Do Henryka Elzenberga w stulecie Jego urodzin
Kim stałbym się gdybym Cię nie spotkał - mój Mistrzu Henryku
Do którego po raz pierwszy zwracam się po imieniu
Z pietyzmem czcią jaka należy się - Wysokim Cieniom
Byłbym do końca życia śmiesznym chłopcem
Który szuka
Zdyszanym małomównym zawstydzonym własnym istnieniem
Chłopcem który nie wie
Żyliśmy w czasach które zaiste były opowieścią idioty
Pełną hałasu i zbrodni
Twoja surowa łagodność delikatna siła
Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień
Cierpliwy obojętny i czuły zarazem
Krążyli wokół Ciebie sofisci i ci którzy myślą młotem
Dialektyczni szalbierze wyznawcy nicości - patrzyłeś na nich
Przez lekko załzawione okulary
Wzrokiem który wybacza i nie powinien wybaczyć
Przez cale życie nie mogłem wydobyć z siebie słowa dziękczynienia
Jeszcze na łożu śmierci - tak mi mówiono - czekałeś na glos ucznia
Którego w mieście sztucznych świateł nad Sekwana
Dobijały okrutne niańki
Ale Prawo Tablice Zakon - trwa
Niech pochwaleni będą Twoi przodkowie
I ci nieliczni którzy Ciebie kochali
Niech pochwalone będą Twoje księgi
Szczupłe
Promieniste
Trwalsze od spiżu
Niech pochwalona będzie Twoja kołysanka

Ryszardowi Przybylskiemu
Ta książka łagodnie mnie napomina nie pozwala
abym zbyt szybko biegł w takt toczącej się frazy
każe wrócić do początku wciąż zaczynać od nowa
Od pół wieku tkwię po uszy w Księdze pierwszej rozdział trzeci wers VII
i słyszę głos: nigdy nie poznasz księgi dokładnie
powtarzam literę po literze - ale mój zapał często gaśnie
Cierpliwy głos poucza:
najgorszą rzeczą w sprawach ducha jest pośpiech
i jednocześnie pociesza: masz lata przed sobą
Mówi: zapomnij że czeka ciebie jeszcze dużo stronic
tomów łez bibliotek czytaj dokładnie rozdział trzeci
w nim bowiem jest klucz i przepaść początek i koniec
Mówi: nie żałuj oczu świec inkaustu przepisuj starannie
werset za wersetem a kopiuj ściśle jakbyś odbijał w lustrze
słowa niezrozumiałe wyblakłe o trojakim znaczeniu
Myślę że nie jestem ani zdolny ani dość cierpliwy
bracie moi są bieglejsi w sztuce
słyszę ich drwiny nad głową widzę szydercze spojrzenia
o późnym zimowym świcie - kiedy zaczynam od nowa

Nie najlepiej urządził sobie życie niejaki Eric Blair
na wszystkich zdjęciach twarz jego niecodziennie smutna.
Lichy uczeń Eton - Oxford - potem służba w koloniach
gdzie zmniejszył liczbę słoni o jednego słonia.
Asystował przy wieszaniu niesfornych Birmańczyków
opisał to dokładnie. Potem wojna w Hiszpanii w szeregach anarchów.
Jest takie zdjęcie: bojowcy przed brakiem Lenina
w głębi obrazu on - nadmiernie wysoki i całkiem samotny.
Nie ma niestety jego fotografii z okresu studiów nad nędzą
w Paryżu i Londynie. Luka przez którą można się czegoś domyśleć.
A wreszcie późna sława ba nawet zamożność:
widzimy go z psem i wnukiem. Dwie jego ładne żony
dom wiejski w Banhil gdzie leży pod kamieniem.
Ani jednego zdjęcia z wakacji - tenisówki jacht w słońcu
nawoływania zabawy. Dobrze. Na szczęście nie ma jego fotografii
ze szpitala. Łóżko. Biała flaga ręcznika
przy krwawiących ustach. On jednak nigdy się nie podda.
I idzie jak wahadło cierpliwy cierpiący
na pewne spotkanie.

