Rovigo

 

 

Spis wierszy

Do Henryka Elzenberga w stulecie jego urodzin

Książka

Album Orwella

Życiorys

Pacyfik III (Na Kongres Pokoju)

Mademoiselle Corday

Ręce moich przodków

Wilki

Guziki

Obłoki nad Ferrarą

Homilia

Widokówka od Adama Zagajewskiego

Mitteleuropa

Do Piotra Vujičića

Wycieczka Dinozaurów

Do Yehudy Amichaja

Wstyd

Przysięga

Zwierciadło wędruje po gościńcu

Chodasiewicz

Pan Cogito na zadany temat: "Przyjaciele odchodzą"

Kalendarze Pana Cogito

Achilles. Pentesilea

Czarnofigurowe dzieło Eksekiasa

Do Czesława Miłosza

Rovigo

 

 

 

 

 

 

Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin

 

Kim stałbym się gdybym Cię nie spotkał - mój Mistrzu Henryku

Do którego po raz pierwszy zwracam się po imieniu

Z pietyzmem czcią jaka należy się - Wysokim Cieniom

 

Byłbym do końca życia śmiesznym chłopcem

Który szuka

Zdyszanym małomównym zawstydzonym własnym istnieniem

Chłopcem który nie wie

 

Żyliśmy w czasach które zaiste były opowieścią idioty

Pełną hałasu i zbrodni

Twoja surowa łagodność delikatna siła

Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień

Cierpliwy obojętny i czuły zarazem

  

Krążyli wokół Ciebie sofisci i ci którzy myślą młotem

Dialektyczni szalbierze wyznawcy nicości - patrzyłeś na nich

Przez lekko załzawione okulary

Wzrokiem który wybacza i nie powinien wybaczyć

 

Przez cale życie nie mogłem wydobyć z siebie słowa dziękczynienia

Jeszcze na łożu śmierci - tak mi mówiono - czekałeś na glos ucznia

Którego w mieście sztucznych świateł nad Sekwana

Dobijały okrutne niańki

 

Ale Prawo Tablice Zakon - trwa

 

Niech pochwaleni będą Twoi przodkowie

I ci nieliczni którzy Ciebie kochali

 

Niech pochwalone będą Twoje księgi

Szczupłe

Promieniste

Trwalsze od spiżu

 

Niech pochwalona będzie Twoja kołysanka

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

                                                                                              Ryszardowi Przybylskiemu

Książka

Ta książka łagodnie mnie napomina nie pozwala

abym zbyt szybko biegł w takt toczącej się frazy

każe wrócić do początku wciąż zaczynać od nowa

 

Od pół wieku tkwię po uszy w Księdze pierwszej rozdział trzeci wers VII

i słyszę głos: nigdy nie poznasz księgi dokładnie

powtarzam literę po literze - ale mój zapał często gaśnie

 

Cierpliwy głos poucza:

najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech

i jednocześnie pociesza: masz lata przed sobą

 

Mówi: zapomnij że czeka ciebie jeszcze dużo stronic

tomów łez bibliotek czytaj dokładnie rozdział trzeci

w nim bowiem jest klucz i przepaść początek i koniec

 

Mówi: nie żałuj oczu świec inkaustu przepisuj starannie

werset za wersetem a kopiuj ściśle jakbyś odbijał w lustrze

słowa niezrozumiałe wyblakłe o trojakim znaczeniu

 

 

Myślę że nie jestem ani zdolny ani dość cierpliwy

bracie moi są bieglejsi w sztuce

słyszę ich drwiny nad głową widzę szydercze spojrzenia

 

o późnym zimowym świcie - kiedy zaczynam od nowa

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Album Orwella

 

Nie najlepiej urządził sobie życie niejaki Eric Blair

na wszystkich zdjęciach twarz jego niecodziennie smutna.

Lichy uczeń Eton - Oxford - potem służba w koloniach

gdzie zmniejszył liczbę słoni o jednego słonia.

Asystował przy wieszaniu niesfornych Birmańczyków

opisał to dokładnie. Potem wojna w Hiszpanii w szeregach anarchów.

Jest takie zdjęcie: bojowcy przed brakiem Lenina

w głębi obrazu on - nadmiernie wysoki i całkiem samotny.

 

Nie ma niestety jego fotografii z okresu studiów nad nędzą

w Paryżu i Londynie. Luka przez którą można się czegoś domyśleć.

 

A wreszcie późna sława ba nawet zamożność:

widzimy go z psem i wnukiem. Dwie jego ładne żony

dom wiejski w Banhil gdzie leży pod kamieniem.

