Widziałem proroków szarpiących przyprawione brody
Widziałem szalbierzy wstępujących do sekty biczowników
Którzy uchodzili przed gniewem ludu
Grając na fujarce
widziałem widziałem
widziałem człowieka poddawanego torturom
siedział teraz bezpiecznie w gronie rodziny
opowiadał dowcipy jadł zupę
patrzyłem na jego rozchylone usta
dziąsła dwie gałązki tarniny odarte z kory
było to nad wyraz bezwstydne
widziałem całą nagość
całe poniżenie
potem
akademia
dużo osób kwiaty
duszno
ktoś bez przerwy mówił o wypaczeniach
myślałem o jego wypaczonych ustach
czy to ostatni akt
sztuki Anonima
płaskiej jak całun
pełnej zduszonego szlochu
i chichotu tych
którzy odsapnąwszy z ulgą
że znów się udało
po uprzątnięciu martwych rekwizytów
wolno
podnoszą
zbroczoną kurtynę
1956
Oczywiście
ci którzy stoją na szczycie schodów
oni wiedzą
oni wiedza wszystko
co innego my
sprzątacze placów
zakładnicy lepszej przyszłości
którym ci ze szczytów schodów
ukazują się rzadko
zawsze z palcem na ustach
jesteśmy cierpliwi
żony nasze cerują niedzielną koszulę
rozmawiamy o racjach żywności
o piłce nożnej cenie butów
a w sobotę przechylamy głowę w tył
i pijemy
nie jesteśmy z tych
co zaciskają pięści
potrząsają łańcuchami
mówią i pytają
namawiają do buntu
rozgorączkowani
wciąż mówią i pytają
oto ich bajka
rzucimy się na schody
i zdobędziemy je szturmem
będą się toczyć po schodach
głowy tych którzy stali na szczycie
i wreszcie zobaczymy
co widać z tych wysokości
jaką przyszłość
jaką pustkę
nie pragniemy widoku
toczących się głów
wiemy jak łatwo odrastają głowy
i zawsze na szczycie zostaje
jeden albo trzech
a na dole aż czarno od mioteł i łopat
czasem nam się marzy
że ci ze szczytów schodów
zejdą nisko
to znaczy do nas
gdy nad gazetą żujemy chleb
i rzekną
- a teraz pomówmy
jak człowiek z człowiekiem
to nie jest prawda co wykrzykują afisze
prawdę nosimy w zaciśniętych ustach
okrutna jest i nazbyt ciężka
więc dźwigamy ją sami
nie jesteśmy szczęśliwi
chętnie zostalibyśmy
tutaj
to są oczywiście marzenia
mogą się spełnić
albo nie spełnić
więc dalej
będziemy uprawiali
nasz kwadrat ziemi
nasz kwadrat kamienia
z lekką głową
papierosem za uchem
i bez kropli nadziei w sercu
1956
Dawniej
wiemy z historii
wychodziła z ciała
kiedy stawało serce
Z ostatnim oddechem
oddalała się cicho
na łąki niebieskie
dusza Pana Cogito
zachowuje się inaczej
za życia opuszcza ciało
bez słowa pożegnania
miesiące lata bawi
na innych kontynentach
poza granicami Pana Cogito
trudno zdobyć jej adres
nie daje wieści o sobie
unika kontaktów
nie pisze listów
nikt nie wie kiedy wróci
może odeszła na zawsze
Pan Cogito usiłuje pokonać
niskie uczucie zazdrości
myśli o duszy dobrze
myśli o duszy z czułością
zapewne musi mieszkać
także w innych ciałach
dusz jest stanowczo za mało
jak na całą ludzkość
Pan Cogito godzi się z losem
nie ma innego wyjścia
Stara się nawet mówić
- moja dusza moja
myśli o duszy tkliwie
myśli o duszy z czułością
więc kiedy się zjawia
nieoczekiwanie
nie wita jej słowami
- dobrze że wróciłaś
patrzy tylko z ukosa
gdy siada przed lustrem
i cesze swoje włosy
splątane i siwe
A teraz ma nad głową brązowe chmury korzeni
wysmukłą lilię soli na skroniach paciorki piasku
i płynie na dnie łodzi przez spienione mgławice
o milę dalej od nas tam gdzie rzeka zakręca
widoczna niewidoczna jak światło na fali
naprawdę nie jest inna opuszczona jak wszyscy
Rzeko klepsydro wody przenośnio wieczności
Wstępuję w ciebie coraz bardziej inny
Że mógłbym być obłokiem rybą albo skałą
A ty jesteś niezmienna jak zegar co mierzy
Metamorfozy ciała i upadki ducha
Powolny rozkład tkanek i miłości
Ja urodzony z gliny
Chcę byś twoim uczniem
I poznać źródło olimpijskie serce
Chłodna pochodnio szumiąca kolumno
Opoko mojej wiary i rozpaczy
Naucz mnie rzeko uporu i trwania
Abym zasłużył w ostatniej godzinie
Na odpoczynek w cieniu wielkiej delty
W świętym trójkącie początku i końca
Dawni Mistrzowie
Obywali się bez imion
Ich sygnaturą były
Białe palce Madonny
Albo różow wieże
Di citta sul mare
A także sceny z życia
Delta Beata Umilta
Roztapiali się
W sogno
Miracolo
Crocifissione
Znajdowali schronienie
Pod powieką aniołów
Za pagórkami obłoków
W gęstej trawie raju
Tonęli bez reszty
W złotych nieboskłonach
Bez krzyku przerażenia
Bez wołania na pamięć
Powierzchnie ich obrazów
Są gładkie jak lustro
Nie są to lustra dla nas
Są to lustra wybranych
Wzywam was Starzy Mistrzowie
W ciężkich chwilach zwątpienia
Sprawcie niech spadnie ze mnie
Wężowa łuska pychy
Niechaj zostanie głuchy
Na pokuszenie sławy
Malarzu Deszczu Manny
Malarzu Drzew Haftowanych
Malarzu Nawiedzenia
Malarzu Świętej Krwi
Panie
Dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
A także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpalnej dobroci
Twojej być w miejscach które nie były miejscami mojej codziennej udręki
- że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż
rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie
a mały osioł na wyspie Korkyka śpiewał mi ze swoich
niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu
i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych i rozumnych
natura powtarza swoje mądre tautologie: las był lasem
morze morzem skała skałą
gwiazdy krążyły i było jak być powinno lovis omnia plena
- wybacz że myślałem tylko o sobie gdy życie innych okrutnie nieodwracalne krążyło wokół mnie ja wielki
astrologiczny zegar u Świętego Piotra
że byłem leniwy roztargniony zbyt ostrożny w labiryntach i grotach
a także wybacz że nie walczyłem jak lord Byron o szczęście ludów podbitych i oglądałem tylko wchody księżyca i muzea
- dziękuję Ci że dzieła stworzone ku chwale Twojej udzieliły mi cząstki swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości
pomyślałem że Duccio van Eyck Bellini malowali także dla mnie
a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
cierpliwie odkrywał przede mną okaleczone ciało
- proszę C żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie proszony przyniósł mi owce ze swego ogrodu na spalonej
słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa
a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach
za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona zapalona lampę aby światła ziemi pozdrawiały się
a także tych którzy wskazywali mi drogę i mówili kato kyrie kato
i żeby miał w swojej opiece Mamę ze Spoleto Spiridiona z Paxos dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy katedr zwróconych głową w dół
- pozwól o Panie abym nie myślał o moich wodnistookich szarych niemądrych prześladowcach kiedy słońce schodzi w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane
żebym rozumiał innych ludzi języki inne cierpienia
a nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który pragnie źródła
dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny
a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze i bez wybaczenia
1
Pan Cogito
postanowił wrócić
na kamienne łono
ojczyzny
decyzja jest dramatyczna
pożałuje jej gorzko
nie może jednak dłużej
znieść zwrotów kolokwialnych
- comment allez-vous
- wie gehts
- how are you
pytania z pozoru proste
wymagają zawiłej odpowiedzi
Pan Cogito zrywa
Bandaże życzliwej obojętności
przestał wierzyć w postęp
obchodzi go własna rana
wystawy obfitości
napawają go znudzeniem
przywiązał się tylko
do kolumny doryckiej
kościoła San Clemente
portretu pewnej damy
książki której nie zdążył przeczytać
i paru innych drobiazgów
a zatem wraca
widzi już
granicę
zaorane pole
mordercze wieże strzelnicze
gęste zarośla drutu
bezszelestne
drzwi pancerne
zamykają się wolno za nim
i już
jest
sam
w skarbcu
wszystkich nieszczęść
2
więc po co wraca
pytają przyjaciele
z lepszego świata
mógłby tutaj pozostać
jakoś się urządzić
ranę powierzyć
chemicznym wywabiaczom
zostawić w poczekalni
wielkich portów lotniczych
więc po co wraca
- do wody dzieciństwa
- do splątanych korzeni
- do uścisku pamięci
- do ręki twarzy
spalonych na rusztach czasu
pytania z pozoru proste
wymagają zawiłej odpowiedzi
może Pan Cogito wraca
żeby dać odpowiedź
na podszepty strach
na szczęście niemożliwe
na uderzenie znienacka
na podstępne pytania
1
Pan Cogito nigdy nie ufał
sztuczkom wyobraźni
fortepian na szczycie Alp
grał mu fałszywe koncerty
nie cenił labiryntów
sfinks napawał go odrazą
mieszkał w domu bez piwnic
luster i dialektyki
dżungle skłębionych obrazów
nie były jego ojczyzną
unosił się rzadko
na skrzydłach metafory
potem spał jak Ikar
w objęcia Wielkiej Matki
uwielbiał tautologie
tłumaczenie
idem per idem
że ptak jest ptakiem
niewola niewolą
nóż jest nożem
śmierć śmiercią
kochał
płaski horyzont
linie prostą
przyciąganie ziemi
2
Pan Cogito będzie zaliczony
do gatunku minores
obojętnie przyjmie wyrok
przyszłych badaczy litery
używał wyobraźni
do całkiem innych celów
chciał z niej uczynić
narzędzie współczucia
pragnął pojąć do końca
- noc Pascala
- naturę diamentu
- melancholię proroków
- gniew Achillesa
- szaleństwa ludobójców
- sny Marii Stuart
- strach neandertalski
- rozpacz ostatnich Azteków
- długie konanie Nietzschego
- radość malarza z Lascaux
- wzrost i upadek dębu
- wzrost i upadek Rzymu
zatem ożywiać zmarłych
dochować przymierza
wyobraźnia Pana Cogito
ma ruch wahadłowy
przebiega precyzyjnie
od cierpienia di cierpienia
nie ma w niej miejsca
na sztuczne ognie poezji
chciałby pozostać wierny
niepewnej jasności
Romana powiedziała że właśnie Pan odszedł
tak zwykło się mówić tych którzy zostają na zawsze
zazdroszczę Panu marmurowej twarzy
pomiędzy nami były sprawy czyste żadnego listu
wspomnień niczego co bawi oko
żadnych pierścieni dzbanów
ani lamentu kobiet
dlatego łatwiej uwierzyć w nagłe uniesienie
że jest Pan teraz jak Attila József
Mickiewicz lord Byron piękne widma
które zawsze przychodzą na umówione spotkanie
mój wdowi dotyk nie mógł się oswoić
drapieżna miłość konkretu domagała się ofiar
nie napełniliśmy śmiechem martwego pokoju
nie oparliśmy łokci na szumiącym dębie stołu
nie piliśmy wina nie łamaliśmy losu
a przecież mieszkaliśmy razem
w hospicjum Krzyża i Róży
przestrzeń która nas dzieliła jest jak całun
wieczorna mgła unosi się opada
szlachetni mają twarz wody i ziemi
nasze dalsze współżycie ułoży się zapewne
more geometrico dwie proste równoległe
pozaziemska cierpliwość i nieludzka wierność
Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele
z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot
kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego
nie ma fazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek
nasze zeszyty szkolne szczerze udręczone
ze śladem potu łez krwi będą
dla korektorki wiecznej jak tekst piosenki pozbawiony nut
szlachetnie prawy aż nadto oczywisty
uwierzyliśmy zbyt łatwo że piękno nie ocala
prowadzi lekkomyślnych od snu do snu na śmierć
nikt z nas nie potrafi obudzić topolowej driady
czytać pismo chmur
dlatego po śladach naszych nie przejdzie jednorożec
nie wskrzesimy okrętu w zatoce pawia róży
została nam nagość i stoimy nadzy
po prawej lepszej stronie tryptyku
Ostateczny Sąd
na chude barki wzięliśmy sprawy publiczne
walkę z tyranią kłamstwem zapisy cierpienia
lecz przeciwników przyznasz mieliśmy nikczemnie małych
czy warto zatem zniżać świętą mowę
do bełkotu z trybuny do czarnej plamy gazet
tak mało radości córki bogów w naszych wierszach Ryszardzie
za mało świetlistych zmierzchów luster wieńców uniesienia
nic tylko ciemne psalmodie jąkanie animuli
urny popiołów w spalonym ogrodzie
jakich sił trzeba by na przekór lasom
wyrokom dziejów ludzkiej nieprawości
w ogrójcu zdrady szeptać cicha noc
jakich sił ducha trzeba by wykrzesać
bijąc na oślep rozpaczą o rozpacz
iskierkę światła hasło pojednania
ażeby wiecznie trwał taneczny krąg na gęstej trawie
święcono narodziny dziecka i każdy początek
dary powietrza ziemi i ognia i wody
ja tego nie wiem mój Drogi dlatego
przysłałem tobie nocą te sowie zagadki
uścisk serdeczny
ukłon mego cienia
1
Pan Cogito
może być z siebie dumny
przekroczył granicę życia
wielu innych zwierząt
gdy pszczoła robotnica
odchodzi na wieczny spoczynek
Cogito osesek
cieszy się wybornym samopoczuciem
kiedy okrutna śmierć
zabiera mysz domową
przebył szczęśliwie koklusz
odkrył mowę i ogień
jeśli wierzyć
teologom ptaków
dusza jaskółek
ulatuje do raju
po dziesięciu
ziemskich wiosnach
w tym wieku
panicz Cogito
studiował ze zmiennym szczęściem
IV klasę szkoły powszechnej
i zaczęły interesować go kobiety
potem
wygrał drugą wojnę światową
(wątpliwe zwycięstwo)
dokładnie kiedy koza
wędruje do Walhalli kóz
dokonał rzeczy nie lada
wbrew paru dyktatorom
przekroczył Rubikon półwiecza
skrwawiony
ale żywy
pokonał
karpia
kraba
teraz znajduje się
między ostatecznym czasem
węgorza i ostatecznym czasem
słonia
tu
szczerze mówiąc
wygasają ambicje
Pana Cogito
2
wspólna trumna ze słoniem
wcale go nie przeraża
nie łaknie być długowieczny
jak papuga
lub Hippoglasus vulgaris
a także
orzeł podniebny
pancerny żółw
głupawy łabędź
Pan Cogito
chciałby do końca
urodę przemijania
dlatego nie łyka Gelee Ruyale
nie pije eliksirów
nie pakuje z Mefistem
z troską dobrego ogrodnika
hoduje zmarszczki na twarzy
pokornie przyjmuje wapno
które odkłada się w żyłach
cieszą go luki pamięci
był udręczony pamięcią
nieśmiertelność
od dzieciństwa
wprawiała go w stan
tremendum
zazdrościć bogom czego?