Byłem chłopcem cichym trochę sennym - i o dziwo -
inaczej niż moi rówieśnicy - rozmiłowani w moich przygodach -
na nic nie czekałem - nie wyglądałem przez okno
W szkole - pracowity raczej niż zdolny posłuszny bez problemów
Potem normalne życie w stopniu referenta
ranne wstawanie ulica tramwaj biuro znów tramwaj dom sen
Nie wiem naprawdę nie wiem skąd to zmęczenie niepokój udręka
zawsze i nawet teraz - kiedy mam prawo odpocząć
Wiem nie zaszedłem daleko - niczego nie dokonałem
zbierałem znaczki pocztowe zioła lecznicze nieźle grałem w szachy
Raz byłem za granicą - na wczasach - nad Morzem Czarnym
na zdjęciu słomkowy kapelusz twarz ogorzała - prawie szczęśliwy
Czytałem to co pod ręką: o socjalizmie naukowym
o lotach kosmicznych maszynach myślących
i to co lubiłem najbardziej książki o życiu pszczół
Tak jak inni chciałem wiedzieć co się stanie ze mną po śmierci
czy dostanę nowe mieszkanie i czy życie ma sens
A nade wszystko jak odróżnić dobro od tego co złe
wiedzieć na pewno co białe a co całkiem czarne
Ktoś mi polecił dzieło klasyka - jak mówił -
zmieniło ono jego życie i życie milionów ludzi
Przeczytałem - nie zmieniłem się - wstyd wyznać -
zapomniałem doszczętnie jak się nazywał klasyk
Może nie żyłem - tylko trwałem - wrzucony bez mojej woli
w coś - nad czym trudno panować i nie sposób pojąć
jak cień na ścianie
więc nie było to życie
życie całą gębą
Jak mogłem wytłumaczyć żonie a także innym
że wszystkie moje siły
wytężałem żeby nie zrobić głupstwa nie ulegać podszeptom
nie bratać się z silniejszym
To prawda - byłem wiecznie blady. Przeciętny. W szkole wojsku
biurze we własnym domu i na wieczorkach tanecznych.
Leżę teraz w szpitalu i umieram na starość.
Tu także ten sam niepokój udręka.
Gdybym się drugi raz urodził może byłbym lepszy.
Budzę się w nocy spocony. Patrzę w sufit. Cisza.
I znów - raz jeszcze - zmęczoną do szpiku kości ręką
odganiam złe duchy i przywołuje dobre.

(Na Kongres Pokoju)
W jaskiniach nocy
na konarach
grubych jak uzbrojone ręce
dojrzewa owoc
który miażdży
sen
śpiących cicho pod drzewami
sen jasnowłosych i bezbronnych
Owoc kołysze się pęcznieje
alarmem metalowym dźwięczy
sinieje jak twarz nienawiści
Za chwilę uschnie gruba gałąź
i owoc stoczy się dojrzały
na niedojrzałych jasne głowy
Poeta strażnik tych co śpią
zauroczony przez noc grozy
drży i zaciska w drżących rękach
malutką trąbkę Eustachego
na której można wygrać
ranną pobudkę dla komarów

W sukni sinej jak skała - Charlotte'a - słomkowy kapelusz
dwie wstążki mocno zaciśnięte pod brodą - pochyla się nad Maratem
i szybciej niż spadająca gwiazda - wymierza sprawiedliwość
Za ścianą turkot miasta Bębny Rewolucji
A dalej - las - pole - strumień - pierzaste obłoki -
skłony powietrza - dziki łubin - ślaz
I wszystko było normalne w ten dzień nieodwracalny
Sztywno wyprostowana jechała Panna Corday
odziana - jak sąd nakazał - w suknię ojcobójców
pośród wyjących tłumów rzucanych w twarz ogryzków
jechała na stracenie w duszny dzień przez Paryż
pośród złorzeczeń ale jakby w koronie
na krótko obciętych włosach
Należy jej się pomnik lub przynajmniej obelisk
za to że cała była z mitycznych czasów
kiedy autorzy greccy albo rzymscy
i czytelnicy przy lampie oliwnej lub świecy
pakt zawierali i mocno wierzyli
że obrona wolności jest rzeczą chwalebną
Panna Corday po nocach czytała Plutarcha
książki brano na serio