 

Ani jednego zdjęcia z wakacji - tenisówki jacht w słońcu

nawoływania zabawy. Dobrze. Na szczęście nie ma jego fotografii

ze szpitala. Łóżko. Biała flaga ręcznika

przy krwawiących ustach. On jednak nigdy się nie podda.

 

I idzie jak wahadło cierpliwy cierpiący

na pewne spotkanie.

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Życiorys

Byłem chłopcem cichym trochę sennym - i o dziwo -

inaczej niż moi rówieśnicy - rozmiłowani w moich przygodach -

na nic nie czekałem - nie wyglądałem przez okno

 

W szkole  - pracowity raczej niż zdolny posłuszny bez problemów

 

Potem normalne życie w stopniu referenta

ranne wstawanie ulica tramwaj biuro znów tramwaj dom sen

 

Nie wiem naprawdę nie wiem skąd to zmęczenie niepokój udręka

zawsze i nawet teraz - kiedy mam prawo odpocząć

 

Wiem nie zaszedłem daleko - niczego nie dokonałem

zbierałem znaczki pocztowe zioła lecznicze nieźle grałem w szachy

 

Raz byłem za granicą - na wczasach - nad Morzem Czarnym

na zdjęciu słomkowy kapelusz twarz ogorzała - prawie szczęśliwy

 

Czytałem to co pod ręką: o socjalizmie naukowym

o lotach kosmicznych maszynach myślących

i to co lubiłem najbardziej książki o życiu pszczół

 

Tak jak inni chciałem wiedzieć co się stanie ze mną po śmierci

czy dostanę nowe mieszkanie i czy życie ma sens

 

A nade wszystko jak odróżnić dobro od tego co złe

wiedzieć na pewno co białe a co całkiem czarne

 

Ktoś mi polecił dzieło klasyka - jak mówił -

zmieniło ono jego życie i życie milionów ludzi

Przeczytałem - nie zmieniłem się - wstyd wyznać -

zapomniałem doszczętnie jak się nazywał klasyk

 

Może nie żyłem - tylko trwałem - wrzucony bez mojej woli

w coś - nad czym trudno panować i nie sposób pojąć

jak cień na ścianie

więc nie było to życie

życie całą gębą

 

Jak mogłem wytłumaczyć żonie a także innym

że wszystkie moje siły

wytężałem żeby nie zrobić głupstwa nie ulegać podszeptom

nie bratać się z silniejszym

 

To prawda - byłem wiecznie blady. Przeciętny. W szkole wojsku

biurze we własnym domu i na wieczorkach tanecznych.

 

Leżę teraz w szpitalu i umieram na starość.

Tu także ten sam niepokój udręka.

Gdybym się drugi raz urodził może byłbym lepszy.

 

Budzę się w nocy spocony. Patrzę w sufit. Cisza.

I znów - raz jeszcze - zmęczoną do szpiku kości ręką

odganiam złe duchy i przywołuje dobre.

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Pacyfik III

(Na Kongres Pokoju)

W jaskiniach nocy

na konarach

grubych jak uzbrojone ręce

dojrzewa owoc

który miażdży

sen

śpiących cicho pod drzewami

sen jasnowłosych i bezbronnych

 

Owoc kołysze się pęcznieje

alarmem metalowym dźwięczy

sinieje jak twarz nienawiści

 

Za chwilę uschnie gruba gałąź

i owoc stoczy się dojrzały

na niedojrzałych jasne głowy

 

Poeta strażnik tych co śpią

zauroczony przez noc grozy

drży i zaciska w drżących rękach

malutką trąbkę Eustachego

na której można wygrać

ranną pobudkę dla komarów

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Mademoiselle Corday

 

W sukni sinej jak skała - Charlotte'a - słomkowy kapelusz

dwie wstążki mocno zaciśnięte pod brodą - pochyla się nad Maratem

i szybciej niż spadająca gwiazda - wymierza sprawiedliwość

 

Za ścianą turkot miasta Bębny Rewolucji

 

A dalej - las - pole - strumień - pierzaste obłoki -

skłony powietrza - dziki łubin - ślaz

 

I wszystko było normalne w ten dzień nieodwracalny

 

Sztywno wyprostowana jechała Panna Corday

odziana - jak sąd nakazał - w suknię ojcobójców

pośród wyjących tłumów rzucanych w twarz ogryzków

jechała na stracenie w duszny dzień przez Paryż

pośród złorzeczeń ale jakby w koronie

na krótko obciętych włosach

 