- niebiańskich przeciągów
- partackiej administracji
- nienasyconej chuci
- potężnego ziewania
1
Nic dziwnego
że nie jest oblubienicą
prawdziwych mężczyzn
generałów
atletów władzy
despotów
przez wieki idzie za nimi
ta płaczliwa stara panna
w okropnym kapeluszu Armii Zbawienia
napomina
wyciąga z lamusa
portret Sokratesa
krzyżyk ulepiony z chleba
stare słowa
-a wokół huczy wspaniałe życie
rumiane jak rzeźnia o poranku
prawie ją można pochować
w srebrnej szkatułce
niewinnych pamiątek
jest coraz mniejsza
jak włos w gardle
jak brzęczenie w uchu
2
mój Boże
żeby ona była trochę młodsza
trochę ładniejsza
szła z duchem czasu
kołysała się w biodrach
w takt muzyki
może wówczas pokochaliby ją
prawdziwi mężczyźni
generałowie atleci władzy despoci
żeby zadbała o siebie
wyglądała po ludzku
jak Liz Taylor
albo Bogini Zwycięstwa
ale od niej wionie
zapach naftaliny
sznuruje usta
powtarza wielkie Nie
nieznośna w swoim uporze
śmieszna jak strach na wróble
jak sen anarchisty
jak żywioły świętych
Metamorfozy w dół do źródeł historii
utraconego raju dzieciństwa w kropli wody
ucieczki pościgi przez mysie korytarze
owadzie wędrówki na dno kwiatu
ostre przebudzenie w gnieździe wilgi
albo czujny bieg po śniegu w skórze wilka
i nad krawędzią przepaści wielkie wycie do pełni
nagły strach kiedy wiatr przynosi zapach mordercy
cały zachód słońca w rogach jelenia
spiralny sen węża
wertykalnie czuwanie płastugi
to wszystko jest zapisane w atlasie naszego ciała
i w skale czaszki odciśnięte jak portret przodków
więc powtarzamy litery zapomnianej mowy
tańczymy nocą przed posągami zwierząt ubrani w skórę łuski pióra i pancerze
nieskończona jest litania naszych zbrodni
dobre duchy nie odtrącajcie nas
zbyt długo błądziliśmy po oceanach i gwiazdach
studzonych ponad miarę przyjmijcie do stada
1
Tyle cudów
w życiu Pana Cogito
kaprysów fortuny
olśnień i upadków
więc chyba wieczność
będzie miał gorzką
bez podróży
przyjaciół
książek
za to
pod dostatkiem czasu
jak chory na płuca
jak cesarz na wygnaniu
pewnie będzie zamiatał
wielki plac czyśćca
lub nudził się przed lustrem
opuszczonej golarni
bez pióra
inkaustu
pergaminu
bez wspomnień dzieciństwa
atlasu ptaków
podobnie jak inni
będzie uczęszczał
na kursy tępienia
ziemskich nawyków
komisja werbunkowa
pracuje bardzo dokładnie
trzebi ostatki zmysłów
kandydatów do raju
Pan Cogito będzie się bronił
stawi zaciekły topór
2
najłatwiej odda swój węch
używał go z umiarem
nigdy nikogo nie tropił
także odda bez żalu
smak jadła
i smak głodu
na stole komisji werbunkowej
złoży płatki uszu
w doczesnym życiu
był melomanem ciszy
będzie tylko
tłumaczył surowym aniołom
że wzrok i dotyk
nie chcą go opuścić
że czuje jeszcze w ciele
wszystkie ziemskie cienie
drzazgi
pieszczoty
płomień
bicze morza
że wciąż jeszcze widzi
sosnę na stoku góry
siedem lichtarzy jutrzni
kamień z silnymi żyłami
podda się wszystkim torturom
łagodnej perswazji
ale do końca będzie bronił
wspaniałego odczuwania bólu
i paru wyblakłych obrazów
na dnie spalonego oka
3
kto wie
może uda się
przekonać aniołów
że jest niezdolny
do służby
niebieskiej
i pozwolą mu wrócić
przez narosłą ścieżkę
nad brzeg białego morza
do groty początku
Lata krótsze i krótsze
kapłani świątyni Ammona
odkryli że Wieczna Lampa co roku spala mniej oliwy
to znaczy świat się kurczy przestrzeń czas i ludzie
Obserwację kapłanów przekazał Plutarch zapewne
wzbudziła gniewny pomruk w kołach filozofów
bo zrozpaczeni zmiennością człowieka
chcą aby kosmos świecił nam przykładem
A jednak dowód z lampy pozornie niedorzeczny
zgadza się z doświadczeniem tych którzy opuścili
zajazdy dworce domy przeszli potok złudy
i teraz łagodnym stokiem idą tam gdzie wszyscy idą
Oni wiedzą
- ubywa dnia
- róża zerwana o świcie w popłochu roni płatki
wieczorem jest już tylko spalony zagajnik słupków
między ziewnięciem w grudniu a sierpniową drzemką mija zaledwie chwila bez zdarzeń i tęsknoty
- coraz mniej listów podróży zdziwienia
- świeca smukła jak igła w drżących palcach wskazuje drogę od ściany do ściany
zamarzłe lustra odmawiają pociechy
- drodzy marli mnodzy jak ławice piasku podobni do piasku
nasze kwatery pamięci nie przyjmują nikogo
- w pustych pokojach kurz zasiadł i pisze pamiętniki
- gaśnie rodzinne miasto i nawet Ca dOro
- nie świeci już a wszystkie miejsca któreśmy kochali
na nietrwałych lagunach zapadają w morze
Co roku Wieczna Lampa spala mniej oliwy
Tak zacny wszechświat układa nas do snu
Z tym chłopcem nieruchomym jak strzała Eleaty
chłopcem wśród traw wysokich nie mam nic wspólnego
poza data narodzin linią papilarną
to zdjęcie robił mój ojciec przed drugą wojną perską
z listowia i obłoków wnioskuję że był sierpień
ptaki dzwoniły świerszcze zapach zbóż zapach pełni
w dole rzeka na rzymskich mapach nazwana Hipanis
dział wód i bliski grom doradzał by schronić się u Greków
ich nadmorskie kolonie nie były zbyt daleko
chłopiec uśmiecha się ufnie jedyny cień jaki zna
to cień słomkowego kapelusza cień sosny cień domu
a jeśli łuna to łuna zachodu
mój mały mój Izaaku pochyl głowę
to tylko chwila bólu a potem będziesz
czym tylko chcesz jaskółką lilią polną
więc muszę przelać twoją krew mój mały
abyś pozostał niewinny w letniej błyskawicy
już na zawsze bezpieczny jak owad w bursztynie
piękny jak ocalała w węglu katedra paproci
Kiedy po latach wróciłem do Babylonu zmieniło się wszystko
dziewczęta które kochałem numery linii metra
czekałem przy telefonie syreny uparcie milczały
więc konsolacja sztuką Petrus Christus portret młodej damy