Bez ustanku pracują we mnie ręce moich przodków
wąskie silne kościste ręce nawykłe do prowadzenia wierzchowca
władania mieczem szablą szpadą
- O jaki wzniosły jest spokój - śmiertelnego ciosu
Co chcą powiedzieć ręce moich przodków
oliwkowe ręce z zaświatów
pewnie bym się nie poddał
więc pracują we mnie jak w cieście
z którego ma być ciemny chleb
A co już przekracza moją wyobraźnie
wsadzają mnie szorstko na siodło
a stopy w strzemiona

Marii Oberc
Ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy
szybciej niż w plecy strzał zdradziecki
trafiła serce mściwa rozpacz
pili samogon jedli nędze
tak się starali losom sprostać
już nie zostanie agronomem
"Ciemny" a "Świt" - księgowym
"Marusia" - matką "Grom" - poetą
posiwia śnieg ich młode głowy
nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność
w głębokim śniegu wiecznie konać
przegrali dom swój w białym borze
kędy zawiewa sypki śnieg
nie nam żałować - gryzipiórkom -
i gładzić ich zmierzwioną sierść
ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy

Pamięci kapitana Edwarda Herberta
Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnie
jedyny pomnik na ich grobie
są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychwstać maja ciałem
kiedy są lepka cząstką ziemi
przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgła smoleński las
tylko guziki nieugięte
potężny glos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

Marii Rzepińskiej
1
Białe
podłużne jak greckie lodzie
ostro ścięte od spodu
bez żagli
bez wioseł
kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem je na obrazie Ghirlandaja
sądziłem
ze są tworem wyobraźni
fantazją artysty
ale one istnieją
białe
podłużne
ostro ścięte od spodu
zachód narzuca im kolor
krwi
miedzi
złota
i niebieskiej zieleni
o zmierzchu
posypane
drobnym
fioletowym
piaskiem
suną
bardzo wolno
są prawie nieruchome
2
nie mogłem wybrać
niczego w życiu
według mojej woli
wiedzy
dobrych intencji
ani zawodu
przytułku w historii
systemu który wyjaśnia wszystko
ani także wielu innych rzeczy
dlatego wybrałem miejsca
liczne miejsca postojów
-namioty
-zajazdy na skraju drogi
-azyle dla bezdomnych
-nocowanie sub love
-klasztorne cele
-pensjonaty nad brzegiem morza
pojazdy
jak latające dywany
z baśni Wschodu
przenosiły mnie
z miejsca na miejsce
sennego
zachwyconego
udręczonego pięknem świata
w istocie
była to mordercza wyprawa
splątane drogi
pozorny brak celu
uciekające widnokręgi
a teraz widzę jasno
obłoki nad Ferrarą
białe
podłużne
bez żagli
prawie nieruchome
suną wolno
lecz pewnie
ku nieznanym
wybrzeżom
to w nich
a nie w gwiazdach
rozstrzyga się
los

Na ambonie mówi tłusty pasterz
i cień pada na kościelny mur
a lud boży zasłuchany zapłakany
płoną świece - blaski ikon - milczy chór
płyną słowa nad głowami się unoszą
jak dziwny ma ten kapłan głosu organ
ani żeński ani męski ni anielski
także woda ust płynąca to nie Jordan
bo dla księdza - proszę księdza - to jest wszystko takie proste
Pan Bóg stworzył muchę żeby ptaszek miał co jeść
Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na kościół
prosta ręka - prosta ryba - prosta sieć
może tak należy mówić ludziom cichym ufającym
obiecywać - deszcze łaski - światło - cud
lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni
bądźmy szczerzy - to jest także boży lud
proszę księdza - ja naprawdę Go szukałem
i błądziłem w noc burzliwą pośród skał
piłem piasek jadłem kamień i samotność
tylko Krzyż płonący w górze trwał
i czytałem Ojców Wschodu i Zachodu
opis raju przesłodzony - zapis trwogi -
i sądziłem że z kart książek Znak powstanie
ale milczał - niepojęty Logos
pewnie ksiądz mnie nie pochowa na świętej ziemi
- ziemia jest szeroka zasnę sam
i odejdę w dal - z Żydami odmieńcami
bezszelestnie zwinę życia cały kram
na ambonie mówi w kółko pasterz
mówi do mnie - bracie mówi do mnie - ty
ale ja naprawdę chcę się tylko zastrzec
że go nie znam i że smutno mi

