Struna światła

 

 

Spis wierszy

Dwie krople

Dom

Pożegnanie września

Trzy wiersze z pamięci

Poległym poetom

Białe oczy

Czerwona chmura

Napis

Mój ojciec

Do Apollina

Do Ateny

O Troi

Do Marka Aurelego

Kapłan

O róży

Architektura

Struna

Zobacz

Cmentarz warszawski

Testament

Las Ardeński

Mama

Drży i faluje

Uprawa filozofii

*** (Pryśnie klepsydra)

Wersety panteisty

Kłopoty małego stwórcy

Ballada o tym że nie giniemy

Stołek

Zimowy ogród

Ołtarz

Wawel

Przypowieść o królu Midasie

Fragment wazy greckiej

Nike która się waha

Wróżenie

Dedal i Ikar

Sól ziemi

Arijon

 

 

 

 

Dwie krople

 

Lasy płonęły –

a oni

na szyjach splatali ręce

jak bukiety róż

 

ludzie zbiegali do schronów –

on mówił że żona ma włosy

w których się można ukryć

 

okryci jednym kocem

szeptali słowa bezwstydne

litanię zakochanych

 

Gdy było bardzo źle

skakali w oczy naprzeciw

i zamykali je mocno

 

tak mocno że nie poczuli ognia

który dochodził do rzęs

 

do końca byli mężni

do końca byli wierni

do końca byli podobni

jak dwie krople

zatrzymane na skraju twarzy

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

Dom

 

Dom nad porami roku

dom dzieci zwierząt i jabłek

kwadrat pustej przestrzeni

pod nieobecną gwiazdą

 

dom był lunetą dzieciństwa

dom był skórą wzruszenia

policzkiem siostry

gałęzią drzewa

 

policzek zdmuchną płomień

gałąź przekreślił pocisk

nad spiskiem popiołem gniazda

piosenka bezdomnej piechoty

 

dom jest sześcianem dzieciństwa

dom jest kostką wzruszenia

 

skrzydło spalonej siostry

 

liść umarłego drzewa

 

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pożegnanie września

 

Dnie były amarantowe

błyszczące jak lanca ułańska

 

śpiewano w megafonach

anachroniczna piosenkę

o Polkach i bagnetach

 

tenor ciął jak szpicrutą

i po każdej zwrotce

ogłaszano listę żywych torped

 

które notabene

przez sześć lat wojny

szmuglowały słoninę

żałosne nie wypały

 

wódz podnosił brwi

jak buławę

skandował: ani guzika

 

śmiały się guziki:

nie damy nie damy chłopców

płasko przyszytych do wrzosowisk

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

Trzy wiersze z pamięci

 

I

Nie mogę trafić na tytuł

wspomnienia o Tobie

ręką wyprutą z ciemności

stąpam po śladach twarzy

 

miękkie przyjazne profile

zamarzły w twardy kontur

 

  krąży nad moją głowa

  pustą jak czoło powietrza

  sylwetka człowieka z czarnego papieru

 

II

żyjąc – pomimo

żyjąc – przeciw

wyrzucam sobie grzech niepamięci

 

uścisk zostawiliście jak zbyteczny sweter

wzrok jak pytanie

 

dłonie nasze nie przekażą waszych dłoni

trwonimy je dotykając pospolitych rzeczy

 

oczy odbija pytanie

spokojne jak lusterko

nie spleśniałe oddechem

 

co dzień odmawiam spojrzenie

co dzień narasta mój dotyk

łaskotany bliskością tylu rzeczy

 

życie bulgoce jak krew

Cienie tają łagodnie

nie dajemy zginąć poległym –

 

pamięć przekaże chyba obłok –

wytarty profil rzymskich monet

 

III

kobiety z naszej ulicy

były zwykłe i dobre

nosiły cierpliwie z placów

jarzyn pożywne bukiety

 

dzieci z naszej ulicy

utrapienie kotów

 

gołębie –

  szaro-łagodne

 

w parku był pomnik Poety

dzieci toczyły obręcze

i kolorowy krzyk

ptaki siadały na ręce

czytały jego milczenie

 

