące lata bawi

na innych kontynentach

poza granicami Pana Cogito

 

trudno zdobyć jej adres

nie daje wieści o sobie

 

unika kontaktów

nie pisze listów

 

nikt nie wie kiedy wróci

może odeszła na zawsze

 

Pan Cogito usiłuje pokonać

niskie uczucie zazdrości

 

myśli o duszy dobrze

myśli o duszy z czułością

 

zapewne musi mieszkać

także w innych ciałach

 

dusz jest stanowczo za mało

jak na całą ludzkość

 

Pan Cogito godzi się z losem

nie ma innego wyjścia

 

Stara się nawet mówić

- moja dusza moja –

 

myśli o duszy tkliwie

myśli o duszy z czułością

więc kiedy się zjawia

nieoczekiwanie

nie wita jej słowami

- dobrze że wróciłaś

patrzy tylko z ukosa

gdy siada przed lustrem

i cesze swoje włosy

splątane i siwe

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Tren

 

A teraz ma nad głową brązowe chmury korzeni

wysmukłą  lilię soli na skroniach paciorki piasku

i płynie na dnie łodzi przez spienione mgławice

 

o milę dalej od nas tam gdzie rzeka zakręca

widoczna – niewidoczna – jak światło na fali

naprawdę nie jest inna – opuszczona jak wszyscy

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Do rzeki

 

Rzeko – klepsydro wody przenośnio wieczności

Wstępuję w ciebie coraz bardziej inny

Że mógłbym być obłokiem rybą albo skałą

A ty jesteś niezmienna jak zegar co mierzy

Metamorfozy ciała i upadki ducha

Powolny rozkład tkanek i miłości

 

Ja urodzony z gliny

Chcę byś twoim uczniem

I poznać źródło olimpijskie serce

Chłodna pochodnio szumiąca kolumno

Opoko mojej wiary i rozpaczy

 

Naucz mnie rzeko uporu i trwania

Abym zasłużył w ostatniej godzinie

Na odpoczynek w cieniu wielkiej delty

W świętym trójkącie początku i końca

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

Dawni Mistrzowie

 

Dawni Mistrzowie

Obywali się bez imion

 

Ich sygnaturą były

Białe palce Madonny

 

Albo różow wieże

Di citta sul mare

 

A także sceny z życia

Delta Beata Umilta

 

Roztapiali się

W sogno

Miracolo

Crocifissione

 

Znajdowali schronienie

Pod powieką aniołów

Za pagórkami obłoków

W gęstej trawie raju

 

Tonęli bez reszty

W złotych nieboskłonach

Bez krzyku przerażenia

Bez wołania na pamięć

 

Powierzchnie  ich obrazów

Są gładkie jak lustro

 

Nie są to lustra dla nas

Są to lustra wybranych

 

Wzywam was Starzy Mistrzowie

W ciężkich chwilach zwątpienia

 

Sprawcie niech spadnie ze mnie

Wężowa łuska pychy

 

Niechaj zostanie głuchy

Na pokuszenie sławy

Wzywam was Dawni Mistrzowie

Malarzu Deszczu Manny

Malarzu Drzew Haftowanych

Malarzu Nawiedzenia

Malarzu Świętej Krwi

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Modlitwa Pana Cogito – podróżnika

Panie

Dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny

 

A także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpalnej dobroci

Twojej być w miejscach które nie były miejscami mojej codziennej udręki

 

-          że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż

rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie

 

a mały osioł na wyspie Korkyka śpiewał mi ze swoich

niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu

 

i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych i rozumnych

 

natura powtarza swoje mądre tautologie: las był lasem

morze morzem skała skałą

gwiazdy krążyły i było jak być powinno – lovis omnia plena

 

- wybacz – że myślałem tylko o sobie gdy życie innych okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie ja wielki

astrologiczny zegar u Świętego Piotra

 

że byłem leniwy roztargniony zbyt ostrożny w labiryntach i grotach

 

a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron o szczęście ludów podbitych i oglądałem tylko wchody księżyca i muzea

 

- dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły mi cząstki swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości

pomyślałem że Duccio van Eyck Bellini malowali także dla mnie

 

a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca

cierpliwie odkrywał przede mną okaleczone ciało

 

- proszę C żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie proszony przyniósł mi owce ze swego ogrodu na spalonej

słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa

 

a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach

za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona zapalona lampę aby światła ziemi pozdrawiały się

 

a także tych którzy wskazywali mi drogę i mówili kato kyrie kato

 

i żeby miał w swojej opiece Mamę ze Spoleto Spiridiona z Paxos dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy katedr zwróconych głową w dół

 

- pozwól o Panie abym nie myślał o moich wodnistookich szarych niemądrych prześladowcach kiedy słońce schodzi w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane

 

żebym rozumiał innych ludzi języki inne cierpienia

 

a nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który pragnie źródła

 

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny

 

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze i bez wybaczenia

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pan Cogito – powrót

1

Pan Cogito

postanowił wrócić

na kamienne łono

ojczyzny

 

decyzja jest dramatyczna

pożałuje jej gorzko

 

nie może jednak dłużej

znieść zwrotów kolokwialnych

-          comment allez-vous

-          wie geht’s

-          how are you

 

pytania z pozoru proste

wymagają zawiłej odpowiedzi

 

Pan Cogito zrywa

 Bandaże życzliwej obojętności

 

przestał wierzyć w postęp

obchodzi go własna rana

 

wystawy obfitości

napawają go znudzeniem

 

przywiązał się tylko

do kolumny doryckiej

kościoła San Clemente

portretu pewnej damy

książki której nie zdążył przeczytać

i paru innych drobiazgów

 

a zatem wraca

widzi już

granicę

zaorane pole

mordercze wieże strzelnicze

gęste zarośla drutu

 

bezszelestne

drzwi pancerne

zamykają się wolno za nim

 

i już

jest

sam

w skarbcu

wszystkich nieszczęść

 

2

więc po co wraca

pytają przyjaciele

z lepszego świata

 

mógłby tutaj pozostać

jakoś się urządzić

 

ranę powierzyć

chemicznym wywabiaczom

 

zostawić w poczekalni

wielkich portów lotniczych

więc po co wraca

 

-          do wody dzieciństwa

-          do splątanych korzeni

-          do uścisku pamięci

-          do ręki twarzy

spalonych na rusztach czasu

 

pytania z pozoru proste

wymagają zawiłej odpowiedzi

 

może Pan Cogito wraca

żeby dać odpowiedź

na podszepty strach

na szczęście niemożliwe

na uderzenie znienacka

na podstępne pytania

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

Pan Cogito i wyobraźnia

1

Pan Cogito nigdy nie ufał

sztuczkom wyobraźni

 

fortepian na szczycie Alp

grał mu fałszywe koncerty

 

nie cenił labiryntów

sfinks napawał go odrazą

 

mieszkał w domu bez piwnic

luster i dialektyki

 

dżungle skłębionych obrazów

nie były jego ojczyzną

 

unosił się rzadko

na skrzydłach metafory

potem spał jak Ikar

w objęcia Wielkiej Matki

uwielbiał tautologie

tłumaczenie

idem per idem

 