Widokówka od Adama Zagajewskiego
Dziękuje tobie Adamie za kartkę z Fryburga
na której Anioł w komeżce ze śniegu
wielką trąbą obwieszcza natarcie
ohydnych bloków mieszkalnych
Przekroczyły horyzont zbliżają się nieuchronnie
aby zdobyć twoją i moją katedrę
Ohydne bloki mieszkalne z Czernobyla Nowej Huty Düsseldorfu
Wyobrażam sobie dokładnie co robisz w tej chwili -
czytasz garstce wyznawców bo są jeszcze wyznawcy.
"Das war sehr schón, Herr Zagajewski." "Wirklich sehr schön."
"Danke." "Nichts za danken." "Das war wirklich sehr schön."
No widzisz wbrew temu co wydumał tragiczny Adorno
Komiczna sytuacja bo zamiast drzewo mówisz der Baum
zamiast obłoki - die Wolken i die Sonne - zamiast słońce
i to jest konieczne by trwało niepewne przymierze
karkołomne metamorfozy dźwięków aby ocalić obrazy
A więc jesteś w Fryburgu ja też niegdyś tam byłem
aby zarobić łatwo na papier i chleb
Pod cynicznym sercem nosiłem naiwne złudzenie
że jestem Apostołem w podróży służbowej
Tej garstce która nas słucha należy się piękno
ale także prawda
to znaczy - groza
aby byli odważni
gdy nadejdzie chwila
Anioł w komeżce pierwszego śniegu jest naprawdę Aniołem Zagłady
podnosi trąbę do ust przywołuje pożar
na nic nasze zaklęcie modlitwy talizmany różańce
Oto zbliża się chwila ostateczna
podniesienie
ofiara
chwila którą rozdzieli
i wstąpimy osobno w roztopione niebo

Nie wiadomo czy z mięsa czy z pierza
ku czemu to wszystko zmierza
Mitteleuropa
niby świeci i gaśnie
zupełnie jakby z baśni
Ezopa
Znalazł się cesarz oto
niejaki Habsburg Otto
całkiem porządny człowiek
są jeszcze w zapasie Bourboni
lecz serio mówiąc oni
nie całkiem ten-tego
Wiec ludzi gniewa lub cieszy
ta igraszka dla rzeszy
nagle wyjście w potrzebie
pojawia się nad widnokręgiem
sunie niebieskim kręgiem
jakby księżyc po niebie
Niech jeszcze trochę poświeci
kolorowa zabawka dzieci
sen nostalgiczny staruszków
lecz mówiąc całkiem szczerze
ja w to wszystko nie wierze
(i zwierzam wam się na uszko)

W gruncie rzeczy nie ma czego żałować
wiesz o tym dobrze Piotrze
nie mówię tego do Ciebie ale przez Ciebie do innych
przez pół wieku znałeś lepiej moje myśli
niż ja sam
tłumaczyłeś je cierpliwie
przy ulicy Čika Ljubina
w białym Grodzie
nad rzeką która znów krwawi
rozmawialiśmy długo
przez Alpy Karpaty Dolomity
a teraz na starość
układam xenie
i to jest xenia dla Ciebie
słyszałem starca który recytował Homera
znałem ludzi wygnanych jak Dante
w teatrze widziałem wszystkie sztuki Szekspira
udało mi się
można powiedzieć w czepku urodzony
wytłumacz to innym
miałem wspaniałe życie
cierpiałem