żony w letnie wieczory cierpliwie czekały na usta

pachnące znajomym tytoniem

 

  kobiety nie mogły dzieciom

  odpowiedzieć: czy wróci

  gdy zachodziło miasto

  gasiły ogień rękami

  przytkniętymi do oczu

 

  dzieci z naszej ulicy

  śmierć miały bardzo ciężką

 

  gołębie spadały lekko

  jak zastrzelone powietrze

 

teraz wargi Poety

są pustym horyzontem

ptaki dzieci i żony nie mogą mieszkać

w żałobnych skorupach miasta

w ostygłych puchach popiołów

 

miasto stoi nad wodą

gładką jak pamięć lustra

odbija się w wodzie od dna

 

i leci na gwiazdę wysoką

gdzie pożar pachnie odległe

jak karta Iliady

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

Poległym poetom

 

Śpiewak  ma wargi zestalone

śpiewak wymawia noc oczyma

pod złym kolorem nieboskłonów

gdzie pieśń się kończy zmierzch zaczyna

i nieba cień zarasta ziemię

 

Gdy w stogach gwiazd lotnicy chrapią

uchodzisz chroniąc śmieszny rulon

Mozaiki gubisz słów Metafor

śmiech towarzyszy ci w ucieczce

naprzeciw sprawiedliwym kulom

 

Jak echa cień twych słów daremność

i wiatr w pokojach pustych strof

Nie tobie pożar święcić pieśnią

usychasz trwoniąc nadaremnie

przebitych dłoni kwiaty śnięte

 

  Przesłanie

  Milczący przyjm Skomlący pocisk

  w ramiona brał by ujść zdziwieniu

  Ten kopczyk wierszy darń zarośnie

  pod złym kolorem nieboskłonów

  który wypije twe milczenie

 

  Powrót do spisu wierszy


 

 

Białe oczy

 

Najdłużej żyje krew

tłucze łaknie powietrza

 

tężeje przezroczystość

rozluźnia pulsu węzełek

 

wieczorem rośnie słupek

słupem pleśnieją usta

coraz bliżej

o skroń głębiejącą

o ściszenie powiek

 

białe oczy nie zapalą światła

palców złamany trójkąt

ciszy odjęto oddech

 

  matka krzyczy

  szarpie bezwładnie imię

 

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

Czerwona chmura

 

Czerwona chmura pyłu

woła tamten pożar –

zachód miasta

za widnokrąg ziemi

 

trzeba zburzyć

jeszcze jedną ścianę

jeszcze jeden ceglany chorał

by znieść bolesną bliznę

między okiem

a wspomnieniem

 

porami robotnicy

z białej kawy i szeleszczących gazet

odchuchali świt i deszcz

dzwoniący w rynnach umarłego powietrza

 

stalową linią

nabrzmiałym milczeniem

wciągają banderę

odgruzowanej przestrzeni

 

opada chmura czerwonego pyłu

przelot pustyni

 

na wysokości zniesionych pięter

wypłynęły okna bez ram

 

gdy runie

ostatnia stromość

padnie ceglany chorał

nic nie rujnuje marzeń

  o mieście które było

  o mieście które będzie

  którego nie ma

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

Napis

 

Patrzysz na moje ręce

są słabe – mówisz – jak kwiaty

 

patrzysz na moje usta

za małe by wyrzec: świat

 

  – kołyszmy się lepiej na łodydze chwil

  pijmy wiatr

  i patrzmy jak zachodzą nam oczy

  woń więdnienia jest najpiękniejsza

  a kształt ruin znieczula

 

we mnie jest płomień który yśli

i wiatr na pożar i na żagle

 

ręce mam niecierpliwe

mogę

głowę przyjaciela

ulepić z powietrza

 

powtarzam wiersz który chciałbym

przetłumaczyć na sanskryt

lub piramidę:

 

gdy wyschnie źródło gwiazd

będziemy świecić nocom

 

gdy skamienieje wiatr

będziemy wzruszać powietrze

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Mój ojciec

 