Należy jej się pomnik lub przynajmniej obelisk

za to że cała była z mitycznych czasów

kiedy autorzy greccy albo rzymscy

i czytelnicy przy lampie oliwnej lub świecy

pakt zawierali i mocno wierzyli

że obrona wolności jest rzeczą chwalebną

 

Panna Corday po nocach czytała Plutarcha

książki brano na serio

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Ręce moich przodków

 

Bez ustanku pracują we mnie ręce moich przodków

wąskie silne kościste ręce nawykłe do prowadzenia wierzchowca

władania mieczem szablą szpadą

 

- O jaki wzniosły jest spokój - śmiertelnego ciosu

 

Co chcą powiedzieć ręce moich przodków

oliwkowe ręce z zaświatów

pewnie bym się nie poddał

więc pracują we mnie jak w cieście

z którego ma być ciemny chleb

 

A co już przekracza moją wyobraźnie

wsadzają mnie szorstko na siodło

a stopy w strzemiona

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

                                                                                                          Marii Oberc

Wilki

 

Ponieważ żyli prawem wilka

historia o nich głucho milczy

pozostał po nich w kopnym śniegu

żółtawy mocz i  ten ślad wilczy

 

szybciej niż w plecy strzał zdradziecki

trafiła serce mściwa rozpacz

pili samogon jedli nędze

tak się starali losom sprostać

 

już nie zostanie agronomem

"Ciemny" a "Świt"  - księgowym

"Marusia" - matką "Grom" - poetą

posiwia śnieg ich młode głowy

 

nie opłakała ich Elektra

nie pogrzebała Antygona

i będą tak przez całą wieczność

w głębokim śniegu wiecznie konać

 

przegrali dom swój w białym borze

kędy zawiewa sypki śnieg

nie nam żałować - gryzipiórkom -

i gładzić ich zmierzwioną sierść

 

            ponieważ żyli prawem wilka

            historia o nich głucho milczy

            pozostał po nich w kopnym śniegu

            żółtawy mocz i  ten ślad wilczy

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

                                Pamięci kapitana Edwarda Herberta

                                                                                             

Guziki

                                                                                                                                       

Tylko guziki nieugięte

przetrwały śmierć świadkowie zbrodni

z głębin wychodzą na powierzchnie

jedyny pomnik na ich grobie

 

są aby świadczyć Bóg policzy

i ulituje się nad nimi

lecz jak zmartwychwstać maja ciałem

kiedy są lepka cząstką ziemi

 

przeleciał ptak przepływa obłok

upada liść kiełkuje ślaz

i cisza jest na wysokościach

i dymi mgła smoleński las

 

tylko guziki nieugięte

potężny glos zamilkłych chórów

tylko guziki nieugięte

guziki z płaszczy i mundurów

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

                                                                                                                Marii Rzepińskiej

Obłoki nad Ferrarą

 
1
Białe
podłużne jak greckie lodzie
ostro ścięte od spodu

bez żagli
bez wioseł

kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem je na obrazie Ghirlandaja
sądziłem
ze są tworem wyobraźni
fantazją artysty

ale one istnieją

białe
podłużne
ostro ścięte od spodu

zachód narzuca im kolor
krwi
miedzi
złota
i niebieskiej zieleni

o zmierzchu
posypane
drobnym
fioletowym
piaskiem

suną
bardzo wolno

są prawie nieruchome

2
nie mogłem wybrać
niczego w życiu
według mojej woli
wiedzy
dobrych intencji

ani zawodu
przytułku w historii
systemu który wyjaśnia wszystko
ani także wielu innych rzeczy
dlatego wybrałem miejsca
liczne miejsca postojów

-namioty
-zajazdy na skraju drogi
-azyle dla bezdomnych
-nocowanie sub love
-klasztorne cele
-pensjonaty nad brzegiem morza

pojazdy
jak latające dywany
z baśni Wschodu
przenosiły mnie
z miejsca na miejsce
sennego
zachwyconego
udręczonego pięknem świata

w istocie
była to mordercza wyprawa

splątane drogi
pozorny brak celu
uciekające widnokręgi

a teraz widzę jasno
obłoki nad Ferrarą
białe
podłużne
bez żagli
prawie nieruchome

suną wolno
lecz pewnie
ku nieznanym
wybrzeżom

to w nich
a nie w gwiazdach
rozstrzyga się
los

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Homilia

 