Janowi Adamskiemu
- Dzieci do środka -
woła
magister psychologii
rozwojowej Dinozaurów
i już posłuszne dzieci
zielone jak wiosenna sałata
stają posłusznie w szeregu
trzymając się za spocone łapki
a po obu stronach
kroczą krzepcy kuzynowie
ze szkoły podchorążych
rozłożyste jak baobab matki
trzypiętrowe ciotki
i markotni ojcowie
których jedynym zajęciem
jest monotonne
przedłużanie gatunku
na przodzie
kroczy
Pierwszy Sekretarz
założyciel szkoły
Socjalizmu Naiwnego
doktor habilitowany
kambryjskiej Sorbony
za chwilę
wejdą na polanę
i Pierwszy Sekretarz
wygłosi programowy odczyt
o zaletach wzajemnej pomocy
widok zaprawdę kojący
nad całą gromadą
powiewa
zielony sztandar łagodności
boska równowaga środowiska
dostatek tlenu
rozsądna proporcja azotu
ciut-ciut helu
spacer trwa i trwa
miliony lat
ale oto
na scenę
wchodzi
prawdziwy
potwór
Dinozaur z ludzką twarzą
idea
błyskawicznie
wciela się
w rzeczywistą zbrodnie
i całą idyllę
kończy
ponura jatka

Bo ty jesteś król a ja tylko książę
bez ziemi z ludem który mi ufa błądzę po nocy
bezsenny
A ty jesteś król i patrzysz na mnie z przyjaźnią
i obawą - jak długo mogę tułać się
po świecie
- Długo Yehudo Do końca
Nawet gesty mamy inne - gest łaski gest pogardy
gest zrozumienia
- O nic ciebie nie proszę oprócz zrozumienia
Zasypiam przy ognisku z pięścią pod głową
gdy noc się dopala psy wyją i po górach chodzą
straże

Kiedy byłem bardzo chory opuścił mnie wstyd
bez sprzeciwu odsłaniałem obcym rękom wydawałem obcym oczom
biedne tajemnice mego ciała
Wkraczali mnie ostro powiększając poniżenie
Mój profesor medycyny sądowej staruszek Mancewicz
kiedy wyławiał z sadzawki formaliny zwłoki samobójcy
schylał się nad nim jakby chciał go przeprosić
a potem sprawnym ruchem otwierał wspaniały torax
zamilkłą bazylikę oddechu
delikatnie prawie czule
Dlatego - wierny zmarłym szanujący popiół - rozumiem
gniew księżniczki greckiej jej zaciekły opór
miała rację - brat zasłużył na godny pochówek
całun ziemi troskliwie zasunięty
na oczy

Nie zapomnę was nigdy panny damy - przelotne -
nagle dojrzane w tłumie na schodach bazarze w labiryncie metra
z okien pojazdów
- jak letnie błyskawice - zapowiedź pogody
- jak krajobraz upiększony odbiciem w jeziorze
- jak zjawisko w lustrze
na zaślubinach tego co jest
i tego co zaledwie przeczute
- na balu
kiedy orkiestra gaśnie
a świt stawia w oknach
nie zapalone świece
Nie zapomnę was nigdy - czyste źródło radości - żyłem także
dzięki waszym sarnim oczom - ustom nie moim
smagłym rękom które przebierały pieszczotliwie srebrne ryby
Ciebie mała panienko z Antyli pamiętam chyba najlepiej
widziana raz jeden chez le marchand des journeaux
patrzyłem oniemiały wstrzymałem oddech - aby nie spłoszyć
i przez chwilę myślałem - że idąc z tobą
odmienilibyśmy świat
Nie zapomnę was nigdy -
zdziwiony ruch powiek
nieopisany skłon głowy
gniazdo dłoni
powtarzam w wiernej pamięci
niezmienne mistyczne twarze bez imienia
i różę
w czarnych
włosach