Mój ojciec bardzo lubi France’a

i palił Przedni Macedoński

w niebieskich chmurach aromatu

smakował uśmiech w wagarach wąskich

i wtedy w tych odległych czasach

gdy pochylony siedział z książką

mówiłem: ojciec jest Sindbadem

i jest mu z nami czasem gorzko

 

przeto odjeżdżał Na dywanie

na czterech wiatrach Po atlasach

biegliśmy za nim zatroskani

a oni się gubił W końcu wracał

zdejmował zapach kładł pantofle

znów chrobot kluczy po kieszeniach

i dni jak krople ciężkie krople

i czas przemija lecz nie zmienia

 

na święta raz firanki zdjęto

przez szybę wyszedł i nie wróci

nie wiem czy oczy przymkną z żalu

czy głowy ku nam nie odwrócił

raz w zagranicznych ilustracjach

widziałem jego fotografię

gubernatorem jest na wyspie

gdzie plamy są i liberalizm

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Do Apollina

 

1

Cały czas w szumie szat kamiennych

Laurowy rzucał cień i blask

 

Oddychał lekko jak posągi

A szedł jak kwiat

 

We własna zasłuchany pieśń

Lirę podnosił na wysokość milczenia

 

Zatopiony w sobie

Źrenicami białymi jak strumień

 

Kamienny od sandałów

Do wstążki we włosach

 

  Zmyślałem twoje palce

  Wierzyłem twoim oczom

  Bez strun instrument

  Ręce bez dłoni

 

  Oddaj mi

  Młody okrzyk

  Wyciągnięte ręce

  I głowę moja

  W ogromnym pióropuszu zachwytu

 

  Oddaj moją nadzieję

  Milcząca biała głowo

 

Cisza –

  Pęknięta szyja

Cisza –

  Złamany śpiew

 

2

Pierwszego dna młodości

nie dotknę cierpliwy nurek

 

wyławiam teraz tylko

słone strzaskane torsy

 

Apollo śni się po nocach

z twarzą poległego Persa

 

mylne są wróżby poezji

wszystko było inaczej

 

  inny był pożar poematu

  inny był pożar miasta

  bohaterowie nie wrócili z wyprawy

  nie było bohaterów

  ocaleli niegodni

 

  szukam posągu

  zatopionego w młodości

 

pozostał tylko pusty cokół –

ślad dłoni szukający kształtu

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

Do Ateny

 

Przez sowią ciemność

twoje oczy

 

nad hełm spiżowy

twoja mądrość

 

  uniesieni

  myślą lekką jak strzała

  wbiegamy przez bramy światła

  z jasności w oślepienie

 

  uniesieni

  na mdlejącym ramieniu

  salutujemy ciebie

  ciałem na tarczy cienia

 

  gdy głowa runie na piersi

  zanurz nam palce we włosy

  unieś wysoko

 

  kształt ostry i niespodziewany

  wynurz na chwilę

  z ptasich opon

 

  niech nas dobije twoja dobroć

  niech zgubi nas okrutna litość

 

w otwarte włócznią

puste ciało

oliwę lej

łagodnych blasków

 

i zedrzyj z oczu

łuską powiek

 

niech patrzą

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

O Troi

 

1

O Trojo Trojo

Archeolog

Przez palce twój przesypie popiół

A pożar większy od Iliady

Na siedem strun –

 

Za mało strun

Potrzebny chór

Lamentów morze

I łoskot gór

Kamienny deszcz

 

  – jak wyprowadzić

  z ruin ludzi

  jak wyprowadzić

  z wierszy chór –

 

  myśli poeta doskonały

  jak soli słup

  dostojnie niemy

  – Pieśń ujdzie cało

  Uszła cało

  płomiennym skrzydłem

  w czyste niebo

 

Nad ruinami wschodzi księżyc

O Trojo Trojo

Milczy miasto

 

Poeta walczy z własnym cieniem

Poeta krzyczy jak ptak w pustce

 

Księżyc powtarza swój krajobraz

łagodny metal w zgorzelisku

 

2

Szli wąwozami byłych ulic

jak przez czerwone morze zgliszcz

 

a wiatr podnosił pył czerwony

wiernie malował zachód miasta

 