że ptak jest ptakiem

niewola niewolą

nóż jest nożem

śmierć śmiercią

 

kochał

płaski horyzont

linie prostą

przyciąganie ziemi

 

2

Pan Cogito będzie zaliczony

do gatunku minores

 

obojętnie przyjmie wyrok

przyszłych badaczy litery

 

używał wyobraźni

do całkiem innych celów

 

chciał z niej uczynić

narzędzie współczucia

 

pragnął pojąć do końca

 

- noc Pascala

-          naturę diamentu

-          melancholię proroków

-          gniew Achillesa

-          szaleństwa ludobójców

-          sny Marii Stuart

-          strach neandertalski

-          rozpacz ostatnich Azteków

-          długie konanie Nietzschego

-          radość malarza z Lascaux

-          wzrost i upadek dębu

-          wzrost i upadek Rzymu

 

zatem ożywiać zmarłych

dochować przymierza

 

wyobraźnia Pana Cogito

 ma ruch wahadłowy

 

przebiega precyzyjnie

od cierpienia di cierpienia

 

nie ma w niej miejsca

na sztuczne ognie poezji

 

chciałby pozostać wierny

niepewnej jasności

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

In memorian Nagy Laszlo

 

Romana powiedziała że właśnie Pan odszedł

tak zwykło się mówić tych którzy zostają na zawsze

zazdroszczę Panu marmurowej twarzy

 

pomiędzy nami były sprawy czyste żadnego listu

wspomnień niczego co bawi oko

żadnych pierścieni dzbanów

ani lamentu kobiet

dlatego łatwiej uwierzyć w nagłe uniesienie

że jest Pan teraz jak Attila József

Mickiewicz lord Byron piękne widma

które zawsze przychodzą na umówione spotkanie

 

mój wdowi dotyk nie mógł się oswoić

drapieżna miłość konkretu domagała się ofiar

nie napełniliśmy śmiechem martwego pokoju

nie oparliśmy łokci na szumiącym dębie stołu

nie piliśmy wina nie łamaliśmy losu

a przecież mieszkaliśmy razem

w hospicjum Krzyża i Róży

 

przestrzeń która nas dzieliła jest jak całun

wieczorna mgła unosi się opada

szlachetni mają twarz wody i ziemi

 

nasze dalsze współżycie ułoży się zapewne

more geometrico – dwie proste równoległe

pozaziemska cierpliwość i nieludzka wierność

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Do Ryszarda Krynickiego – list

 

Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele

z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot

kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego

nie ma fazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek

 

nasze zeszyty szkolne szczerze udręczone

ze śladem potu łez krwi będą

dla korektorki wiecznej jak tekst piosenki pozbawiony nut

szlachetnie prawy aż nadto oczywisty

 

uwierzyliśmy zbyt łatwo że piękno nie ocala

prowadzi lekkomyślnych od snu do snu na śmierć

nikt z nas nie potrafi obudzić topolowej driady

czytać pismo chmur

dlatego po śladach naszych nie przejdzie jednorożec

nie wskrzesimy okrętu w zatoce pawia róży

została nam nagość i stoimy nadzy

po prawej lepszej stronie tryptyku

Ostateczny Sąd

 

na chude barki wzięliśmy sprawy publiczne

walkę z tyranią kłamstwem zapisy cierpienia

lecz przeciwników – przyznasz – mieliśmy nikczemnie małych

czy warto zatem zniżać świętą mowę

do bełkotu z trybuny do czarnej plamy gazet

 

tak mało radości – córki bogów w naszych wierszach Ryszardzie

za mało świetlistych zmierzchów luster wieńców uniesienia

nic tylko ciemne psalmodie jąkanie animuli

urny popiołów w spalonym ogrodzie

 

 jakich sił trzeba by na przekór lasom

wyrokom dziejów ludzkiej nieprawości

w ogrójcu zdrady szeptać – cicha noc

 

jakich sił ducha trzeba by wykrzesać

bijąc na oślep rozpaczą o rozpacz

iskierkę światła hasło pojednania

 

ażeby wiecznie trwał taneczny krąg na gęstej trawie

święcono narodziny dziecka i każdy początek

dary powietrza ziemi i ognia i wody

 

ja tego nie wiem – mój Drogi – dlatego

przysłałem tobie  nocą te sowie zagadki

uścisk serdeczny

ukłon mego cienia

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pan Cogito a długowieczność

 

1

Pan Cogito

może być z siebie dumny

 

przekroczył granicę życia

wielu innych zwierząt

 

gdy pszczoła – robotnica

odchodzi na wieczny spoczynek

Cogito – osesek

cieszy się wybornym samopoczuciem

 

kiedy okrutna śmierć

zabiera mysz domową

przebył szczęśliwie koklusz

odkrył mowę i ogień

 

jeśli wierzyć

teologom ptaków

dusza jaskółek

ulatuje do raju

po dziesięciu

ziemskich wiosnach

 

w tym wieku

panicz Cogito

studiował ze zmiennym szczęściem

IV klasę szkoły powszechnej

i zaczęły interesować go kobiety

 

potem

wygrał drugą wojnę światową

(wątpliwe zwycięstwo)

dokładnie kiedy koza

wędruje do Walhalli kóz

 

dokonał rzeczy nie lada 

wbrew paru dyktatorom

przekroczył Rubikon półwiecza

skrwawiony

ale żywy

pokonał

karpia

kraba

 

teraz znajduje się

między ostatecznym czasem

węgorza i ostatecznym czasem

słonia

tu

szczerze mówiąc

wygasają ambicje

Pana Cogito

 

2

wspólna trumna ze słoniem

wcale go nie przeraża

 

nie łaknie być długowieczny

jak papuga

lub Hippoglasus vulgaris

 

a także

orzeł podniebny

pancerny żółw

głupawy łabędź

 

Pan Cogito

chciałby do końca

urodę przemijania

 

dlatego nie łyka Gelee Ruyale

nie pije eliksirów

nie pakuje z Mefistem

 

z troską dobrego ogrodnika

hoduje zmarszczki na twarzy

 

pokornie przyjmuje wapno

które odkłada się w żyłach

 

cieszą go luki pamięci

był udręczony pamięcią

 

nieśmiertelność

od dzieciństwa

wprawiała go w stan

tremendum

 

zazdrościć bogom czego?