Pamięci Leopolda Trymanda
Zwierciadło wędruje po gościńcu
1
Mówią-
że sztuka jest zwierciadłem
które przechadza się po gościńcu
odbija wiernie realność
to niesamowite dwunożne lustro
znamy wiec dobrze spelunki Apulejusza
średniowieczny Londyn
bezdroża Don Kiszota
podróże sentymentalne
i podróże w głąb dżungli
czasem sztuka odbija miraże
zorzę polarną
ekstazy nawiedzonych
uczty bogów
otchłanie
zmaga się z historia
ze zmiennym powodzeniem
stara się ją oswoić
nadać ludzki sens
stąd balety
orkiestry
obrazy jak żywe
powieści różnorakie
wiersze
w ciężkich złoconych ramach
krwawi cynobrem Leonidas
chór w operze Beethovena
śpiewa przekonywająco o wolności
ranny pod Borodino Książę
nie chce upaść
na ziemię
sztuka stara się uszlachetnić
podnieść na wyższy poziom
wyśpiewać odtańczyć zagadać
zetlałą materię ludzką
zrudziałe cierpienie
2
oto balet
Swietłana sur le point
unosi się w powietrze
i długo trwa jak obłok z tiulu
na westchnieniach zachwytu
wszystko to w pałacu zimowym
dawnej kaźni cyrku
gdzie wczoraj czarno było
od ludzi zwołanych na zagładę
balet na lodzie -
wieczne powroty
koło otwiera się
zamyka
klasyczny duet ofiary z oprawcą
ostatnia z Romanowych
tańczy z przystojnym czekistą
cyrk -
dzwonki
dno powietrza
żongler Nieizwiestnyj
w stałym repertuarze
właśnie wchodzą
bestie (apolityczne)
publiczność bije brawo
jak zwykle ze strachu
i że to - niemożliwe
lwy morskie najwyraźniej się nudzą
trochę ludzkiego ciepła wnoszą niedźwiedzie polarne

Mój znajomy z antologii rymujących Słowian
(nie pamiętam jego wierszy lecz pamiętam ze była tam wilgoć)
swego czasu nawet sławny a za sława umiał się uwijać
nic w tym złego ale jak była jego entelechia
odpowiemy był hybryda w której wszystko się telepie
duch i ciało góra z dołem raz marksista raz katolik
chłop i baba a w dodatku pól Rosjanin a pól Polak
Na początku i na końcu jego sztuki jest zdziwienie
ze urodził się ze zaistniał Chodasiewicz pod gwiazdami
gorzej było już z innymi zdziwieniami
z tożsamością ze wspólnota z korzeniami
sam nie wiedział kim był - Chodasiewicz
i przez wszechświat od narodzin aż do zgonu
na wzburzonej fali płynął na kształt glonu
Pisał wiersze Chodasiewicz raz przepiękne a raz złe
te ostatnie także mogą się podobać
jest w nich wszystko co być musi - melancholia
patos liryzm doświadczenie groza
czasem wielki płomień z niego bucha
nad wieloma jednak ciąży duch sztambucha
Chodasiewicz pisał także prozą - żal się Boże
o dzieciństwie a to było nawet ładnie
lecz przykładał się przesadnie do zagadnień
Swedenborga godził z Heglem i czort wi co
był jak student który czyta w kółko parę książek niedokładnie
Był z natury emigrantem tak jak ktoś
rodzi się powiedzmy draniem świętym lub artysta
sam szaraczek drugostolny miał krewnego
ten z kolei był baronem lub kimś koło tego
mówił tedy o nim Chodasiewicz bardzo ciepło
i podziwiał jego fumy jego skłonność do zadumy
że tak tworzył po francusku żył w Paryżu miał kochanki
Emigracja jako forma egzystencji rzecz ciekawa
bez przyjaciół i bez krewnych pod namiotem
żyć bez sankcji obowiązków każdy przyzna
ze na barkach ciąży nam ojczyzna
mroczne dzieje atawizmy rozpacz
znacznie lepiej w lustrach żyć bez trwogi
Mereżkowski gada przez sen Zinaida pokazuje ładne nogi
Wreszcie umarł Chodasiewicz w jakimś
stanie Oregonie
za górami za lasami całkiem umarł
i ogarnął jego ciało silne wielki tuman
jego rechot rymowany zza obłoków