Szli wąwozami byłych ulic

chuchali na czczo w zmarzły świt

 

mówili: przejdą długie lata

zanim tu stanie pierwszy dom

 

szli wąwozami byłych ulic

myśleli że odnajdą ślad

 

na harmonijce

gra kaleka

o wierzb warkoczach

o dziewczynie

 

poeta milczy

pada deszcz

 

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

                                    Prof. Henrykowi Elzenbergowi

Do Marka Aurelego

 

Dobranoc Marku lampę zgaś

i zamknij książkę Już nad głową

wznosi się srebrne larum gwiazd

to niebo mówi obcą mową

to barbarzyński okrzyk trwogi

którego nie zna twa łacina

to lęk odwieczny ciemny lęk

o kruchy ludzki ląd zaczyna

 

bić I zwycięży Słyszysz szum

to przypływ Zburzy twe litery

żywiołów niewstrzymany nurt

aż runą świata ściany cztery

cóż nam – na wietrze drżeć

i znów w popioły chuchać mącić eter

gryźć palce szukać podróżnych słów

i wlec za sobą cień poległych

 

więc lepiej Marku spokój zdejm

i ponad ciemność podaj rękę

niech drży gdy bije w zmysłów pięć

jak w wątłą lirę ślepy wszechświat

zdradzi nas wszechświat astronomia

rachunek gwiazd i mądrość traw

i twoja wielkość zbyt ogromna

i mój bezradny Marku płacz

 

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

                            czcicielom umarłych religii

Kapłan

 

Kapłan którego bóstwo

zastąpiło na ziemię

 

w rozwalonej świątyni

ludzką ukazało twarz

 

bezsilny kapłan

który podnosząc ręce

wie że z tego ani deszcz ani szarańcza

ani urodzaj ani gromobicie

 

  – powtarzam zetlały werset

  a tą samą inkantacją

  zachwytu

 

  szyję rosnącą do męczeństwa

  uderza płaska dłoń naśmiewcy

 

  mój święty taniec przed ołtarzem

  widzi tylko cień

  z gestami ulicznika

 – a jednak

  podnoszę oczy i ręce

  podnoszę śpiew

 

  i wiem że dym ofiarny

  dążący w zimne niebo

  zaplata warkocz bóstwu

  bez głowy

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

                            Tadeuszowi Chrzanowskiemu

O róży

 

1

Słodycz ma imię kwiatu –

 

Drżą kuliste ogrody

zatrzymane nad ziemia

westchnienie odwraca głowę

twarz wiatru przy sztachecie

ścielą się nisko trawy

oczekiwania pora

przyjście zagasi zapachy

przyjście otworzy kolory

 

drzewa budują kopułę

zielonego spokoju

róża cię woła i tęskni

za tobą zerwany motyl

pęka nitka za nitką

mija za chwilą chwila

pąku zielona larwo

rozchyl

słodycz ma na imię: róża

 

wybuch –

z wnętrza wychodzą

chorążowie purpury

szeregi nie przeliczone

trębacze zapachów

na długich motylich trąbach

obwołują spełnienie

 

2

koronacje zawiłe

wirydarze zawiłe

wirydarze modlitwy

obrzędy pełne złota

płonące kandelabry

potrójne wieże milczenia

promienie złamane na szczytach

dno –

 

o źródło nieba na ziemi

o konstelacje płatków

 

*

nie pytaj czym jest róża Ptak ja może opowie

zapach zabija myśli twarz lekkim muśnięciem starta

kolorze pożądania powiek

kolorze płaczących powiek

brzemienna kulista słodycz

czerwień do wnętrza rozdarta

 

3

róża pochyla głowę

jakby miała ramiona

 

opiera się na wietrze

a wiatr odchodzi sam

 

nie zdoła wyrzec słowa

nie zdoła wyrzec słowa

 

im bardziej róża umiera

tym trudniej mówić o róży

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Architektura

 