Na ambonie mówi tłusty pasterz

i cień pada na kościelny mur

a lud boży zasłuchany zapłakany

płoną świece - blaski ikon - milczy chór

 

płyną słowa nad głowami się unoszą

jak dziwny ma ten kapłan głosu organ

ani żeński ani męski ni anielski

także woda ust płynąca to nie Jordan

 

bo dla księdza - proszę księdza - to jest wszystko takie proste

Pan Bóg stworzył muchę żeby ptaszek miał co jeść

Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na kościół

prosta ręka - prosta ryba - prosta sieć

 

może tak należy mówić ludziom cichym ufającym

obiecywać - deszcze łaski - światło - cud

lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni

bądźmy szczerzy - to jest także boży lud

 

proszę księdza - ja naprawdę Go szukałem

i błądziłem w noc burzliwą pośród skał

piłem piasek jadłem kamień i samotność

tylko Krzyż płonący w górze trwał

 

i czytałem Ojców Wschodu i Zachodu

opis raju przesłodzony - zapis trwogi -

i sądziłem że z kart książek Znak powstanie

ale milczał - niepojęty Logos

 

pewnie ksiądz mnie nie pochowa na świętej ziemi

 - ziemia jest szeroka zasnę sam

i odejdę w dal - z Żydami odmieńcami

bezszelestnie zwinę życia cały kram

 

na ambonie mówi w kółko pasterz

mówi do mnie - bracie mówi do mnie - ty

ale ja naprawdę chcę się tylko zastrzec

że go nie znam i że smutno mi

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

Widokówka od Adama Zagajewskiego

 

Dziękuje tobie Adamie za kartkę z Fryburga

na której Anioł w komeżce ze śniegu

wielką trąbą obwieszcza natarcie

ohydnych bloków mieszkalnych

 

Przekroczyły horyzont zbliżają się nieuchronnie

aby zdobyć twoją i moją katedrę

 

Ohydne bloki mieszkalne z Czernobyla Nowej Huty Düsseldorfu

 

Wyobrażam sobie dokładnie co robisz w tej chwili -

czytasz garstce wyznawców bo są jeszcze wyznawcy.

"Das war sehr schón, Herr Zagajewski." "Wirklich sehr schön."

"Danke." "Nichts za danken." "Das war wirklich sehr schön."

No widzisz wbrew temu co wydumał tragiczny Adorno

 

Komiczna sytuacja bo zamiast drzewo mówisz der Baum

zamiast  obłoki - die Wolken i die Sonne - zamiast słońce

i to jest konieczne by trwało niepewne przymierze

karkołomne metamorfozy dźwięków aby ocalić obrazy

  

A więc jesteś w Fryburgu ja też niegdyś tam byłem

aby zarobić łatwo na papier i chleb

Pod cynicznym sercem nosiłem naiwne złudzenie

że jestem Apostołem w podróży służbowej

 

            Tej garstce która nas słucha należy się piękno

            ale także prawda

            to znaczy - groza

 

            aby byli odważni

            gdy nadejdzie chwila

 

Anioł w komeżce pierwszego śniegu jest naprawdę Aniołem Zagłady

podnosi trąbę do ust przywołuje pożar

na nic nasze zaklęcie modlitwy talizmany różańce

 

Oto zbliża się chwila ostateczna

podniesienie

ofiara

chwila którą rozdzieli

 

i wstąpimy osobno w roztopione niebo

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Mitteleuropa

 

Nie wiadomo czy z mięsa czy z pierza

ku czemu to wszystko zmierza

Mitteleuropa

niby świeci i gaśnie

zupełnie jakby z baśni

Ezopa

 

Znalazł się cesarz oto

niejaki Habsburg Otto

całkiem porządny człowiek

są jeszcze w zapasie Bourboni

lecz serio mówiąc oni

nie całkiem ten-tego

 

Wiec ludzi gniewa lub cieszy

ta igraszka dla rzeszy

nagle wyjście w potrzebie

pojawia się nad widnokręgiem

sunie niebieskim kręgiem

jakby księżyc po niebie

 

Niech jeszcze trochę poświeci

kolorowa zabawka dzieci

sen nostalgiczny staruszków

lecz mówiąc całkiem szczerze

ja w to wszystko nie wierze

(i zwierzam wam się na uszko)

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Do Piotra Vujičića

 

W gruncie rzeczy nie ma czego żałować

wiesz o tym dobrze Piotrze

nie mówię tego do Ciebie ale przez Ciebie do innych

 

przez pół wieku znałeś lepiej moje myśli

niż ja sam

tłumaczyłeś je cierpliwie

 

przy ulicy Čika Ljubina

w białym Grodzie

nad rzeką która znów krwawi

 

rozmawialiśmy długo

przez Alpy Karpaty Dolomity

 

a teraz na starość

układam xenie

i to jest xenia dla Ciebie

 

słyszałem starca który recytował Homera

znałem ludzi wygnanych jak Dante

w teatrze widziałem wszystkie sztuki Szekspira

 

udało mi się

można powiedzieć w czepku urodzony

 

wytłumacz to innym

miałem wspaniałe życie

 

cierpiałem

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

                                                                                              Janowi Adamskiemu

 