 

-          niebiańskich przeciągów

-          partackiej administracji

-          nienasyconej chuci

-          potężnego ziewania

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

 

Pan Cogito o cnocie

1

Nic dziwnego

że nie jest oblubienicą

prawdziwych mężczyzn

 

generałów

atletów władzy

despotów

 

przez wieki idzie za nimi

ta płaczliwa stara panna

w okropnym kapeluszu Armii Zbawienia

napomina

 

wyciąga z lamusa

portret Sokratesa

krzyżyk ulepiony z chleba

stare słowa

 

-a wokół huczy wspaniałe życie

rumiane jak rzeźnia o poranku

prawie ją można pochować

w srebrnej szkatułce

niewinnych pamiątek

 

jest coraz mniejsza  

jak włos w gardle

jak brzęczenie w uchu

2

mój Boże

żeby ona była trochę młodsza

trochę ładniejsza

 

szła z duchem czasu

kołysała się w biodrach

w takt muzyki

 

może wówczas pokochaliby ją

prawdziwi mężczyźni

generałowie atleci władzy despoci

 

żeby zadbała o siebie

wyglądała po ludzku

jak Liz Taylor

albo Bogini Zwycięstwa

 

ale od niej wionie

zapach naftaliny

sznuruje usta

powtarza wielkie – Nie

nieznośna w swoim uporze

śmieszna jak strach na wróble

jak sen anarchisty

jak żywioły świętych

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Wstydliwe sny

 

Metamorfozy w dół do źródeł historii

utraconego raju dzieciństwa w kropli wody

 

ucieczki pościgi przez mysie korytarze

owadzie wędrówki na dno kwiatu

ostre przebudzenie w gnieździe wilgi

 

albo czujny bieg po śniegu w skórze wilka

i nad krawędzią przepaści wielkie wycie do pełni

nagły strach kiedy wiatr przynosi zapach mordercy

 

cały zachód słońca w rogach jelenia

spiralny sen węża

wertykalnie czuwanie płastugi

 

to wszystko jest zapisane w atlasie naszego ciała

i w skale czaszki odciśnięte jak portret przodków

więc powtarzamy litery zapomnianej mowy  

 

tańczymy nocą przed posągami zwierząt ubrani w skórę łuski pióra i pancerze

nieskończona jest litania naszych zbrodni

 

dobre duchy nie odtrącajcie nas

zbyt długo błądziliśmy po oceanach i gwiazdach

studzonych ponad miarę przyjmijcie do stada

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Przeczucie eschatologiczne Pana Cogito 

1

Tyle cudów

w życiu Pana Cogito        

kaprysów fortuny

olśnień i upadków

więc chyba wieczność

będzie miał gorzką

 

bez podróży

przyjaciół

książek

za to

pod dostatkiem czasu

jak chory na płuca

jak cesarz na wygnaniu

 

pewnie będzie zamiatał

wielki plac czyśćca

lub nudził się przed lustrem

opuszczonej golarni      

bez pióra

inkaustu

pergaminu

 

bez wspomnień dzieciństwa

atlasu ptaków

 

podobnie jak inni

będzie uczęszczał

na kursy tępienia

ziemskich nawyków

 

komisja werbunkowa

pracuje bardzo dokładnie

 

trzebi ostatki zmysłów

kandydatów do raju

 

Pan Cogito będzie się bronił

stawi zaciekły topór

2

najłatwiej odda swój węch

używał go z umiarem

nigdy nikogo nie tropił

 

także odda bez żalu

smak jadła

i smak głodu

na stole komisji werbunkowej

złoży płatki uszu

 

w doczesnym życiu

był melomanem ciszy

 

będzie tylko

tłumaczył surowym aniołom

że wzrok i dotyk

nie chcą go opuścić

 

że czuje jeszcze w ciele

wszystkie ziemskie cienie

drzazgi

pieszczoty

płomień

bicze morza

 

że wciąż jeszcze widzi

sosnę na stoku góry

siedem lichtarzy jutrzni

kamień z silnymi żyłami

 

podda się wszystkim torturom

łagodnej perswazji

ale do końca będzie bronił

wspaniałego odczuwania bólu

i paru wyblakłych obrazów

na dnie spalonego oka

3

kto wie

może uda się

przekonać aniołów

że jest niezdolny

do służby

niebieskiej

 

i pozwolą mu wrócić

przez narosłą ścieżkę      

nad brzeg białego morza

do groty początku

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Kołysanka

 

Lata krótsze i krótsze

kapłani świątyni Ammona

odkryli że Wieczna Lampa co roku spala mniej oliwy

to znaczy świat się kurczy przestrzeń czas i ludzie

 

Obserwację kapłanów przekazał Plutarch zapewne

wzbudziła gniewny pomruk w kołach filozofów

bo zrozpaczeni zmiennością człowieka

chcą aby kosmos świecił nam przykładem

 

A jednak dowód z lampy pozornie niedorzeczny

zgadza się z doświadczeniem tych którzy opuścili

zajazdy dworce domy przeszli potok złudy

i teraz łagodnym stokiem idą tam gdzie wszyscy idą

 

Oni wiedzą

- ubywa dnia

 

- róża zerwana o świcie w popłochu roni płatki

wieczorem jest już tylko spalony zagajnik słupków

między ziewnięciem w grudniu a sierpniową drzemką mija zaledwie chwila bez zdarzeń i tęsknoty

 

- coraz mniej listów podróży zdziwienia

 

- świeca smukła jak igła w drżących palcach wskazuje drogę od ściany do ściany

zamarzłe lustra odmawiają pociechy

- drodzy marli mnodzy jak ławice piasku podobni do piasku

nasze kwatery pamięci nie przyjmują nikogo

 

-          w pustych pokojach kurz zasiadł i pisze pamiętniki

 

-          gaśnie rodzinne miasto i nawet Ca d’Oro

 

- nie świeci już a wszystkie miejsca któreśmy kochali

na nietrwałych lagunach zapadają w morze

 

Co roku Wieczna Lampa spala mniej oliwy

 

Tak zacny wszechświat układa nas do snu

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Fotografia

 

Z tym chłopcem nieruchomym jak strzała Eleaty

chłopcem wśród traw wysokich nie mam nic wspólnego

poza data narodzin linią papilarną

 

to zdjęcie robił mój ojciec przed drugą wojną perską

z listowia i obłoków  wnioskuję że był sierpień

ptaki dzwoniły świerszcze zapach zbóż zapach pełni

 

w dole rzeka na rzymskich mapach nazwana Hipanis

dział wód i bliski grom doradzał by schronić się u Greków

ich nadmorskie kolonie nie były zbyt daleko

 

chłopiec uśmiecha się ufnie jedyny cień jaki zna

to cień słomkowego kapelusza cień sosny cień domu

a jeśli łuna to łuna zachodu

 

mój mały mój Izaaku pochyl głowę

to tylko chwila bólu a potem będziesz

czym tylko chcesz – jaskółką lilią polną

 

więc muszę przelać twoją krew mój mały

abyś pozostał niewinny w letniej błyskawicy

już na zawsze bezpieczny jak owad w bursztynie

piękny jak ocalała w węglu katedra paproci

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Babylon

 

Kiedy po latach wróciłem do Babylonu zmieniło się wszystko

dziewczęta które kochałem numery linii metra

czekałem przy telefonie syreny uparcie milczały

 

więc konsolacja sztuką – Petrus Christus portret młodej damy

był coraz bardziej płaski złożył skrzydła do snu

światła zagłady i miasta zbliżały się do siebie

 

festiwal Apokalipsy pochodnie samozwańcza Sybilla

rozgrzeszała pijane tłumy wyznawców obfitości

zdeptane ciało Boga wleczono w triumfie i w pyle

 

tak spełnia się finimono zastawione stoły etruskie

w koszulach splamionych winem nieświadomi losu świętują

barbarzyńcy przychodzą na koniec aby przeciąć aortę

 

nie życzyłem tobie miasto śmierci w każdym razie nie takiej

bo z tobą zejdą pod ziemię słodkie owoce wolności

i wszystko trzeba zaczynać od gorzkiej wiedzy od trawy

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Boski Klaudiusz

 