był coraz bardziej płaski złożył skrzydła do snu
światła zagłady i miasta zbliżały się do siebie
festiwal Apokalipsy pochodnie samozwańcza Sybilla
rozgrzeszała pijane tłumy wyznawców obfitości
zdeptane ciało Boga wleczono w triumfie i w pyle
tak spełnia się finimono zastawione stoły etruskie
w koszulach splamionych winem nieświadomi losu świętują
barbarzyńcy przychodzą na koniec aby przeciąć aortę
nie życzyłem tobie miasto śmierci w każdym razie nie takiej
bo z tobą zejdą pod ziemię słodkie owoce wolności
i wszystko trzeba zaczynać od gorzkiej wiedzy od trawy
Mówiono o mnie
poczęty przez Naturę
ale nie skończony
jak porzucona rzeźba
szkic
uszkodzony fragment poematu
latami grałem przygłupa
idioci żyją bezpiecznie
spokojnie znosiłem obelgi
gdybym zasadził wszystkie pestki
jakie rzucono mi w twarz
wyrósł by gaj oliwny
rozległa palmowa oaza
edukację odebrałem wszechstronną
Liwiusz retorzy filozofowie
po grecku mówiłem jak ateńczyk
ale Platona
przypominałem tylko w pozycji leżącej
uzupełniałem studia
w lupanarach i knajpach portowych
o nie spisane słowniki wulgarnej łaciny
i wy przepasane skarbce występku i rozpusty
po zabójstwie Kaliguli
ukryłem się za kotarą
wyciągnięty przemocą
nie zdążyłem przybrać mądrego wyrazu twarzy
gdy rzucona mi świat pod nogi
niedorzeczny i plaski
odtąd stałem się najbardziej pracowitym
cesarzem historii powszechnej
Heraklesem biurokracji
z dumą wspominam
liberalną ustawę
która zezwala na wypuszczanie odgłosów brzucha
w czasie uczt
odpieram stawiany mi często zarzut okrucieństwa
w istocie byłem tylko roztargniony
w dniu gwałtownej śmierci Messaliny
na mój przyznaję rozkaz uśmiercono biedaczkę
spytałem w czasie biesiady dlaczego Pani nie przyszła
odpowiedziało grobowe milczenie
naprawdę zapomniałem
zdarzało się że zapraszałem
zmarłych na partycję kości
absencję karałem grzywną
przeciążony tyloma pracami
mogłem się mulić w szczegółach
podobno
kazałem stracić
trzydziestu pięciu senatorów
i jakieś trzy centurie ekwitów
no cóż
trochę mniej purpury
mniej złotych pierścieni
za to co nie jest błahe
więcej miejsca w teatrze
nikt nie chciał zrozumieć
że cel tych operacji był wzniosły
pragnąłem ludzi oswoić ze śmiercią
stępić jej otrze
sprowadzić do wymiarów banalnych i codziennych
takich jak lekka melancholia albo katar
a oto dowód mojej
delikatności uczuć
z placu kaźni
usunąłem posąg łagodnego Augusta
by czuły marmur
nie słuchał ryku skazańców
noce poświęcałem studiom
napisałem historię Etrusków
historię Kartaginy
drobiazg o Saturnie
przyczynek do teorii gier
traktat o jadach węży
to ja ocaliłem Ostię
przed inwazją piasku
osuszałem bagna
zbudowałem akwedukty
odtąd zmywanie krwi
stało się w Rzymie łatwiejsze
rozszerzyłem granice Imperium
o Brytanię Mauretanię
i zdaje się Trację
o śmierci przyprawiła mnie żona moja Agrypina
i niepohamowana namiętność do borowików
grzyby esencja lasu stały się esencją śmierci
wspomnijcie o potomni z zależą czcią i wdzięcznością
choćby jedną zasługę boskiego Klaudiusza
dodałem do alfabetu nowe znaki i dźwięki
rozszerzyłem granice mowy to znaczy granice wolności
odkryte przeze mnie litery ukochane córki Digamma i Antysigma
wiodły mój cień
gdy chwiejnym krokiem zmierzałem w mroczną krainę Orkus
1
Szczęśliwy święty Jerzy
z rycerskiego siodła
mógł dokładnie ocenić
siłę i ruchy smoka
pierwsza zasada strategii
trafna ocena wroga
Pan Cogito
jest w gorszym położeniu
siedzi w niskim
siodle doliny
zasnutej gęstą mgłą
przez mgłę nie sposób dostrzec
oczu pałających
łakomych pazurów
paszczy
przez mgłę
widać tylko
migotanie nicości
potwór Pana Cogito
pozbawiony jest wymiarów
trudno go opisać
wymyka się definicjom
jest jak ogromna depresja
rozciągnięta nad krajem
nie da się przebić
piórem
argumentem
włócznią
gdyby nie duszny ciężar
i śmierć którą zsyła
można by sądzić
że jest majakiem
chorobą wyobraźni
ale on jest
jest na pewno
jak czad wypełnia szczelnie
domy świątynie bazary
zatruwa studnie
niszczy budowle umysłu
pokrywa pleśnią chleb
dowodem istnienia potwora
są jego ofiary
jest dowód nie wprost
ale wystarczający
2
rozsądni mówią
że można współżyć
z potworem
należy tylko unikać
gwałtownych ruchów
gwałtownej mowy
w przypadku zagrożenia
przyjąć formę
kamienia albo liścia
słuchać mądrej Natury
która zaleca mimetyzm
oddychać płytko
udawać że nas nie ma
Pan Cogito jednak
nie lubi życia na niby
chciałby walczyć
z potworem
na ubitej ziemi
wychodzi tedy o świcie
na senne przedmieście
przezornie zaopatrzony
w długi ostry przedmiot
nawołuje potwora
po pustych ulicach
obraża potwora
prowokuje potwora
jak zuchwały harcownik
armii której nie ma
woła
wyjdź podły tchórzu
przez mgłę
widać tylko
ogromny pysk nicości
Pan Cogito chce stanąć
do nierównej walki
powinno to nastąpić
możliwie szybko
zanim nadejdzie
powalenie bezwładem
zwyczajna śmierć bez glorii
uduszenie bezkształtem
Jak twierdzi Regis są podobni do siebie
jak bliźnięta Ravaillac i Princip Clement i Caserio
pochodzą najczęściej z rodzin epileptyków i samobójców
sami jednak są zdrowi to znaczy przeciętni
zwykle młodzi bardzo młodzi i takimi pozostają na wieczność
ich samotność miesiące lata ostrzą swoje noże
i w lesie za miastem uczą się strzelać skrupulatnie
opracowują zamach są pracowici sami i bardzo uczciwi
oddają matce zarobione grosze troszczą się o rodzeństwo nie piją
bez dziewczyn i przyjaciół
po zamachu oddają się bez oporu
znoszą tortury mężnie nie prosząc o łaskę
odrzucają podsuwanych w śledztwie rzekomych wspólników
nie było spisku naprawdę byli sami
ich nie ludzka szczerość i prostota