Wycieczka Dinozaurów

 

 - Dzieci do środka -

woła

magister psychologii

rozwojowej Dinozaurów

 

i już posłuszne dzieci

zielone jak wiosenna sałata

stają posłusznie w szeregu

trzymając się za spocone łapki

 

a po obu stronach

kroczą krzepcy kuzynowie

ze szkoły podchorążych

rozłożyste jak baobab matki

trzypiętrowe ciotki

i markotni ojcowie

których jedynym zajęciem

jest monotonne

przedłużanie gatunku

 

na przodzie

kroczy

Pierwszy Sekretarz

założyciel szkoły

Socjalizmu Naiwnego

doktor habilitowany

kambryjskiej Sorbony

 

za chwilę

wejdą na polanę

i Pierwszy Sekretarz

wygłosi programowy odczyt

o zaletach wzajemnej pomocy

 

widok zaprawdę kojący

nad całą gromadą

powiewa

zielony sztandar łagodności

 

boska równowaga środowiska

 

dostatek tlenu

rozsądna proporcja azotu

ciut-ciut helu

 

spacer trwa i trwa

miliony lat

 

            ale oto

            na scenę

            wchodzi

            prawdziwy

            potwór

            Dinozaur z ludzką twarzą

 

            idea

            błyskawicznie

            wciela się

            w rzeczywistą zbrodnie

 

            i całą idyllę

            kończy

            ponura jatka

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

Do Yehudo Amichaja

 

Bo ty jesteś król a ja tylko książę

bez ziemi z ludem który mi ufa błądzę po nocy

bezsenny

 

A ty jesteś król i patrzysz na mnie z przyjaźnią

i obawą - jak długo mogę tułać się

po świecie

 

 - Długo Yehudo           Do końca

 

Nawet gesty mamy inne - gest łaski gest pogardy

gest zrozumienia

 - O nic ciebie nie proszę oprócz zrozumienia

 

Zasypiam przy ognisku z pięścią pod głową

gdy noc się dopala psy wyją i po górach chodzą

straże

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Wstyd

 

Kiedy byłem bardzo chory opuścił mnie wstyd

bez sprzeciwu odsłaniałem obcym rękom wydawałem obcym oczom

biedne tajemnice mego ciała

 

Wkraczali mnie ostro powiększając poniżenie                                                                      

 

Mój profesor medycyny sądowej staruszek Mancewicz

kiedy wyławiał z sadzawki formaliny zwłoki samobójcy

schylał się nad nim jakby chciał go przeprosić

a potem sprawnym ruchem otwierał wspaniały torax

zamilkłą bazylikę oddechu

 

delikatnie prawie czule

 

Dlatego - wierny zmarłym szanujący popiół - rozumiem

gniew księżniczki greckiej jej zaciekły opór

miała rację - brat zasłużył na godny pochówek

 

całun ziemi troskliwie zasunięty

na oczy

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Przysięga

 

Nie zapomnę was nigdy panny damy - przelotne -

nagle dojrzane w tłumie na schodach bazarze w labiryncie metra

z okien pojazdów

            - jak letnie błyskawice - zapowiedź pogody

            - jak krajobraz upiększony odbiciem w jeziorze

            - jak zjawisko w lustrze

              na zaślubinach tego co jest

              i tego co zaledwie przeczute

            - na balu

              kiedy orkiestra gaśnie

              a świt stawia w oknach

              nie zapalone świece

 

Nie zapomnę was nigdy - czyste źródło radości - żyłem także

dzięki waszym sarnim oczom - ustom nie moim

smagłym rękom które przebierały pieszczotliwie srebrne ryby

 

            Ciebie mała panienko z Antyli pamiętam chyba najlepiej

            widziana raz jeden chez le marchand  des journeaux

            patrzyłem oniemiały wstrzymałem oddech - aby nie spłoszyć

 

            i przez chwilę myślałem  - że idąc z tobą

            odmienilibyśmy świat

 

Nie zapomnę was nigdy -

zdziwiony ruch powiek

nieopisany skłon głowy

gniazdo dłoni

 

powtarzam w wiernej pamięci

niezmienne mistyczne twarze bez imienia

 

i różę

 

w czarnych

włosach

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

                                                                                                              Pamięci Leopolda Trymanda

 