Mówiono o mnie

poczęty przez Naturę

ale nie skończony

jak porzucona rzeźba

szkic

uszkodzony fragment poematu

 

latami grałem przygłupa

idioci żyją bezpiecznie

spokojnie znosiłem obelgi

gdybym zasadził wszystkie pestki

jakie rzucono mi w twarz

wyrósł by gaj oliwny

rozległa palmowa oaza

 

edukację odebrałem wszechstronną

Liwiusz retorzy filozofowie

po grecku mówiłem jak ateńczyk

ale Platona

przypominałem tylko w pozycji leżącej

uzupełniałem studia

w lupanarach i knajpach portowych

o nie spisane słowniki wulgarnej łaciny

i wy przepasane skarbce występku i rozpusty

 

po zabójstwie Kaliguli

ukryłem się za kotarą

wyciągnięty przemocą

nie zdążyłem przybrać mądrego wyrazu twarzy

gdy rzucona mi świat pod nogi

niedorzeczny i plaski

 

odtąd stałem się najbardziej pracowitym

cesarzem historii powszechnej

Heraklesem biurokracji

z dumą wspominam

liberalną ustawę

która zezwala na wypuszczanie odgłosów brzucha

w czasie uczt

 

odpieram stawiany mi często zarzut okrucieństwa

w istocie byłem tylko roztargniony

 

w dniu gwałtownej śmierci Messaliny

na mój – przyznaję – rozkaz uśmiercono biedaczkę

spytałem w czasie biesiady – dlaczego Pani nie przyszła

odpowiedziało grobowe milczenie

naprawdę zapomniałem

 

zdarzało się że zapraszałem

zmarłych na partycję kości

absencję karałem grzywną

przeciążony tyloma pracami

mogłem się mulić w szczegółach

 

podobno

kazałem stracić

trzydziestu pięciu senatorów

i jakieś trzy centurie ekwitów

no cóż

 

trochę mniej purpury

mniej złotych pierścieni

za to – co nie jest błahe –

więcej miejsca w teatrze

 

nikt nie chciał zrozumieć

że cel tych operacji był wzniosły

pragnąłem ludzi oswoić ze śmiercią

stępić jej otrze

sprowadzić do wymiarów banalnych i codziennych

takich jak lekka melancholia albo katar

 

a oto dowód mojej

delikatności uczuć

z placu kaźni

usunąłem posąg łagodnego Augusta

by czuły marmur

nie słuchał ryku skazańców

 

noce poświęcałem studiom

napisałem historię Etrusków

historię Kartaginy

drobiazg o Saturnie

przyczynek do teorii gier

traktat o jadach węży

 

to ja ocaliłem Ostię

przed inwazją piasku

osuszałem bagna

zbudowałem akwedukty

odtąd zmywanie krwi

stało się w Rzymie łatwiejsze

 

rozszerzyłem granice Imperium

o Brytanię Mauretanię

i zdaje się Trację

 

o śmierci przyprawiła mnie żona moja Agrypina

i niepohamowana namiętność do borowików

grzyby esencja lasu – stały się esencją śmierci

 

wspomnijcie – o potomni – z zależą czcią i wdzięcznością

choćby jedną zasługę boskiego Klaudiusza

dodałem do alfabetu nowe znaki i dźwięki

rozszerzyłem granice mowy to znaczy granice wolności

 

odkryte przeze mnie litery – ukochane córki – Digamma i  Antysigma

wiodły mój cień

gdy chwiejnym krokiem zmierzałem w mroczną krainę Orkus

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Potwór Pana Cogito

1

Szczęśliwy święty Jerzy

z rycerskiego siodła

mógł dokładnie ocenić

siłę i ruchy smoka

 

pierwsza zasada strategii

trafna ocena wroga

 

Pan Cogito

jest w gorszym położeniu

 

siedzi w niskim

siodle doliny

zasnutej gęstą mgłą

 

przez mgłę nie sposób dostrzec

oczu pałających

łakomych pazurów

paszczy

 

przez mgłę

widać tylko

migotanie nicości

 

potwór Pana Cogito

pozbawiony jest wymiarów

 

trudno go opisać

wymyka się definicjom

 

jest jak ogromna depresja

rozciągnięta nad krajem

 

nie da się przebić

piórem

argumentem

włócznią

 

gdyby nie duszny ciężar

i śmierć którą zsyła

można by sądzić

że jest majakiem

chorobą wyobraźni

 

ale on jest

jest na pewno

 

jak czad wypełnia szczelnie

domy świątynie bazary

 

zatruwa studnie

niszczy budowle umysłu

pokrywa pleśnią chleb

 

dowodem istnienia potwora

są jego ofiary

 

jest dowód nie wprost

ale wystarczający

2

rozsądni mówią

że można współżyć

z potworem

 

należy tylko unikać

gwałtownych ruchów

gwałtownej mowy

w przypadku zagrożenia

przyjąć formę

kamienia albo liścia

 

słuchać mądrej Natury

która zaleca mimetyzm

 

oddychać płytko

udawać że nas nie ma

 

Pan Cogito jednak

nie lubi życia na niby

 

chciałby walczyć

z potworem

na ubitej ziemi

 

wychodzi tedy o świcie

na senne przedmieście

przezornie zaopatrzony

w długi ostry przedmiot

 

nawołuje potwora

po pustych ulicach

 

obraża potwora

prowokuje potwora

 

jak zuchwały harcownik

armii której nie ma

 

woła –

wyjdź podły tchórzu

 

przez mgłę

widać tylko

ogromny pysk nicości

 

Pan Cogito chce stanąć

do nierównej walki

 

powinno to nastąpić

możliwie szybko

 

zanim nadejdzie

 powalenie bezwładem

zwyczajna śmierć bez glorii

uduszenie bezkształtem

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

Mordercy królów

 

Jak twierdzi Regis są podobni do siebie

jak bliźnięta Ravaillac i Princip Clement i Caserio

pochodzą najczęściej z rodzin epileptyków  i samobójców

sami jednak są zdrowi to znaczy przeciętni

zwykle młodzi bardzo młodzi i takimi pozostają na wieczność

 

ich samotność miesiące lata ostrzą swoje noże

i w lesie za miastem uczą się strzelać skrupulatnie

opracowują zamach są pracowici sami i bardzo uczciwi

oddają matce zarobione grosze troszczą się o rodzeństwo nie piją

bez dziewczyn i przyjaciół

 

po zamachu oddają się bez oporu

znoszą tortury mężnie nie prosząc o łaskę

odrzucają podsuwanych w śledztwie rzekomych wspólników

nie było spisku naprawdę byli sami

 

ich nie ludzka szczerość i prostota

drażni sędziów obrońców publiczność żądną sensacji

tych którzy wysyłają dusze

w zaświaty zadziwia spokój owych skazańców w ostatniej godzinie

 

spokój brak gniewu żalu nawet nienawiści

niemal promienność

 

szperano tędy w mózgach

ważono serce krajano wątrobę nie odkryto jednak

żadnych odstęp od norm

 