drażni sędziów obrońców publiczność żądną sensacji
tych którzy wysyłają dusze
w zaświaty zadziwia spokój owych skazańców w ostatniej godzinie
spokój brak gniewu żalu nawet nienawiści
niemal promienność
szperano tędy w mózgach
ważono serce krajano wątrobę nie odkryto jednak
żadnych odstęp od norm
żadnemu z nich nie udało się zmienić biegu historii
ale z pokolenia w pokolenie szło ciemne posłanie
więc godne zastanowienia są te małe ręce
małe ręce w których drży pewność ciosu
jak głoszą fałszerze historii
w istocie byłem uczonym reformatorem społecznym
moją prawdziwą pasją była antropometria
wymyśliłem łoże na miarę doskonałego człowieka
przyrównywałem złapanych podróżnych do owego łoża
trudno było uniknąć przyznaję rozciągania członków obcinania kończyn
pacjenci umierali ale im więcej ginęło
tym bardziej byłem pewny że badania moje są słuszne
cel był wzniosły postęp wymaga ofiar
pragnąłem znieść różnicę między tym co wysokie a niskie
ludzkości obrzydliwe różnorodnej pragnąłem dać jeden kształt
nie ustawałem w wysiłkach aby zrównać ludzi
pozbawił mnie życia Tezeusz morderca
niewinnego Minotaura
ten który zgłębiał labirynt z babskim kłębkiem włóczki
pełen forteli oszust bez zasad i wizji przyszłości
mam niepłonną nadzieję że inni podejmą mój trud
i dzieło tak śmiało zaczęte doprowadzą do końca
Kondotierzy Cyrusa legia cudzoziemska
przebiegli bezwzględni tak jest mordowali
dwieście piętnaście marszów dziennych
- zabijcie nas nie możemy iść dalej
trzydzieści cztery tysiące sześćset pięćdziesiąt stadiów
rozjątrzeni bezsennością szli przez dzikie kraje
niepewne brody przełęcze w śniegu i słone płaszczyzny
wyrąbują swoją drogę w żywym ciele ludów
na szczęście nie kłamali że bronią cywilizacji
słynny okrzyk na górze Teches
błędnie interpretują sentymentalni poeci
znaleźli po prostu morze to znaczy wyjście z lochu
odbyli podróż bez proroków krzaków płynących
bez znaków na ziemi bez znaków na niebie
z okrutną świadomością że życie jest wielkie
1
Nie zdążyłem
na ostatni transport
pozostałem w mieście
które nie jest miastem
bez dzienników porannych
bez gazet wieczornych
nie ma
więzień
zegarów
wody
zażywam
wielkich wczasów
poza czasem
odbywam długie wędrówki
przez aleje spalonych domów
aleje cukru
rozbitego szkła
ryżu
mógłbym napisać traktat
o nagłej przemianie
życia w archeologię
2
jest wielka cisza
artyleria na przedmieściu
udławiła się własny, męstwem
czasem
słychać tylko
dzwon walących się murów
i lekki grzmot
bujającej w powietrzu blachy
jest wielka cisza
przed nocą drapieżców
niekiedy
na niebie pojawia się
absurdalny samolot
zrzuca ulotki
wzywające do poddania
chętnie bym się poddał
ale nie mam komu
3
mieszkam teraz
w najlepszym hotelu
zabity portier
nadal urzęduje w loży
z pagórka gruzów
wchodzę wprost
na pierwsze piętro
do apartamentów
byłej kochanki
byłego szefa policji
śnię na pościeli z gazet
przykrywam się plakatem
zapowiadającym ostateczne zwycięstwo
w barze zostały
leki na samotność
butelki z żółtym płynem
i symboliczną nalepką
- Johnnie
uchylając cylindra
oddala się szybko na Zachód
nie mam do nikogo urazy
że zostałem porzucony
zabrakło mi
szczęścia
i prawej ręki
u sufitu
żarówka
przypomina odwróconą czaszkę
czekam na zwycięzców
piję za poległych
pije za dezerterów
wyzbyłem się
złych myśli
porzuciło mnie nawet
przeczucie śmieci
Mówią że ogłuchł a to nieprawda
demony jego słuchu pracowały niezmordowanie
i nigdy w muszlach uszu nie spało martwe jezioro
otitis media potem acuta
sprawiły że w aparacie słuchowym
utrzymywały się piskliwe tony syki
dudnienie świst drozda drewniany dzwon lasów
czerpał z tego jak umiał wysokie dyszkany skrzypiec
podszyte głuchą czernią basów
wykaz jego chorób namiętności upadków
jest równie bogaty jak lista dzieł skończonych
tympano-laby rinthische Sklerose prawdopodobnie lues
na koniec przyszło to co przyjść musiało wielkie otępienie
nieme ręce biją w ciemne pudła i struny
wydęte policzki aniołów obwołują milczenie
tyfus w dzieciństwie później angina pectoris arterioskleroza
w Cavatinie kwartetu opus 130
słychać płytki oddech ściśnięte serce duszność
niechlujny kłótliwy z ospowatą twarzą
pił ponad miarę i tanio wierzyciele umarli
umarły także kochanki kuchy i grefinie
książęta protektorzy szlochały kandelabry
on jakby żył jeszcze pożycza pieniądze zabiega
między niebem a ziemią nawiązuje kontakty
lecz księżyc jest księżycem także bez sonaty
1
Pan Cogito
czytając książkę
o horyzontach nauki
dzieje postępu myśli
od mroków fideizmu
do światła wiedzy
natknął się na epizod
który zaćmił
prywatny horyzont Pana Cogito
chmurą
dobry przyczynek
do opasłej historii
fatalnych ludzi omyłek
bardzo długo
utrzymywało się przekonanie
że człowiek nosi w sobie
spory rezerwuar krwi
pękatą beczułkę
dwadzieścia parę litrów
- - bagatela
stąd można zrozumieć
wylewne opisy bitew
pola czerwone jak koral
wartkie strumienie posoki
niebo które powtarza
nikczemne hekatomby
a także powszechną
metodę leczenia
chorym
otwierano tętnicę
i lekkomyślnie spuszczano
drogocenny płyn
do cynowej misy
nie wszyscy wytrzymywali
Kartezjusz szeptał w agonii
2
teraz wiemy dokladnie
że w ciele każdego człowieka
skazańca i kata
plynie zaledwie
cztery pięć litrów
tego co nazywano
duszą ciała
kilka flaszek burgunda
dzbanek
jedna czwarta
mało
Pan Cogito
dziwił się naiwnie
dlaczego to odkrycie
nie wywołało przewrotu
w dziedzinie obyczajów
powinno przynajmniej skłonić
do rozsądnej oszczędności
nie wolno jak dawniej
rozrzutnie szafować
na polach wojen
na palcach kaźni
naprawdę jest tego niewiele