Nad łukiem lekkim –

brwią z kamienia

 

na ściany

niezmąconym czole

 

w oknach radosnych i otwartych

gdzie twarze zamiast pelargonii

 

gdzie prostokąty bardzo ścisłe

obok marzącej perspektywy

 

gdzie ornamentem obudzony

strumień  na cichym polu płaszczyzn

 

gdzie ruch z bezruchem linia z krzykiem

niepewność drżąca prosta jasność

 

  ty jesteś tam

  architekturo

  sztuko z fantazji i kamienia

 

  tam jesteś piękno zamieszkałe

  nad łukiem lekkim

  jak westchnienie

 

  na ścianie

  bladej wysokością

 

  i w oknie

  szybą załzawionym

 

wygnaniec kształtów oczywistych

głoszę twój taniec nieruchomy

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

Struna

 

Ptaki zostawiają

w gnieździe swoje cienie

 

zostaw tedy lampę

instrument i książkę

 

chodźmy do pagórka

gdzie rośnie powietrze

 

gwiazdę nieobecną

pokażę ci palcem

 

głęboko pod darnią

są tkliwe korzonki

 

źródełka obłoków

które biją czysto

 

wiatr przyłoży usta

abyśmy śpiewali

 

my zmarszczymy czoła

nie powiemy słowa

 

chmury aureole mają

tak jak święci

 

my mamy kamyki

czarne zamiast oczu

 

bieliznę po odejściu

dobra pamięć leczy

 

może zejdą blaski

po schylonych plecach

 

  zaprawdę zaprawdę powiadam wam

  wielka jest przepaść

  między nami

  a światłem

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Zobacz

 

Błękit zimny jak kamień o który ostrzą skrzydła

aniołowie wyniośli i bardzo nie ziemscy

idąc po szczeblach blasku i po głazach cienia

zapadają się z wolna w urojone niebo

lecz po chwili wychodzą jeszcze bardziej bladzi

po tamtej stronie nieba po tamtej stronie oczu

Nie mów że to nie prawda że nie ma aniołów

pogrążona w sadzawce leniwego ciała

ty która widzisz wszystko w kolorze swych oczu

i stajesz syta świata – na granicy rzęs

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

Cmentarz warszawski

 

Tej ściany

ostatniego widoku

nie ma

 

wapno na domy i groby

wapno na pamięć

 

ostatnie echo slawy

uformowane w kamienną płytę

i zwięzły napis

odbity spokojną antykwą

 

  przed najazdem żywych

  umarli chodzą głębiej

  niżej

 

  skarżą się nocą w rurach żalu

  wychodzą ostrożnie

  kropla po kropli

  jeszcze raz zapalają się

  za byle potarciem zapałki

 

a na powierzchni spokój

płyty wapno na pamięć

 

na rogu alei żywych

i nowego świata

pod stukającym dumie obcasem

wzbiera jak kretowisko

cmentarz tych którzy proszą

o pagórek pulchnej ziemi

o nikły znak znad powierzchni

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Testament

 

Zapisuje czterem żywiołom

to co miałem na niedługie władanie

 

ogniowi – myśl

niech kwitnie ogień

 

ziemi którą kochałem za bardzo

ciało moje jałowe ziarno

 

a powietrzu słowa i ręce

i tęsknoty to jest rzeczy zbędne

 

to co zostanie

kropla wody

niech krąży między

ziemią niebem

 

niech będzie deszczem przezroczystym

paprocią mrozu płatkiem śniegu

 

niech nie doszedłszy nigdy nieba

ku łez dolinie mojej ziemi

 

powraca wiernie czysta rosą

cierpliwie krusząc twardą glebę

 

wkrótce zwrócę czterem żywiołom

to co miałem na niedługie władanie

 

–       nie powrócę do źródła spokoju

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Las Ardeński

 

Złóż ręce tak by sen zaczerpnąć

tak jak się czerpie wody ziarno

a przyjdzie las: zielony obłok

i brzozy pień jak struna światła

i tysiąc powiek zatrzepoce

liściasta mową zapomniana

odpomnisz wtedy białe rano

gdyś czekał na otwarcie bram

 

wiesz tę krainę ptak odmyka

co w drzewie śpi a drzewo w ziemi

lecz tutaj źródło nowych pytań

pod nogą natury złych korzeni

więc patrz na kory wzór na której

zaciska struna się muzyki

lutnista co przekręca kołki

aby nabrzmiało to co milczy

 