Pamięci Władysława Walczykiewicza
"Przyjaciele odchodzą"
1
Pan Cogito
szczycił się w młodości
niebywałym bogactwem
przyjaciół
jedni za górami
zamożni w talenty i dobra
inni
jak najwierniejszy Władysław
biedni jak mysz kościelna
ale wszyscy
co się zowie
przyjaciele
wspólne gusta
ideały
bliźniacze charaktery
i wówczas
w zamierzchłych czasach
szczęśliwej krwawej młodości
Pan Cogito
miał prawo sądzić
że list z czarną obwódką
donoszący o jego zgonie
dotknie ich
do żywego
przyjadą
z różnych stron
staromodni jak z kalendarza
ubrani
w sztywny smutek
pójdą
z nim
ścieżką
wysypaną kamieniami
pośród
cyprysów
bukszpanów
sosen
i rzucą na pryzmę
mokrego piasku
wiązankę kwiatów
2
z nieubłaganym
biegiem lat
liczba przyjaciół
topniała
odchodzili
parami
grupowo
pojedynczo
jedni bledli jak opłatek
tracili ziemskie wymiary
i gwałtownie
lub wolno
emigrowali
w błękity
inni
wybrali mapy
szybkiej nawigacji
wybrali bezpieczne porty
i odtąd
Pan Cogito
stracił ich
z pola widzenia
Pan Cogito
nie wini za to nikogo
zrozumiał że tak musi być
naturalna kolej rzeczy
(od siebie mógłby dodać
że zanik trwałych uczuć
surowa historia
konieczność jasnych wyborów
decydowały
o rozwodach przyjaźni)
Pan Cogito
nie sarka
nie narzeka
nie wini nikogo
zrobiło się trochę
pustawo
Ale za to jaśniej
3
Pan Cogito
pogodził się łatwo
z odejściem wielu przyjaciół
jakby to było
naturalne prawo
obumierania
zostało jeszcze kilkoro
sprawdzonych przez ogień i wodę
z tymi którzy odeszli
na zawsze
poza mury Cesarstwa Empirii
utrzymuje stosunki żywe
i niezmiernie dobre
stoją za jego plecami
obserwują go bacznie
bezwzględni ale życzliwi
gdyby ich zabrakło
Pan Cogito
spadłby
na dno
opuszczenia
stanowią jakby tło
i z tego żywego tła
Pan Cogito
wysuwa się o pół kroku
nie więcej niż pół kroku
w religii jest na to termin
obcowanie świętych
Pan Cogito
daleki od świętości
dotrzymuje kroku
nieruchomym
a oni są jak chór
na tle tego chóru
Pan Cogito
nuci
swoją arię
pożegnalną

Zbigniewowi Zapasiewiczowi
1
Pan Cogito
przegląda czasem
swoje stare kieszonkowe
kalendarze
i wtedy odjeżdża
jak na białym parostatku
w czas przeszły dokonany
na samą granicę horyzontu
własnej niepojętej istoty
widzi siebie
w daleki tle
ciemnego obrazu
Pan Cogito
doznaje uczucia
jakby spotkał
kogoś dawno zmarłego
lub niedyskretnie czytał
cudze pamiętniki
stwierdza bez satysfakcji
żelazną konieczność obrotów ziemi
następstwo pór roku
nieubłagane tykanie zegarów
i znikliwa
przerywistą linię
własnej egzystencji
owego pamiętnego dnia
(imieniny ukochanej)
słońce wstało dokładnie
szósta trzydzieści pięć
zaszło o ósmej dwadzieścia jeden
natomiast wspomnienie
panny
jest mgliste
imię zaledwie
kolor oczu
piegi
drobne ręce
śmiech
nie zawsze sensowny
kalendarz informuje dokładnie
że księżyc był w nowiu
i tak było na pewno
ale czy o n a była i on
i ogród i czereśnie
2
Niepokój budzą w Panu Cogito
zapiski osobiste
Hala.
Spotkanie z Leopoldem.
Złożyć podanie o paszport.
ale schodząc głębiej
w zakamarkach jaźni
Pan Cogito
odkrywa miesiące
nie zapisane
żadną notatką
choćby tak banalną
jak - oddać bieliznę do prania
- kupić szczypiorek
żadnego znaku
żadnego numeru telefonu
żadnego adresu
Pan Cogito
wie co znaczy
złowróżbna
cisza
zna dobrze
ciężar
ślepych
wyblakłych
kartek
mógłby zniszczyć tę pustkę
zapisać byle czym
Pan Cogito
troskliwie przechowuje
szarobłękitne kalendarze
- jak łuski wystrzelonych nabojów
- wykres absurdalnej choroby
- jak pamiętnik pogromu