mniej niż wody nafty
zasobów energetycznych
stało się jednak inaczej
wyciągnięto wnioski haniebne
zamiast powściągliwości
rozrzutność
ścisły pomiar
umocnił nihilistów
dał większy rozmiar tytanom
wiedza teraz dokładnie
że człowiek jest kruchy
i łatwo go wykrwawić
cztery pięć litrów
wielkość bez znaczenia
tak więc tryumf nauki
nie przyniósł obroku duchowego
zasady postępowania
moralnej normy
to mała pociecha
myśli Pan Cogito
że wysiłek badaczy
nie zmieniają biegu rzeczy
ważą zaledwie tyle
co westchnienie poety
a krew
płynie dalej
przekracza horyzont ciała
granice fantazji
- - będzie chyba potop
Pan Cogito z Marią Rasputin -próba kontaktu
1
Niedziela
Wczesne popołudnie
Upał
w dalekiej Kalifornii
przed laty
przeglądając
Głos Pacyfiku
Pan Cogito
został zawiadomiony
o śmierci Marii Rasputin
córki Rasputina Groźnego
krótka notatka
na ostatniej stronie
dotknęła go osobiście
poruszyła głęboko
a przecie nic
nie łączło go z Marią
której ubogie życie
nie sposób rozwinąć
w dywan poematu
oto zarys jej dziejów
zgrzebny
i trochę trywialny
w on czas
gdy uzurpator Włodzimierz Iljicz
zgładził pomazańca Mikołaja
Maria schroniła się
za ocean
zamieniła wierzby
na palmy
służyła
u białych emigrantów
w zapachach ojczystej mowy
blinów ogórków barszczu
miała dziwną ambicję
zmywania talerzy
dobrze urodzonych
jeżeli już nie książę
to przynajmniej baron
w ostateczności wdowa
po oficerze lejbgwardii
nieoczekiwanie
otwarły się przed nią wrota
kariery artystycznej
debiutowała
w niemym filmie
Wesoły Żeglarz Jimmie
obraz marny
nie zapewnił Marii
trwałego miejsca
w historii X Muzy
potem
występowała w rewiach
podrzędnych teatrzykach
tingeltanglach
na koniec
apogeum
zdobyła sławę
w cyrkowym numerze
Taniec z Niedźwiedziem
czyli Syberyjskie Wesele
furora trwała krótko
partner Misza
objął ją zbyt namiętnie
gwałtowna pieszczota
porzuconej ojczyzny
cudem uszła z życiem
to wszystko
plus dwa
nieudane małżeństwa
i jeszcze ważny szczegół
z dumą odrzuciła ofertę
wydania zmysłowej autobiografii
pod tytułem Córka Lucyfera
postąpiła taktownie
niż niejaka Swietłana
2
notatka w Głosie Pacyfiku
ozdobiona jest fotografią
zmarłej
krzepka
wyciosana z dobrego drzewa
kobieta
stoi
na tle muru
w ręku trzyma
skórzany przedmiot
coś pośredniego
między damskim neseserem
a torbą listonosza
uwagę Pana Cogito
przykuwa
nie azjatycka twarz Marii
małe niedźwiedzie oczka
zwalista sylwetka byłej tancerki
ale właśnie
ten zaciekle trzymany
skórzany przedmiot
co
ona
nosiła
przez bezdroża
pustkowia miast
lasy
góry
doliny
- petersburskie noce
- samowar z Tuły
- śpiewnik starocerkiewny
- skradzioną srebrną chochlę
z monogramem carycy
- ząb świętego Cyryla
- wojnę i pokój
- perłę zasuszoną w ziołach
- grudę zmarzłej ziemi
- ikonę
nikt się tego nie dowie
zabrała torbę
ze sobą
3
teraz
doczesne szczątki
Marii Rasputin
córki ostatniego demona
ostatnich Romanowych
spoczywają na amerykańskim cmentarzu
nie opłakane
kałakołem
basem popa
co ona robi
w tym zupełnie nieodpowiedni miejscu
które przypomina piknik
wesoły week-end umarlaków
albo różowo-biały
finał konkursu cukierników
tylko bukszpan i ptaki
mówią o wieczności
Mario
- myśli Pan Cogito
Mario daleka kasztelanko
O grubych czerwonych rękach
Lauro niczyja
W czasie swej wielkiej mowy prokurator
przebijał mnie na wylot żółtym wskazującym palcem mam powody by sądzić że wyglądałem nietęgo bezwolnie nakładałem maskę strachu i podłości jak szczur złapany w potrzask agent bratobójca sprawozdawcy prasowi tańczyli wojenny taniec płonąłem wolno na stosie magnezji
wszystko to odbywało się w małej dusznej salce skrzypiała podłoga tynk odpadał z sufitu
liczyłem sęki w deskach dziury w murze twarze twarze były podobne prawie takie same
policjanci trybunał świadkowie publiczności
należeli do partii wyzutych z litości
a nawet mój obrońca łagodnie uśmiechnięty
był honorowym członkiem plutonów egzekucyjnych
w pierwszym rzędzie siedziała tłusta kobieta
przebrana za moją matkę teatralnym gestem podnosiła chustkę do brudnych oczu ale nie płakała
trwało to chyba długo nawet nie wiem jak długo w togach sędziów wzbudziła ruda krew zachodu
prawdziwy proces toczył się w moich komórkach one zapewne wcześniej znały wyrok
po krótkim buncie skapitulowały i zaczęły umierać
jedna po drugiej
patrzyłem ze zdumieniem na moje woskowe palce
nie wygłosiłem ostatniego słowa a przecież tyle lat układałem mowę ostateczną do Boga do trybunału świata do sumienia do zmarłych raczej niż do żywych poderwany na równe nogi przez strażników zdołałem tylko zmrużyć oczy i wtedy sala wybuchnęła zdrowym śmiechem śmiała się także moja przybrana matka przemówił młot sędziego i to był właściwie koniec
ale co się stało potem śmierć od sznura
czy można karę zmieniono na łaskę lochu
obawiam się że istnieje trzecie ciemne rozwiązanie
poza granicami czasu zmysłów i rozsądku
więc kiedy się budzę nie otwieram oczu
zaciskam palce nie podnoszę głowy
oddycham płytko bo naprawdę nie wiem
ilu minut powietrza jeszcze mi zostało
Nie była piękna trochę kaczy nos
resztę powłoki cielesnej znawcy cenili wysoko
trzeba im wierzyć lecz teraz już nikt
nie otworzy jej tańca nie wskrzesi Izydory
pozostanie zagadką w tiulach tajemnicą
jak pismo Majów jak uśmiech Giocondy
To czemu zawdzięczała niebotyczną sławę
może było w złym guście jak wiersze Nerona
sceniczne jęki boskiej Sary ryki Halidaya
morderczą władzę sprawuje Zeitgeist
to znaczy diabeł mody diabeł przemijania
zegar epoki staje bogowie idą na dno
Greków znała na tyle na ile znać można