odgarnij liście: krzak poziomki

rosa na liściu trawy grzebień

a dalej skrzydło żółtej łątki

i mrówka siostrę swoją grzebie

wyżej nad zdrady wilczych jagód

dojrzewa słodko dzika grusza

więc nie czekając większych nagród

pod drzewem usiądź

 

złóż ręce tak by pamięć czerpać

umarłych imion wyschłe ziarno

więc znowu las: zwęglony obłok

czoło znaczone światłem czarnym

i tysiąc powiek zaciśniętych

wąsko na gałkach nieruchomych

drzewo z powietrzem przełamane

zdradzona wiara pustych schronów

 

a tamten las jest dla nas dla was

umarli proszą też o bajki

o garstkę ziół o wodę wspomnień

więc po igliwiu po szelestach

i po zapachów wątłych przędzach

to nic że gałąź zatrzymuje

że cień po krętych wodzi przejściach

ale odnajdziesz i odemkniesz

nasz Las Ardeński

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Mama

 

Myślałem:

nigdy się nie zmieni

 

zawsze będzie czekała

ubrana w białą suknie

i niebieskie oczy

na progu wszystkich drzwi

 

zawsze będzie uśmiechała się

wkładając ten naszyjnik

 

aż nagle

urwała się nitka

teraz perły zimują

w szparach podłogi

 

mama lubi kawę

ciepły kafel

spokój

 

siedzi

poprawia okulary

na szpiczastym nosie

czyta mój wiersz

i siwą głową mu zaprzecza

 

ten który upadł z jej kolan

zaciska usta i milczy

więc nie wesoła rozmowa

pod lampą źródłem słodyczy

 

  nieunoszony żalu

  z jakiej pije on studni

  po jakich drogach chodzi

  syn niepodobny do marzeń

 

  karmiłam mlekiem łagodnym

  jego spala niepokój

  krwią go obmyłam ciepłą

  ręce ma zimne i szorstkie

 

z daleka od twoich oczu

przebitych ślepą miłością

łatwiej unieść samotność

 

za tydzień

w zimnym pokoju

ze ściśniętym gardłem

czytam jej listopad

w tym liście

litery stoją osobno

jak kochające serca

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Drży i faluje

 

Drży i faluje niepokojem

ogromna przestrzeń małych planet

która jak morze mnie pochłonie

 

uwięzłe w pulsach sekundniki

jak młyńskie koła w ciepłej krwi

rok obracają bardzo szybki

 

na północ woła niema igła

nad ciemnej wody wartki prąd

pod chmur i nieba przemijanie

 

  pochowaj w zmarszczce bliską śmierć

  czołem jej drogi nie zgodzisz

  w pustynię wsiąknie myśl i krew

 

z atomów punktów włosów komet

buduję trudną nieskończoność

pod szyderstwami Akwilonów

porty kruchemu wznoszę trwaniu

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Uprawa filozofii

 

Posiałem na gładkiej roli

drewnianego stołka

ideę nieskończoności

patrzcie jak mi ona rośnie

– mówi filozof zacierając ręce

 

  Rzeczywiście rośnie

  jak groch

  Za trzy a może cztery

  kwadranse wieczności

  przerośnie nawet

  jego głowę

 

Zmajstrowałem także walec

– mówi filozof

u szczytu walca wahało

rozumiecie już o co idzie

walec to przestrzeń

wahadło to czas

tik – tik – tik

 

– mówi filozof i śmiejąc się głośno

macha małymi rączkami

 

wymyśliłem w końcu słowo byt

słowo twarde i bezbarwne

trzeba długo żywymi rękami rozgarniać ciepłe liście

trzeba podeptać obrazy

zachód słońca nazwać zjawiskiem

by pod tym wszystkim odkryć

martwy biały

filozoficzny kamień

 

oczekujemy teraz

że filozof zapłacze nad swoją mądrością

ale nie płacze

przecież byt się nie wzrusza

przestrzeń nie rozpływa

a czas nie stanie w zatraconym biegu

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

* * *

 

Pryśnie klepsydra

w twardych rękach

spiętrzy się w oczach

płaska przestrzeń

  poukładane posłusznie

  stożki kule sześciany

  formy z których wybiegło

  nieposłuszne ciało

 