żadnemu z nich nie udało się zmienić biegu historii

ale z pokolenia w pokolenie szło ciemne posłanie

więc godne zastanowienia są te małe ręce

małe ręce w których drży pewność ciosu

 

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi  

 

Moje ruchome imperium między Atenami i Megarą

władałem puszczą wąwozem przepaścią sam

bez rady starców głupich insygniów z prostą maczugą w dłoni

odziany tylko w cieć wilka i grozę budzący dźwięk słowa Damastes 

 

brak mi było poddanych to znaczy miałem ich na krótko

nie dożywali świtu jest jednak oszczerstwem nazwanie mnie zabójcą

jak głoszą fałszerze historii

 

w istocie byłem uczonym reformatorem społecznym

moją prawdziwą pasją była antropometria

 

wymyśliłem łoże na miarę doskonałego człowieka

przyrównywałem złapanych podróżnych do owego łoża

trudno było uniknąć – przyznaję – rozciągania członków obcinania kończyn

pacjenci umierali ale im więcej ginęło

tym bardziej byłem pewny że badania moje są słuszne

cel był wzniosły postęp wymaga ofiar

 

pragnąłem znieść różnicę między tym co wysokie a niskie

ludzkości obrzydliwe różnorodnej pragnąłem dać jeden kształt

nie ustawałem w wysiłkach aby zrównać ludzi

 

pozbawił mnie życia Tezeusz morderca

niewinnego Minotaura

ten który zgłębiał labirynt z babskim kłębkiem włóczki

pełen forteli oszust bez zasad i wizji przyszłości

 

mam niepłonną nadzieję że inni podejmą mój trud

i dzieło tak śmiało zaczęte doprowadzą do końca

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Anabaza

 

Kondotierzy Cyrusa legia cudzoziemska

przebiegli bezwzględni – tak jest – mordowali

dwieście piętnaście marszów dziennych

- zabijcie nas nie możemy iść dalej –

trzydzieści cztery tysiące sześćset pięćdziesiąt stadiów

 

rozjątrzeni bezsennością szli przez dzikie kraje

niepewne brody przełęcze w śniegu i słone płaszczyzny

wyrąbują swoją drogę w żywym ciele ludów

na szczęście nie kłamali że bronią cywilizacji

 

słynny okrzyk na górze Teches

błędnie interpretują sentymentalni poeci

znaleźli po prostu morze to znaczy wyjście z lochu

 

odbyli podróż bez proroków krzaków płynących

bez znaków na ziemi bez znaków na niebie

z okrutną świadomością – że życie jest wielkie

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Porzucony

1

Nie zdążyłem

na ostatni transport

 

pozostałem w mieście

które nie jest miastem

 

bez dzienników porannych

bez gazet wieczornych

 

nie ma

więzień

zegarów

wody

 

zażywam

wielkich wczasów

poza czasem

 

odbywam długie wędrówki

przez aleje spalonych domów

 

aleje cukru

rozbitego szkła

ryżu

 

mógłbym napisać traktat

o nagłej przemianie

życia w archeologię

 

2

jest wielka cisza

 

artyleria na przedmieściu

udławiła się własny, męstwem

 

czasem

słychać tylko

dzwon walących się murów

 

i lekki grzmot

bujającej w powietrzu blachy

 

jest wielka cisza

przed nocą drapieżców

 

niekiedy

na niebie pojawia się

absurdalny samolot

 

zrzuca ulotki

wzywające do poddania

chętnie bym się poddał

ale nie mam komu

 

3

mieszkam teraz

w najlepszym hotelu

 

zabity portier

nadal urzęduje w loży

 

z pagórka gruzów

wchodzę wprost

na pierwsze piętro

do apartamentów

byłej kochanki

byłego szefa policji

 

śnię na pościeli z gazet

przykrywam się plakatem

zapowiadającym ostateczne zwycięstwo

 

w barze zostały

leki na samotność

 

butelki z żółtym płynem

i symboliczną nalepką

 

- Johnnie

uchylając cylindra

oddala się szybko na Zachód

 

nie mam do nikogo urazy

że zostałem porzucony

 

zabrakło mi

szczęścia

i prawej ręki

 

u sufitu

żarówka

przypomina odwróconą czaszkę

 

czekam na zwycięzców

 

piję za poległych

pije za dezerterów

 

wyzbyłem się

złych myśli

 

porzuciło mnie nawet

przeczucie śmieci

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Beethoven

 

Mówią że ogłuchł – a to nieprawda

demony jego słuchu pracowały niezmordowanie

i nigdy w muszlach uszu nie spało martwe jezioro

 

otitis media potem acuta

sprawiły że w aparacie słuchowym

utrzymywały się piskliwe tony syki

 

dudnienie świst drozda drewniany dzwon lasów

czerpał z tego jak umiał – wysokie dyszkany skrzypiec

podszyte głuchą czernią basów

 

wykaz jego chorób namiętności upadków

jest równie bogaty jak lista dzieł skończonych

tympano-laby rinthische Sklerose prawdopodobnie lues

 

na koniec przyszło to co przyjść musiało – wielkie otępienie

nieme ręce biją w ciemne pudła i struny

wydęte policzki aniołów obwołują milczenie

 

tyfus w dzieciństwie później angina pectoris arterioskleroza

w Cavatinie kwartetu opus 130

słychać płytki oddech ściśnięte serce duszność

 

niechlujny kłótliwy z ospowatą twarzą

pił ponad miarę i tanio – wierzyciele umarli

umarły także kochanki kuchy i grefinie

książęta protektorzy – szlochały kandelabry

 

on jakby żył jeszcze pożycza pieniądze zabiega

między niebem a ziemią nawiązuje kontakty

 

lecz księżyc jest księżycem także bez sonaty

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Pan Cogito myśli o krwi

 

1

Pan Cogito

czytając książkę

o horyzontach nauki

dzieje postępu myśli

od mroków fideizmu

do światła wiedzy

natknął się na epizod

który zaćmił

prywatny horyzont Pana Cogito

chmurą

 

dobry przyczynek

do opasłej historii

fatalnych ludzi omyłek

 

bardzo długo

utrzymywało się przekonanie

że człowiek nosi w sobie

spory rezerwuar krwi

pękatą beczułkę

dwadzieścia parę litrów

-    - bagatela

 

stąd można zrozumieć

wylewne opisy bitew

pola czerwone jak koral

wartkie strumienie posoki

niebo które powtarza

nikczemne hekatomby

 

a także powszechną

metodę leczenia

 

chorym

otwierano tętnicę

i lekkomyślnie spuszczano

drogocenny płyn

do cynowej misy

 

nie wszyscy wytrzymywali

Kartezjusz szeptał w agonii

Messieurs epargnez -

 

2

teraz wiemy dokladnie

że w ciele każdego człowieka

skazańca i kata

plynie zaledwie

cztery pięć litrów

tego co nazywano

duszą ciała

kilka flaszek burgunda

dzbanek

jedna czwarta

 

mało

Pan Cogito

dziwił się naiwnie

dlaczego to odkrycie

nie wywołało przewrotu

w dziedzinie obyczajów

 

powinno przynajmniej skłonić

do rozsądnej oszczędności

 

nie wolno jak dawniej

rozrzutnie szafować

na polach wojen

na palcach kaźni

 

naprawdę jest tego niewiele

mniej niż wody nafty

zasobów energetycznych

 

stało się jednak inaczej

wyciągnięto wnioski haniebne

 

zamiast powściągliwości

rozrzutność

 