Kiedy Achilles przebił krótkim mieczem pierś Pentesilei, obrócił - jak należy - trzykrotnie narzędzie w ranie, zobaczył -
w nagłym olśnieniu - że królowa Amazonek jest piękna. Ułożył ja troskliwie na piasku, zdjął ciężki chełm, rozpuścił włosy
i delikatnie ułożył ręce na piersi. Nie miał jednak odwagi zamknąć jej oczu.
Spojrzał na nią, raz jeszcze, pożegnalnym wzrokiem i jakby przymuszony obcą siłą, zapłakał - tak jak ani on sam, ani inni bohaterowie tej wojny nie płakali - głosem cichym i zaklinającym, niskopiennym i bezradnym, w którym powracała skarga i nie znana synowi Tetydy - kadencja skruchy. Na szyję, piersi, kolana Pentesilei padały jak liście rozciągnięte samogłoski tego trenu i owijały się wzdłuż jej stygnącego ciała.
Ona sama gotowała się do Wiecznych Łowów w niepojętych lasach. Jej nie zamknięte jeszcze oczy patrzyły z daleka na zwycięzcę z upartą, błękitną - nienawiścią

Czarnofigurowe dzieło Eksekiasa
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
Ku jakim wyspom wędruje pod znakiem winorośli
Spity winem nic nie wie - więc my także nie wiemy
Dokąd płynie prądami z pnia bukowego łódź lotna

1
Nad Zatoką San Francisco-światła gwiazd
rankiem mgła która dzieli świat na dwie części
i nie wiadomo która lepsza ważniejsza a która jest gorsza
nawet szeptem pomyśleć nie wolno że obie są jednakowe
2
Aniołowie schodzą z nieba
Alleluja
kiedy stawia
swoje pochyłe
rozrzedzone w błękicie
litery

STACJA ROVIGO. Niejasne skojarzenia. Dramat Goethego
albo coś z Byrona. Przejeżdżałem przez Rovigo
n razy i właśnie po raz n-ty zrozumiałem
że w mojej geografii wewnętrznej jest to osobliwe
miejsce chociaż na pewno ustępuje miejsca
Florencji. Nigdy nie dotknąłem go żywą stopa
i Rovigo zawsze przybliżało się lub uciekało w tył
Żyłem wówczas miłością do Altichiera
z Oratorium San Giorgio w Padwie i do Ferrary
którą kochałem bowiem przypominała moje
zrabowane miasto ojców. Żyłem rozpięty
między przeszłością a chwilą obecną
ukrzyżowany wielokrotnie przez miejsce i czas
A jednak szczęśliwy ufający mocno
że ofiara nie pójdzie na marne
Rovigo nie odznaczało się niczym szczególnym było
arcydziełem przeciętności proste ulice nieładne domy
tylko przed albo za miastem (zależnie od ruchu pociągu)
wyrastała nagle z równiny góra-przeciętna czerwonym kamieniołomem
podobna do świątecznej szynki obłożonej jałmużnem
poza tym nic by się bawiło smuciło zastanawiało oko
A przecież było to miasto z krwi i kamienia-takie jak inne
miasto w którym ktoś wczoraj umarł ktoś oszalał
ktoś całą noc beznadziejnie kaszlał
A ASYŚCIE JAKICH DZWONÓW ZJAWIASZ SIĘ ROVIGO
zredukowane do stacji do przecinka do przekreślonej litery
nic tylko stacja- arrivi partenze
i dlaczego myślę o tobie Rovigo Rovigo