przeciętna dziewczyna ze stanu Ohio
opętana wizją urojonej Hellady
Bourella ją rzeźbił w postaci bakchanki
Lekkomyślnie zdradziła sekrety serca i alkowy
w godnej nagany książce pod tytułem My life
Odkąd wiemy dokładnie jak aktor Beregy
odkrył przed nią świat zmysłów jak szalał
Gordon Craig Konstanty Stanisławki
hordy muzyków nababów pisarzy
a Parys Singer rzucił jej do stóp
wszystko co miał imperium
niezawodnych maszyn do szycia et cetera
Ach gdyby żył podówczas Eurypides
pewnie by ją pokochał albo znienawidził
i dał rolę w tragedii już na całą wieczność
Im bardziej gasł jej talent tym gorącej
wierzyła że tylko taniec może uratować świat od nędzy i udręki ta mistyczna wiara
pchnęła ją na trybuny więc agitowała
fluidy szły od niej jak z wielkiego pieca
a nędza i udręka stały w miejscu jak słup
zapomniała widocznie że sztuka helas nie ocala
Apollo Muzagetes niech wybaczy błąd
Krótko ale namiętnie jak wszystko co robiła
pokochała młodziutki Kraj Rad i Lenina
Gwiazda zawisła na szyi Maszynisty Dziejów
Niestety żadna z tego nie wynikała iskra
Izydora nudziła jeszcze Ciężki Przemysł i rolnictwo
rewolucja w lekkich pląsach jest i była snem
Biedaczce pomieszała się utopia z prawdą
passons skoro potem tłumy poszły za nią
Kraj Nadziei musiała pożegnać niestety
na pomieszczenie wzięła kosztownego poetę
nieprzytomny Jesienin sobaczył kochał wył
Zaprawdę finał sztuki godny był dramatu
Po życiu pełnym wzlotów i upadków
Narzędziem śmierci stał się kaszmirowy szal
Zbyt długi pewnie jak ogon komety
Wplątany w szprychy auta kaszmirowy szal
Zadusił jak oszalały z zazdrości Otello
A ona jeszcze tańczy ma przeszło sto lat
siwa staruszka blada pawie niewidoczna
między wielkością a śmiesznością tańczy
już nie tak ekstatycznie jak dawniej przed laty
z rozwagą przeoryszy dojrzałym namysłem
stawia swe bose stopy nad przepaścią
Posłaniec na którego czekano rozpaczliwie długo
upragniony zwiastun zwycięstwa lub zagłady
ociągał się z przybyciem tragrdia brz dna
W głębi chór skandował ciemne proroctwa i klątwy
król dynastyczna ryba miotał się w niepojętej sieci
brak było drugiej koniecznej osoby losu
Epilog pewnie znał orzeł dąb wiatr morska fala
widzowie na poły martwi oddychali płytko jak kamień
Bogowie spali Noc cicha bez błyskawic
Na koniec przybył ów goniec w masce z krwi błota lamentu
wydawał niezrozumiałe okrzyki pokazywał ręka na Wschód
to było gorsze niż śmierć bo ani litości ni trwogi
a każdy w ostatniej chwili pragnie oczyszczenia
Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźco
a droga którą Jaś Małgosia dreptali do szkoły
nie rozstąpi się w przepaść
Rzeki nazbyt leniwe nieskore do potopów
rycerze śpiący w górach będą spali dalej
więc łatwo wejdziesz nieproszony gościu
Ale synowie ziemi nocą się zgromadzą
śmieszni karbonariusze spiskowcy wolności
będą czyścili swoje muzealne bronie
przysięgali na ptaka i na dwa kolory
A potem tak jak zawsze łuny i wybuchy
malowani chłopcy bezsenni dowódcy
plecaki pełne klęski rude pola chwały
krzepiąca wiedza że jesteśmy sami
Moja bezbronna ojczyzna przyjmie cię najeźco
i da ci sążeń ziemi pod wierzbą i spokój
by ci co po nas przyjdą uczyli się znowu
najtrudniejszego kunsztu - odpuszczania win
1
Pana Cogito
niepokoi problem
z dziedziny matematyki stosowanej
trudności na jakie napotykamy
przy prostych operacjach arytmetycznych
dzieci mają dobrze
dodają jabłko do jabłka
odejmują ziarnko od ziarnka
rachunek się zgadza
przedszkole świata
pulsuje bezpiecznym ciepłem
zmierzono cząstki materii
zważono ciała niebieskie
i tylko w sprawach ludzkich
panoszy się karygodne niedbalstwo
brak ścisłych danych
po bezkresach historii
krąży widmo
widmo nieokreśloności
ilu Greków zginęło pod Troją
- nie wiemy
podać dokładne straty
po obu stronach
w bitwie pod Gaugamelą
Azincourt
Lipskiem
Kutnem
a także liczbę ofiar
białego
czerwonego
brunatnego
- ach kolory niewinne kory
- terroru
- nie wiemy
naprawdę nie wiemy
Pan Cogito
odrzuca sensowne wyjaśnienie
że było to dawno
wiatr przemieszał popioły
krew spłynęła do morza
sensowne wyjaśnienia
potęgują niepokój
Pana Cogito
bo nawet to
co dzieje się na naszych oczach
wymyka się cyfrom
traci wymiar człowieczy
gdzieś musi tkwić błąd
fatalny defekt narzędzi
albo grzech narzędzi
2
kilka prostych przykładów
z rachunkowości ofiar
dokładna ilość zabitych
w katastrofie lotniczej
łatwo jest ustalić
ważne dla spadkobierców
i pogrążonych w żalu
towarzystw asekuracyjnych
bierzemy listę pasażerów
a załogi
przy każdym nazwisku
stawiamy krzyżyk
nieco trudniej
w przypadku
katastrof kolejowych
trzeba złożyć na powrót
rozszarpane ciała
aby żadna głowa
nie została bezpańska
w czasie klęsk
elementarnych
rachunek
staje się
skomplikowany
liczymy ocalałych
a niewiadoma resztę
która nie jest ani żywa
ani definitywnie martwa
określa się dziwacznym mianem
zaginionych
maja jeszcze szansę
aby powrócić do nas
z ognia
wody
wnętrza ziemi
jeśli wrócą to dobrze
jeśli nie wrócą trudno
3
teraz Pan Cogito
wchodzi
na najwyższy chwiejny
stopień nieokreśloności
jak trudno ustalić imiona
wszystkich tych co zginęli
w walce z władzą nieludzką
dane oficjalne
pomniejszają ich liczbę
raz jeszcze bezlitośnie
dziesiątkują poległych
a ciała ich znikają
w przepastnych piwnicach
wielkich gmachów policji
świadkowie naoczni
oślepieni gazem
ogłuszeni salwami
strachem i rozpaczą
skłonni są do przesady
postronni obserwatorzy
podają cyfry wątpliwe
opatrzone haniebnym
słówkiem około
a przecież w tych sprawach konieczna jest aktualność
nie wolno się pomylić
nawet o jednego