ścisły pomiar

umocnił nihilistów

 

dał większy rozmiar tytanom

wiedza teraz dokładnie

że człowiek jest kruchy

i łatwo go wykrwawić

 

cztery pięć litrów

wielkość bez znaczenia

 

tak więc tryumf nauki

nie przyniósł obroku duchowego

zasady postępowania

moralnej normy

 

to mała pociecha

myśli Pan Cogito

że wysiłek badaczy

nie zmieniają biegu rzeczy

 

ważą zaledwie tyle

co westchnienie poety

 

a krew

płynie dalej

 

przekracza horyzont ciała

granice fantazji

 

-    - będzie chyba potop

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pan Cogito z Marią Rasputin -próba kontaktu

1

Niedziela

Wczesne popołudnie

Upał

 

w dalekiej Kalifornii

przed laty –

 

przeglądając

Głos Pacyfiku

Pan Cogito

został zawiadomiony

o śmierci Marii Rasputin

córki Rasputina Groźnego

 

krótka notatka

na ostatniej stronie

dotknęła go osobiście

poruszyła głęboko

a przecie nic

nie łączło go z Marią

której ubogie życie

nie sposób rozwinąć

w dywan poematu

 

oto zarys jej dziejów

zgrzebny

i trochę trywialny

 

w on czas

gdy uzurpator Włodzimierz Iljicz

zgładził pomazańca Mikołaja

Maria schroniła się

za ocean

 

zamieniła wierzby

na palmy

 

służyła

u białych emigrantów

w zapachach ojczystej mowy

blinów ogórków barszczu

 

miała dziwną ambicję

zmywania talerzy

dobrze urodzonych

 

jeżeli już nie książę

to przynajmniej baron

w ostateczności wdowa

po oficerze lejbgwardii

nieoczekiwanie

otwarły się przed nią wrota

kariery artystycznej

 

debiutowała

w niemym filmie

Wesoły Żeglarz Jimmie

 

obraz marny

nie zapewnił Marii

trwałego miejsca

w historii X Muzy

 

potem

występowała w rewiach

podrzędnych teatrzykach

tingeltanglach

 

na koniec

apogeum

 

zdobyła sławę

w cyrkowym numerze

Taniec z Niedźwiedziem

czyli Syberyjskie Wesele

 

furora trwała krótko

partner Misza

objął ją zbyt namiętnie

gwałtowna pieszczota

porzuconej ojczyzny

 cudem uszła z życiem

 

to wszystko

plus dwa

nieudane małżeństwa

 

i jeszcze ważny szczegół

 

z dumą odrzuciła ofertę

wydania zmysłowej autobiografii

pod tytułem Córka Lucyfera

 

postąpiła taktownie

niż niejaka Swietłana

2

notatka w Głosie Pacyfiku

ozdobiona jest fotografią

zmarłej

 

krzepka

wyciosana z dobrego drzewa

kobieta

stoi

na tle muru

 

w ręku trzyma

skórzany przedmiot

 

coś pośredniego

między damskim neseserem

a torbą listonosza

 

uwagę Pana Cogito

przykuwa

nie azjatycka twarz Marii

małe niedźwiedzie oczka

zwalista sylwetka byłej tancerki

ale właśnie

ten zaciekle trzymany

skórzany przedmiot

 

co

ona

nosiła

przez bezdroża

pustkowia miast

lasy

góry

doliny

 

-          petersburskie noce

-          samowar z Tuły

-          śpiewnik starocerkiewny

-          skradzioną srebrną chochlę

z monogramem carycy

-          ząb świętego Cyryla

-          wojnę i pokój

-          perłę zasuszoną w ziołach

-          grudę zmarzłej ziemi

-          ikonę

 

nikt się tego nie dowie

zabrała torbę

ze sobą

 

3

teraz

doczesne szczątki

Marii Rasputin

córki ostatniego demona

ostatnich Romanowych

spoczywają na amerykańskim cmentarzu

 

nie opłakane

kałakołem

basem popa

 

co ona robi

w tym zupełnie nieodpowiedni miejscu

które przypomina piknik

wesoły week-end umarlaków

albo różowo-biały

finał konkursu cukierników

 

tylko bukszpan i ptaki

mówią o wieczności

 

Mario

-          myśli Pan Cogito

Mario daleka kasztelanko

O grubych czerwonych rękach

 

Lauro niczyja

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Proces

 

W czasie swej wielkiej mowy prokurator

przebijał mnie na wylot żółtym wskazującym palcem mam powody by sądzić że wyglądałem nietęgo bezwolnie nakładałem maskę strachu i podłości jak szczur złapany w potrzask agent bratobójca sprawozdawcy prasowi tańczyli wojenny taniec płonąłem wolno na stosie magnezji

 

wszystko to odbywało się w małej dusznej salce skrzypiała podłoga tynk odpadał z sufitu

liczyłem sęki w deskach dziury w murze twarze twarze były podobne prawie takie same

policjanci trybunał świadkowie publiczności

należeli do partii wyzutych z litości

a nawet mój obrońca łagodnie uśmiechnięty

był honorowym członkiem plutonów egzekucyjnych

 

w pierwszym rzędzie siedziała tłusta kobieta

przebrana za moją matkę teatralnym gestem podnosiła chustkę do brudnych oczu ale nie płakała  

trwało to chyba długo nawet nie wiem jak długo w togach sędziów wzbudziła ruda krew zachodu

 

prawdziwy proces toczył się w moich komórkach one zapewne wcześniej znały wyrok

po krótkim buncie skapitulowały i zaczęły umierać

jedna po drugiej

patrzyłem ze zdumieniem na moje woskowe palce

 

nie wygłosiłem ostatniego słowa a przecież tyle lat układałem mowę ostateczną do Boga do trybunału świata do sumienia do zmarłych raczej niż do żywych poderwany na równe nogi przez strażników zdołałem tylko zmrużyć oczy i wtedy sala wybuchnęła zdrowym śmiechem śmiała się także moja przybrana matka przemówił młot sędziego i to był właściwie koniec 

 

ale co się stało potem – śmierć od sznura

czy można karę zmieniono na łaskę lochu

obawiam się że istnieje trzecie ciemne rozwiązanie

poza granicami czasu zmysłów i rozsądku

 

więc kiedy się budzę nie otwieram oczu

zaciskam palce nie podnoszę głowy

oddycham płytko bo naprawdę nie wiem

ilu minut powietrza jeszcze mi zostało

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Izydora Duncan

 

Nie była piękna trochę kaczy nos

resztę powłoki cielesnej znawcy cenili wysoko

trzeba im wierzyć lecz teraz już nikt

nie otworzy jej tańca nie wskrzesi Izydory

pozostanie zagadką w tiulach tajemnicą

jak pismo Majów jak uśmiech Giocondy

 