  – leżą jak garnki rozbite

  napój uszedł w obłoki –

 

  optymistyczne kule

  promień astrologiczny

  atomów klocki

 

szpalerem mądrych dialogów

suchym krokiem mierniczych

chodzą filozofowie

absolut mylą i liczą

 

niżej na jakiejś cyfrze

może 3 a może 1

nieruchomieje ostyga –

uniwersum

 

w powietrzu ciężkim jak szkło

śpią spętane żywioły

 

ogień ziemię i wodę

zażegna rozum

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Wersety panteisty

 

Zatrać mnie gwiazdo

 – mówi poeta –

przeszyj mnie strzałą odległości

 

wypij mnie źródło

 – mówi pijący –

do dna mnie wypij do nicości

 

niech mnie wydadzą dobre oczy

pożerającym krajobrazom

 

słowa co miały chronić ciało

niech mi przepaści przyprowadzą

 

gwiazda w czoło korzeń zapuści

źródło twarz mi odczłowieczy –

 

  potem obudzisz się milczący

  w dłoniach bezruchu

  w sercu rzeczy

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Kłopoty małego stwórcy

 

1

Szczenię pustych obszarów

nie gotowego świata

ścieram ręce do krwi

pracując nad początkiem

 

ziemię niepewną jak dmuchawiec

pielgrzymia stopa ugniatałem

 

podwójnym oczu uderzeniem

utwierdziłem niebo

i z szaleńczą fantazją

nadałem mu kolor niebieski

 

krzyknąłem kiedy obraz skały

potwierdził najprawdziwszy dotyk

i nie zapomnę chwili kiedy

rozdarłem skórę o krzak głogu

 

w szczelinę wydrążoną palcem

imiona składam roślin zwierząt

potem podziwiam w trawie leżąc

paproci kształt i ogon pawia

 

w końcu odpocząć zapragnąłem

w cieniu fal na białym kamieniu

napisałem historie naturalna

kompletny wykaz gatunków

od ziarna soli do księżyca

i od ameby do anioła

 

to dla was

drodzy potomni

by lekkich waszych snów

nie toczyły kamienie

gdy noc pustoszy świat na nowo

 

2

Nikomu nie przekażesz wiedzy

twój tylko słuch jest i twój dotyk

na nowo musi każdy stworzyć

swą nieskończoność i początek

 

najtrudniej jest przekroczyć przepaść

co się otwiera za paznokciem

i doznać dłonią bardzo śmiałą

obcego świata usta i oczy

 

  – dobrze planetom małym

  które łagodna krew obmywa

  ślepe –

 

  jeśli zaufasz pięciu zmysłom

  świat zbiegnie się w laskowy orzech

 

  jeśli powierzysz rwącym myślom

  na wielkich szczudłach teleskopów

  zajdziesz daleko w pewną ciemność

 

  to właśnie chyba twoim losem

  być tworem bez gotowych kształtów

  który poznaje-zapomina

 

nie marzyć ci o takiej chwili

gdy głowa będzie stałą gwiazdą

nie ręką lecz promieni pękiem

pozdrowisz ziemię już wygasłą

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Ballada o tym ze nie giniemy

 

Którzy o świcie wypłynęli

ale już nigdy nie powrócą

na fali ślad swój zostawili –

 

w głąb morza spada wtedy muszla

piękna jak skamieniałe usta

 

ci którzy szli piaszczysta drogą

ale nie doszli do okiennic

chociaż już dachy było widać –

 

w dzwonie powietrza mają schron

 

a którzy tylko osierocą

wyziębły pokój parę książek

pusty kałamarz białą kartę –

 

zaprawdę nie umarli cali

 

szept ich przez chaszcze idzie tapet

w suficie płaska głowa mieszka

z powietrza wody wapna ziemi

zrobiono raj ich anioł wiatru

rozetrze ciało w dłoni

będą

po łąkach nieść się tego świata

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Stołek

 

W końcu nie można ukryć tej miłości

mały czworonóg na dębowych nogach

o skórze szorstkiej i chłodnej nad podziw

przedmiot codzienny bez oczu lecz z twarzą

na której zmarszczki słojów sąd dojrzały znaczą

szary osiołek najcierpliwszy z osłów

sierść mu wypadła od zbyt długich postów

i tylko kępkę szczeciny drewnianej

czuję pod ręką gdy go gładzę rano

 