jesteśmy mimo wszystko
stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych
podważa realność świata
wtrąca w piekło pozorów
diabelską sieć dialektyki
głoszącej że nie ma różnicy
między subiekcją a widmem
musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę
w miseczce z gliny
proso mak kościany grzebień
groty strzał
pierścień wierności
amulety
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczkę Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach
Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu
Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pęknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów
Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
Mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
który każe wyjść skrzywić się wycedzić szydersko
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała głowa
Pan Cogito - zapiski z martwego domu
1
leżeliśmy pokotem
na dnie świątyni absurdu
namaszczeni cierpieniem
w mokrych całunach trwogi
jak owoce
upadłe
z drzewa życia
gnijące osobno
każdy na swój sposób
w tym tylko drzemała
resztka człowieczeństwa
niepojętym wyrokiem
wyzuci z tronu naczelnych
podobni do jamochłonów
pierwotniaków
obleńców
wyzbyci
ambicji
istnienia
i wtedy
o dziesiątej w wieczór
kiedy gaszono światła
nieoczekiwanie
jak każde objawienie
odezwał się
głos
męski
wolny
nakazujący
powstanie
z martwych
głos
potężny
królewski
wywodzący
z domu niewoli
leżeliśmy pokotem
nisko
zasłuchani
a on
unaszał się
nad nami
2
nikt nie znał
jego twarzy
zamknięty szczelnie
w niedostępnym miejscu
zwanym
debir
w samym
sercu skarbca
pod strażą okrutnych kapłanów
pod strażą okrutnych aniołów
nazwaliśmy go Adam
to znaczy wzięty z ziemi
o dziesiątej wieczór
kiedy gaszono światło
Adam rozpoczynał koncert
dla uszu ptofanów
brzmiał on
jak ryk spętanego
dla nas
epifania
był
pomazańcem
zwierzęciem ofiarnym
psalmistą
opiewał
niepojętą pustynię
wołanie przepaści
pętlę na wysokościach
krzyk Adama
składał się
z dwu trzech samogłosek
rozpiętych jak żebra nieboskłonów
potem
nagła
pauza
rozdarcie przestrzeni
i znów
jak bliski grom
te same dwie trzy
samogłoski
kamienna lawina
głos wiela wód
trąby sądu
a nie było w tym
żadnej skargi
prośby
ani cienia doloroso
rósł
potężniał
zawrotny
ciemna kolumna
która roztrąca
gwiazdy
3
po kilku koncertach
umilkł
iluminacja głosu
trwała krótko
nie odkupił
wyznawców
zabrali Adama
lub sam wycofał się
w wieczność
zagasło
źródło
buntu
i może
tylko ja jeden
słyszę jeszcze
echo
jego głosu
coraz smuklejsze
cichsze
coraz bardziej dalekie
jak muzyka sfer
harmonia wszechświata
tak doskonała
że niedosłyszalna
Zbyt stary żeby nosić broń i walczyć jak inni
wyznaczono mi z łaski pośrednią rolę kronikarza
zapisuję nie wiadomo dla kogo dzieje oblężenia
mam być dokładny lecz nie wiem kiedy zaczął się najazd
przed dwustu laty w grudniu wrześniu może wczoraj o świcie
wszyscy chorują tutaj na zanik poczucia czasu
pozostało nam tylko miejsce przywiązanie do miejsca
jeszcze dzierżymy ruiny świątyń widma ogrodów i domów
jeśli stracimy ruiny nie pozostanie nic
piszę tak jak potrafię w rytmie nieskończonych tygodni
poniedziałek: magazyny puste jednostką obiegową stał się szczur
wtorek: burmistrz zamordowany przez niewiadomych sprawców
środa: rozmowy o zawieszeniu broni nieprzyjaciel internował posłów
nie znamy ich miejsca pobycia to znaczy miejsca kaźni
czwartek: po burzliwym zebraniu odrzucono większością głosów
wniosek kupców korzennych o bezwarunkowej kapitulacji
piątek: początek dżumy sobota: popełnił samobójstwo
N.N. niezłomny obrońca niedziela: nie ma wody oparliśmy
szturm przy bramie wschodniej zwartej Bramą Przymierza
wiem monotonnie to wszystko nikogo nie zdoła poruszyć
unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach
podobno tylko one cenione są na obcych rynkach
ale z niejaka dumą pragnę donieść światu
że wyhodowaliśmy dzięki wojnie nową odmianę dzieci
nasze dzieci nie lubią bajek bawią się w zabijanie
na jawie i we śnie marzą o zupie chlebie i kości zupełnie jak psy i koty
wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta
wzdłuż granic naszej niepewnej wolności
patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła
słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków
doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni
oblężenie trwa długo wrogowie muszą się zmienić
nic ich nie łączy poza pragnieniem naszej zagłady Goci Tatarzy Szwedzi hufce Cesarza pułki Przemienienia Pańskiego
kto ich policzy
kolor sztandarów zmieniają się jak las na horyzoncie
od delikatnej ptasiej żółci na wiosnę przez zieleń czerwień do zimowej czerni
tedy wieczorem uwolniony od faktów mogę pomyśleć
o sprawach dawnych dalekich na przykład o naszych
sprzymierzeńcach za morzem wiem współczują szczerze
ślą mąkę worki otuchy tłuszcz i dobre rady
nie wiedzą nawet że nas zdradzili ich ojcowie
nasi byli alianci z czasów drugiej Apokalipsy
synowie są bez winy zasługują na wdzięczność więc jesteśmy wdzięczni
nie przeżyli długiego jak wieczność oblężenia
ci których dotknęło nieszczęście są zawsze samotni
obrońcy Dalajamy Kurdowie afgańscy górale
teraz kiedy piszę te słowa zwolennicy ugody
zdobyli pewną przewagę nad stronnictwem niezłomnym
zwykle wahanie nastrojów losy jeszcze się ważą
cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca
i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie miasto
patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci
najgorszą ze wszystkich twarz zdrady
i tylko sny nasze nie zostały upokorzone