To czemu zawdzięczała niebotyczną sławę

może było w złym guście jak wiersze Nerona

sceniczne jęki boskiej Sary ryki Halidaya

morderczą władzę sprawuje Zeitgeist

to znaczy diabeł mody diabeł przemijania

zegar epoki staje – bogowie idą na dno

 

Greków znała na tyle na ile znać można

przeciętna dziewczyna ze stanu Ohio

opętana wizją urojonej Hellady

Bourella ją rzeźbił w postaci bakchanki

 

Lekkomyślnie zdradziła sekrety serca i alkowy

w godnej nagany książce pod tytułem My life

 

Odkąd wiemy dokładnie jak aktor Beregy

odkrył przed nią świat zmysłów jak szalał

Gordon Craig Konstanty Stanisławki

hordy muzyków nababów pisarzy

a Parys Singer rzucił jej do stóp

wszystko co miał – imperium

niezawodnych maszyn do szycia et cetera

 

Ach gdyby żył podówczas Eurypides

pewnie by ją pokochał albo znienawidził

i dał rolę w tragedii już na całą wieczność

 

Im bardziej gasł jej talent tym gorącej

wierzyła że tylko taniec może uratować świat od nędzy i udręki ta mistyczna wiara

pchnęła ją na trybuny więc agitowała

fluidy szły od niej jak z wielkiego pieca

a nędza i udręka stały w miejscu  jak słup

zapomniała widocznie że sztuka helas nie ocala

Apollo Muzagetes niech wybaczy błąd

 

Krótko ale namiętnie jak wszystko co robiła

pokochała młodziutki Kraj Rad i Lenina

Gwiazda zawisła na szyi Maszynisty Dziejów

 

Niestety żadna z tego nie wynikała iskra

Izydora nudziła jeszcze Ciężki Przemysł i rolnictwo

rewolucja w lekkich pląsach jest i była snem

 

Biedaczce pomieszała się utopia z prawdą

passons skoro potem tłumy poszły za nią

Kraj Nadziei musiała pożegnać niestety

na pomieszczenie wzięła kosztownego poetę

nieprzytomny Jesienin sobaczył kochał wył

 

Zaprawdę finał sztuki godny był dramatu

Po życiu pełnym wzlotów i upadków

Narzędziem śmierci stał się kaszmirowy szal

 

Zbyt długi pewnie jak ogon komety

Wplątany w szprychy auta kaszmirowy szal

Zadusił jak oszalały z zazdrości Otello

 

A ona jeszcze tańczy ma przeszło sto lat

siwa staruszka blada pawie  niewidoczna

między wielkością a śmiesznością tańczy

już nie tak ekstatycznie jak dawniej przed laty

z rozwagą przeoryszy dojrzałym namysłem

stawia swe bose stopy nad przepaścią

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Posłaniec

 

Posłaniec na którego czekano rozpaczliwie długo

upragniony zwiastun zwycięstwa lub zagłady

ociągał się z przybyciem – tragrdia brz dna

 

W głębi chór skandował ciemne proroctwa i klątwy

król – dynastyczna ryba – miotał się w niepojętej sieci

brak było drugiej koniecznej osoby – losu

 

Epilog pewnie znał orzeł dąb wiatr morska fala

widzowie na poły martwi oddychali płytko jak kamień

Bogowie spali Noc cicha bez błyskawic

 

Na koniec przybył ów goniec w masce z krwi błota lamentu

wydawał niezrozumiałe okrzyki pokazywał ręka na Wschód

to było gorsze niż śmierć bo ani litości ni trwogi

a każdy w ostatniej chwili pragnie oczyszczenia

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

17 IX

 

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźco

a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły

nie rozstąpi się w przepaść

 

Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów

rycerze śpiący w górach będą spali dalej

więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu

 

Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą

śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności

będą czyścili swoje muzealne bronie

przysięgali na ptaka i na dwa kolory

 

A potem tak jak zawsze – łuny i wybuchy

malowani chłopcy bezsenni dowódcy

plecaki pełne klęski rude pola chwały

krzepiąca wiedza że jesteśmy – sami

 

Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźco

i da ci sążeń ziemi pod wierzbą – i spokój

by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu

najtrudniejszego kunsztu  - odpuszczania win

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pan Cogito o potrzebie ścisłości

1

Pana Cogito

niepokoi problem

z dziedziny matematyki stosowanej

 

trudności na jakie napotykamy

przy prostych operacjach arytmetycznych

 

dzieci mają dobrze

dodają jabłko do jabłka

odejmują ziarnko od ziarnka

rachunek się zgadza

przedszkole świata

pulsuje bezpiecznym ciepłem

 

zmierzono cząstki materii

zważono ciała niebieskie

i tylko w sprawach ludzkich

panoszy się karygodne niedbalstwo

brak ścisłych danych

po bezkresach historii

krąży widmo

widmo nieokreśloności

 

ilu Greków zginęło pod Troją

-          nie wiemy

 

podać dokładne straty

po obu stronach

w bitwie pod Gaugamelą

Azincourt

Lipskiem

Kutnem

 

a także liczbę ofiar

białego

czerwonego

brunatnego

-          ach kolory niewinne kory –

-          terroru

 

- nie wiemy

naprawdę nie wiemy

 

Pan Cogito

odrzuca sensowne wyjaśnienie

że było to dawno

wiatr przemieszał popioły

krew spłynęła do morza

 

sensowne wyjaśnienia

potęgują niepokój

Pana Cogito

bo nawet to

co dzieje się na naszych oczach

wymyka się cyfrom

traci wymiar człowieczy

 

gdzieś musi tkwić błąd

fatalny defekt narzędzi

albo grzech narzędzi

 

2

kilka prostych przykładów

z rachunkowości ofiar

 

dokładna ilość zabitych

w katastrofie lotniczej

łatwo jest ustalić

 

ważne dla spadkobierców

i pogrążonych w żalu

towarzystw asekuracyjnych

 

bierzemy listę pasażerów

a załogi

przy każdym nazwisku

stawiamy krzyżyk

 

nieco trudniej

w przypadku

katastrof kolejowych

 

trzeba złożyć na powrót

rozszarpane ciała

aby żadna głowa

nie została bezpańska

 

w czasie klęsk

elementarnych

rachunek

staje się

skomplikowany

 

liczymy ocalałych

a niewiadoma resztę

która nie jest ani żywa

ani definitywnie martwa

określa się dziwacznym mianem

zaginionych

 

maja jeszcze szansę

aby powrócić do nas

z ognia

wody

wnętrza ziemi

 

jeśli wrócą – to dobrze

jeśli nie wrócą – trudno

 

3

teraz Pan Cogito

wchodzi

na najwyższy chwiejny

stopień nieokreśloności

jak trudno ustalić imiona

wszystkich tych co zginęli

w walce z władzą nieludzką

 

dane oficjalne

pomniejszają ich liczbę

raz jeszcze bezlitośnie

dziesiątkują poległych

 

a ciała ich znikają

w przepastnych piwnicach

wielkich gmachów policji

 

świadkowie naoczni

oślepieni gazem

ogłuszeni salwami

strachem i rozpaczą

skłonni są do przesady

 

postronni obserwatorzy

podają cyfry wątpliwe

opatrzone haniebnym

słówkiem „około”