Zwierciadło wędruje po gościńcu

 

      1

Mówią-

że sztuka jest zwierciadłem

które przechadza się po gościńcu

 

odbija wiernie realność

to niesamowite dwunożne lustro

 

znamy wiec dobrze spelunki Apulejusza

średniowieczny Londyn

bezdroża Don Kiszota

podróże sentymentalne

i podróże w głąb dżungli

 

czasem sztuka odbija miraże

zorzę polarną

ekstazy nawiedzonych

uczty bogów

otchłanie

zmaga się z historia

ze zmiennym powodzeniem

 

stara się ją oswoić

nadać ludzki sens

 

stąd balety

orkiestry

obrazy jak żywe

powieści różnorakie

wiersze

 

            w ciężkich złoconych ramach

            krwawi cynobrem Leonidas

 

            chór w operze Beethovena

            śpiewa przekonywająco o wolności

 

            ranny pod Borodino Książę

            nie chce upaść

            na ziemię

 

            sztuka stara się uszlachetnić

            podnieść na wyższy poziom

            wyśpiewać odtańczyć zagadać

 

            zetlałą materię ludzką

            zrudziałe cierpienie

 

            2

             oto balet

 

            Swietłana sur le point

            unosi się w powietrze

            i długo trwa jak obłok z tiulu

            na westchnieniach zachwytu

 

            wszystko to w pałacu zimowym

            dawnej kaźni cyrku

            gdzie wczoraj czarno było

            od ludzi zwołanych na zagładę

 

            balet na lodzie -

            wieczne powroty

            koło otwiera się

            zamyka

 

            klasyczny duet ofiary z oprawcą

            ostatnia z Romanowych

            tańczy z przystojnym czekistą

 

            cyrk -

 

            dzwonki

 

            dno powietrza

 

            żongler Nieizwiestnyj

            w stałym repertuarze

 

właśnie wchodzą

bestie (apolityczne)

 

publiczność bije brawo

jak zwykle ze strachu

i że to  - niemożliwe

 

            lwy morskie najwyraźniej się nudzą

 

            trochę ludzkiego ciepła wnoszą niedźwiedzie polarne

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Chodasiewicz

 

Mój znajomy z antologii rymujących Słowian
(nie pamiętam jego wierszy lecz pamiętam ze była tam wilgoć)
swego czasu nawet sławny a za sława umiał się uwijać
nic w tym złego ale jak była jego entelechia
odpowiemy był hybryda w której wszystko się telepie
duch i ciało góra z dołem raz marksista raz katolik
chłop i baba a w dodatku pól Rosjanin a pól Polak

Na początku i na końcu jego sztuki jest zdziwienie
ze urodził się ze zaistniał Chodasiewicz pod gwiazdami
gorzej było już z innymi zdziwieniami
z tożsamością ze wspólnota z korzeniami
sam nie wiedział kim był - Chodasiewicz
i przez wszechświat od narodzin aż do zgonu
na wzburzonej fali płynął na kształt glonu
 

Pisał wiersze Chodasiewicz raz przepiękne a raz złe
te ostatnie także mogą się podobać
jest w nich wszystko co być musi - melancholia
patos liryzm doświadczenie groza
czasem wielki płomień z niego bucha
nad wieloma jednak ciąży duch sztambucha

 

Chodasiewicz pisał także prozą - żal się Boże

o dzieciństwie a to było nawet ładnie

lecz przykładał się przesadnie do zagadnień

Swedenborga godził z Heglem i czort wi co

był jak student który czyta w kółko parę książek niedokładnie

 

Był z natury emigrantem tak jak ktoś
rodzi się powiedzmy draniem świętym lub artysta

sam szaraczek drugostolny miał krewnego

ten z kolei był baronem lub kimś koło tego

mówił tedy o nim Chodasiewicz bardzo ciepło

i podziwiał jego fumy jego skłonność do zadumy

że tak tworzył po francusku żył w Paryżu miał kochanki

 

Emigracja jako forma egzystencji rzecz ciekawa
bez przyjaciół i bez krewnych pod namiotem
żyć bez sankcji obowiązków każdy przyzna
ze na barkach ciąży nam ojczyzna
mroczne dzieje atawizmy rozpacz

znacznie lepiej w lustrach żyć bez trwogi

Mereżkowski gada przez sen Zinaida pokazuje ładne nogi

 

            Wreszcie umarł Chodasiewicz w jakimś stanie Oregonie
            za górami za lasami całkiem umarł
            i ogarnął jego ciało silne wielki tuman

 

            jego rechot rymowany zza obłoków

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

                                                                               Pamięci Władysława Walczykiewicza

 

Pan Cogito na zadany temat:

"Przyjaciele odchodzą"

 

            1

Pan Cogito

szczycił się w młodości

niebywałym bogactwem

przyjaciół

 

jedni za górami

zamożni w talenty i dobra

inni

jak najwierniejszy Władysław

biedni jak mysz kościelna

 

ale wszyscy

co się zowie

przyjaciele

 

wspólne gusta

ideały

bliźniacze charaktery

 

i wówczas

w zamierzchłych czasach

szczęśliwej krwawej młodości

Pan Cogito

miał prawo sądzić

że list z czarną obwódką

donoszący o jego zgonie

dotknie ich

do żywego

 

przyjadą

z różnych stron

staromodni jak z kalendarza

ubrani

w sztywny smutek

 

pójdą

z nim

ścieżką

wysypaną kamieniami

pośród

cyprysów

bukszpanów

sosen

 

i rzucą na pryzmę

mokrego piasku

wiązankę kwiatów

 

            2

 

z nieubłaganym

biegiem lat

 

liczba przyjaciół

topniała

 

odchodzili

parami

grupowo

pojedynczo

 

jedni bledli jak opłatek

tracili ziemskie wymiary

i gwałtownie

lub wolno

emigrowali

w błękity

 

inni

wybrali mapy

szybkiej nawigacji

wybrali bezpieczne porty

i odtąd

Pan Cogito

stracił ich

z pola widzenia

 

Pan Cogito

nie wini za to nikogo

 

zrozumiał że tak musi być

naturalna kolej rzeczy

 

(od siebie mógłby dodać

że zanik trwałych uczuć

surowa historia

konieczność jasnych wyborów

decydowały

o rozwodach przyjaźni)

 

Pan Cogito

nie sarka

nie narzeka

nie wini nikogo

 

zrobiło się trochę

pustawo

 

Ale za to jaśniej

 

            3

Pan Cogito

pogodził się łatwo

z odejściem wielu przyjaciół

 

jakby to było

naturalne prawo

obumierania

 

zostało jeszcze kilkoro

sprawdzonych przez ogień i wodę

 

z tymi którzy odeszli

na zawsze

poza mury Cesarstwa Empirii

utrzymuje stosunki żywe

i niezmiernie dobre

 

stoją za jego plecami

obserwują go bacznie

bezwzględni ale życzliwi

 

gdyby ich zabrakło

Pan Cogito

spadłby

na dno

opuszczenia

 

stanowią jakby tło

i z tego żywego tła

Pan Cogito

wysuwa się o pół kroku

nie więcej niż pół kroku

 

w religii jest na to termin

obcowanie świętych

 

Pan Cogito

daleki od świętości

dotrzymuje kroku

nieruchomym

 

a oni są jak chór

 

na tle tego chóru

Pan Cogito

nuci

swoją arię

pożegnalną

 

                                                                                 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

                                                                                                            Zbigniewowi Zapasiewiczowi

 

Kalendarze Pana Cogito

 

            1

Pan Cogito

przegląda czasem

swoje stare kieszonkowe

kalendarze

 

i wtedy odjeżdża

jak na białym parostatku

w czas przeszły dokonany

 

na samą granicę horyzontu

własnej niepojętej istoty

 

            widzi siebie

            w daleki tle

            ciemnego obrazu

 

            Pan Cogito

            doznaje uczucia

            jakby spotkał

 

            kogoś dawno zmarłego

            lub niedyskretnie czytał

            cudze pamiętniki

 

            stwierdza bez satysfakcji

            żelazną konieczność obrotów ziemi

            następstwo pór roku

            nieubłagane tykanie zegarów

 

            i znikliwa

            przerywistą linię

            własnej egzystencji

           

            owego pamiętnego dnia

            (imieniny ukochanej)

            słońce wstało dokładnie

            szósta trzydzieści pięć

            zaszło o ósmej dwadzieścia jeden

 

            natomiast wspomnienie

            panny

            jest mgliste      

            imię zaledwie

            kolor oczu

            piegi

            drobne ręce

            śmiech

            nie zawsze sensowny

 

            kalendarz informuje dokładnie

            że księżyc był w nowiu

            i tak było na pewno

 

            ale czy o n a była i on

            i ogród i czereśnie

 

            2

 

Niepokój budzą w Panu Cogito

zapiski osobiste

 

Hala.

Spotkanie z Leopoldem.