 

a przecież w tych sprawach konieczna jest aktualność

nie wolno się pomylić

nawet o jednego

 

jesteśmy mimo wszystko

stróżami naszych braci

niewiedza o zaginionych

podważa realność świata

 

wtrąca w piekło pozorów

diabelską sieć dialektyki

głoszącej że nie ma różnicy

między subiekcją a widmem

 

musimy zatem wiedzieć

policzyć dokładnie

zawołać po imieniu

opatrzyć na drogę

 

w miseczce z gliny

proso mak kościany grzebień

groty strzał

pierścień wierności

 

amulety

 
 
 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

                    Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej

 

Potęga smaku

 

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

nasza odmowa niezgoda i upór

mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi

lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

 

Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia

 

kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono

słano kobiety różowe płaskie jak opłatek

lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha

lecz piekło w tym czasie było jakie

mokry dół zaułek morderców barak

nazwany pałacem sprawiedliwości

samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce

posyłał w teren wnuczkę Aurory

chłopców o twarzach ziemniaczanych

bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach

 

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana

(Marek Tulliusz obracał się w grobie)

łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy

dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu

składnia pozbawiona urody koniunktiwu

 

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu

nie należy zaniedbywać nauki o pęknie

 

Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać

kształt architektury rytm bębnów i piszczałek

kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

 

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu

książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

 

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru

Mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi

Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

 

Tak smaku

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szydersko

choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała głowa

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pan Cogito - zapiski z martwego domu

1

leżeliśmy pokotem

na dnie świątyni absurdu

namaszczeni cierpieniem

w mokrych całunach trwogi

 

jak owoce

upadłe

z drzewa życia

gnijące osobno

każdy na swój sposób

w tym tylko drzemała

resztka człowieczeństwa

 

niepojętym wyrokiem

wyzuci z tronu naczelnych

podobni do jamochłonów

pierwotniaków

obleńców

wyzbyci

ambicji

istnienia

 

i wtedy

o dziesiątej w wieczór

kiedy gaszono światła

nieoczekiwanie

jak każde objawienie

odezwał się

głos

 

męski

wolny

nakazujący

powstanie

z martwych

 

głos

potężny

królewski

wywodzący

z domu niewoli

 

leżeliśmy pokotem

nisko

zasłuchani

 

a on

unaszał się

nad nami

 

2

nikt nie znał

jego twarzy

 

zamknięty szczelnie

w niedostępnym miejscu

zwanym

debir

 

w samym

sercu skarbca

pod strażą okrutnych kapłanów

pod strażą okrutnych aniołów

 

nazwaliśmy go Adam

to znaczy wzięty z ziemi

 

o dziesiątej wieczór

kiedy gaszono światło

Adam rozpoczynał koncert

 

dla uszu ptofanów

brzmiał on

jak ryk spętanego

 

dla nas

epifania

 

był

pomazańcem

zwierzęciem ofiarnym

psalmistą

 

opiewał

niepojętą pustynię

wołanie przepaści

pętlę na wysokościach

 

krzyk Adama

składał się

z dwu trzech samogłosek

rozpiętych jak żebra nieboskłonów

 

potem

nagła

pauza

 

rozdarcie przestrzeni

 

i znów

jak bliski grom

te same dwie trzy

samogłoski

 

kamienna lawina

głos wiela wód

trąby sądu

 

a nie było w tym

żadnej skargi

prośby

ani cienia doloroso

rósł

potężniał

zawrotny

 

ciemna kolumna

która roztrąca

gwiazdy

3

po kilku koncertach

umilkł

 

iluminacja głosu

trwała krótko

 

nie odkupił

wyznawców

 

zabrali Adama

lub sam wycofał się

w wieczność

 

zagasło

źródło

buntu

 

i może

 

tylko ja jeden

słyszę jeszcze

 echo

jego głosu

 

coraz smuklejsze

cichsze

coraz bardziej dalekie

jak muzyka sfer

harmonia wszechświata

 

tak doskonała

że niedosłyszalna

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Raport z oblężonego miasta

 

Zbyt stary żeby nosić broń i walczyć jak inni –

 

wyznaczono mi z łaski pośrednią rolę kronikarza

zapisuję – nie wiadomo dla kogo – dzieje oblężenia

 

mam być dokładny lecz nie wiem kiedy zaczął się najazd

przed dwustu laty w grudniu wrześniu może wczoraj o świcie

wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu

 

pozostało nam tylko miejsce przywiązanie do miejsca

jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów

jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic

 

piszę tak jak potrafię w rytmie nieskończonych tygodni

poniedziałek: magazyny puste jednostką obiegową stał się szczur

wtorek: burmistrz zamordowany przez niewiadomych sprawców

środa: rozmowy o zawieszeniu broni nieprzyjaciel internował posłów

nie znamy ich miejsca pobycia to znaczy miejsca kaźni

czwartek: po burzliwym zebraniu odrzucono większością głosów

wniosek kupców korzennych o bezwarunkowej kapitulacji

piątek: początek dżumy sobota: popełnił samobójstwo

N.N. niezłomny obrońca niedziela: nie ma wody oparliśmy

szturm przy bramie wschodniej zwartej Bramą Przymierza

 

wiem monotonnie to wszystko nikogo nie zdoła poruszyć

 

unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach

podobno tylko one cenione są na obcych rynkach

ale z niejaka dumą pragnę donieść światu

że wyhodowaliśmy dzięki wojnie nową odmianę dzieci

nasze dzieci nie lubią bajek bawią się w zabijanie

na jawie i we śnie marzą o zupie chlebie i kości zupełnie jak psy i koty

 

wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta

wzdłuż granic naszej niepewnej wolności

patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła

słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków

doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni

 

oblężenie trwa długo wrogowie muszą się zmienić

nic ich nie łączy poza pragnieniem naszej zagłady Goci Tatarzy Szwedzi hufce Cesarza pułki Przemienienia Pańskiego

kto ich policzy

kolor sztandarów zmieniają się jak las na horyzoncie

od delikatnej ptasiej żółci na wiosnę przez zieleń czerwień do zimowej czerni

 

tedy wieczorem uwolniony od faktów mogę pomyśleć

o sprawach dawnych dalekich na przykład o naszych

sprzymierzeńcach za morzem wiem współczują szczerze

ślą mąkę worki otuchy tłuszcz i dobre rady

nie wiedzą nawet że nas zdradzili ich ojcowie

nasi byli alianci z czasów drugiej Apokalipsy

synowie są bez winy zasługują na wdzięczność więc jesteśmy wdzięczni

 

nie przeżyli długiego jak wieczność oblężenia

ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni

obrońcy Dalajamy Kurdowie afgańscy górale

 

teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody

zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnym

zwykle wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą

 

cmentarze rosną maleje liczba obrońców

ale obrona trwa i będzie trwała do końca

 

i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden

on będzie niósł miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie miasto

 

patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci

najgorszą ze wszystkich – twarz zdrady

 

i tylko sny nasze nie zostały upokorzone

 

 

Powrót do spisu wierszy