Złożyć podanie o paszport.

 

ale schodząc głębiej

w zakamarkach jaźni

Pan Cogito

odkrywa miesiące

nie zapisane

żadną notatką

choćby tak banalną

jak - oddać bieliznę do prania

 - kupić szczypiorek

 

żadnego znaku

żadnego numeru telefonu

żadnego adresu

 

Pan Cogito

wie co znaczy

złowróżbna

cisza

 

zna dobrze

ciężar

 

ślepych

wyblakłych

kartek

 

mógłby zniszczyć tę pustkę

zapisać byle czym

 

Pan Cogito

troskliwie przechowuje

szarobłękitne kalendarze

 

- jak łuski wystrzelonych nabojów

 

- wykres absurdalnej choroby

 

- jak pamiętnik pogromu

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Achilles. Pentesilea

 

Kiedy Achilles przebił krótkim mieczem pierś Pentesilei, obrócił - jak należy - trzykrotnie narzędzie w ranie, zobaczył -

w nagłym olśnieniu - że królowa Amazonek jest piękna. Ułożył ja troskliwie na piasku, zdjął ciężki chełm, rozpuścił włosy

i delikatnie ułożył ręce na piersi. Nie miał jednak odwagi zamknąć  jej oczu.

Spojrzał na nią, raz jeszcze, pożegnalnym wzrokiem i jakby przymuszony obcą siłą, zapłakał - tak jak ani on sam, ani inni bohaterowie tej wojny nie płakali - głosem cichym i zaklinającym, niskopiennym i bezradnym, w którym powracała skarga i nie znana synowi Tetydy - kadencja skruchy. Na szyję, piersi, kolana Pentesilei padały jak liście rozciągnięte samogłoski tego trenu i owijały się wzdłuż jej stygnącego ciała.

Ona sama gotowała się do Wiecznych Łowów w niepojętych lasach. Jej nie zamknięte jeszcze oczy patrzyły z daleka na zwycięzcę z upartą, błękitną - nienawiścią

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Czarnofigurowe dzieło Eksekiasa

 

Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino

Ku jakim wyspom wędruje pod znakiem winorośli

Spity winem nic nie wie - więc my także nie wiemy

Dokąd płynie prądami z pnia bukowego łódź lotna

 

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

Do Czesława Miłosza

 

1

Nad Zatoką San Francisco-światła gwiazd

rankiem mgła która dzieli świat na dwie części

i nie wiadomo która lepsza ważniejsza a która jest gorsza

nawet szeptem pomyśleć nie wolno że obie są jednakowe

 

2

 

Aniołowie schodzą z nieba

Alleluja

kiedy stawia

swoje pochyłe

rozrzedzone w błękicie

litery

 

Powrót do spisu wierszy

 

 

 

 

Rovigo

 

STACJA ROVIGO. Niejasne skojarzenia. Dramat Goethego

albo coś z Byrona. Przejeżdżałem przez Rovigo

n razy i właśnie po raz n-ty zrozumiałem

że w mojej geografii wewnętrznej jest to osobliwe

miejsce chociaż na pewno ustępuje miejsca

Florencji.  Nigdy nie dotknąłem go żywą stopa

i Rovigo zawsze przybliżało się lub uciekało w tył

 

Żyłem wówczas miłością do Altichiera

z Oratorium San Giorgio w Padwie i do Ferrary

którą kochałem bowiem przypominała moje

zrabowane miasto ojców. Żyłem rozpięty

między przeszłością a chwilą obecną

ukrzyżowany wielokrotnie przez miejsce i czas

 

A jednak szczęśliwy ufający mocno

że ofiara nie pójdzie na marne

 

Rovigo nie odznaczało się niczym szczególnym było

arcydziełem przeciętności proste ulice nieładne domy

tylko przed albo za miastem (zależnie od ruchu pociągu)

wyrastała nagle z równiny góra-przeciętna czerwonym kamieniołomem

podobna do świątecznej szynki obłożonej jałmużnem

poza tym nic by się bawiło smuciło zastanawiało oko

 

A przecież było to miasto z krwi i kamienia-takie jak inne

miasto w którym ktoś wczoraj umarł ktoś oszalał

ktoś całą noc beznadziejnie kaszlał

 

A ASYŚCIE JAKICH DZWONÓW ZJAWIASZ SIĘ ROVIGO

 

zredukowane do stacji do przecinka do przekreślonej litery

nic tylko stacja- arrivi – partenze

 

i dlaczego myślę o tobie Rovigo Rovigo

 

 

Powrót do spisu wierszy