– wiesz mój kochany byli szarlatani

którzy mówili: kłamie ręka kłamie

oko kiedy dotyka kształtów co są pustką –

 

to byli ludzie źli zawistni rzeczom

świat chcieli złowić na wędkę zaprzeczeń

 

jak ci wyrazić moją wdzięczność podziw

przychodzisz zawsze na wołanie oczu

nieruchomością wielka tłumacząc na migi

biednemu rozumowi: jesteśmy prawdziwi –

na koniec wierność rzeczy otwiera nam oczy

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Zimowy ogród

 

Jak liście opadały powieki kruszyła się czułość spojrzeń

drżały pod ziemią jeszcze zduszone gardła źródeł

na koniec zamilkł głos ptaka ostatnia szczelina w kamieniu

i wśród najniższych roślin niepokój zmarł jak jaszczurka

 

pionowe linie drzew na horyzontów wadze

ukośny promień padł na zatrzymaną ziemię

Okno zamknięte jest Staną zimowy ogród

Oczy wilgotne są i mały przy ustach obłok

 

– jaki  to pasterz wyprowadził drzewa Kto grał

tak aby wszystko pogodzić rękę gałąź i niebo

formingę pewną jak ramiona zmarłej

północny niesie Orfeusz

 

tupot anielskich ponad głową stóp

jak łuska skrzydeł leci śnieg

cisza jest linią doskonałą która

porówna ziemię z gwiazdozbiorem Waga

 

zimowym sadom pąki spojrzeń – niech miłość nas już nie kaleczy

okrutnym losom włosów garść – niech spala się w powietrzu czystym

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Ołtarz

 

Naprzód szły elementy: woda muły niosąca

ziemia o oczach mokrych ogień żarłoczny i skory

potem trzęsąc grzywami łagodne szły smoki powietrza

tak otwierały procesję dla kwiatów i roślin małych

przeto trawę wychwala dłuto artysty Zielony

płomień nieludzki jak płomień rzucany z okrętów

trawę która przychodzi kiedy historia się spełnia

i jest rozdział milczenia

 

tupot zwierząt ofiarnych żegna Tellus wilgotna

idą cielesne i jasne na szyjach ciepło niosące

i nieświadomość losów na czołach znaczonych rogami

upadną na przednie kolana krwią własną zdziwione bardzo

Wołają ciebie żywioły zwierzęta drogę otwarły

rozstąpi się niebo przed tobą i Bóg przemówi piorunem

człowieku bardzo mizerny i bardzo godny pogardy

lecz uniesiony wysoko na grzbiecie ziemskich gatunków

 

tu przerwa jest w płaskorzeźbie – jeżeli umiesz to domyśl

może ofiara była nie miła bogom wieczystym

lub wilgoć niechętna trawieniu zdjęła kształty człowiecze

sandał i kawał stopy bogini Ironii ich strzegła

a także fałdów szaty po których łatwo odczytasz

gest ramion pięknie wzniesionych i to naprawdę wszystko

rąk nie było grających na rogach zwierząt ofiarnych

 

nie wiesz jakie twe słowo i jaki kształt może błahy

przechowa zmarszczka kamienia – nie to co myślisz że tobą

w ziemi ułożą łaskawiej gdzie dojrzewają posągi

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

                        Jerzemu Turowiczowi

Wawel

 

Patriotyczną kataraktę na oczach miał ten

co się zrównał z grzechem marmurów

 

Peryklesie

smucić się musi twa kolumna

i prosty cień dostojność głowic

harmonia ramion uniesionych

 

a tu ceglany śmieszny zgiełk

królewskie jabłko renesansu

na austriackich koszar tle

 

i tylko może w noc w gorączce

w obłędzie żalu barbarzyńca

co się od krzyżów i szubienic

dowiedział równowagi brył

 

i tylko może pod księżycem

kiedy anioły od ołtarza

odchodzą by tratować sny

i tylko wtedy

– Akropolis

 

  Akropol dla wydziedziczonych

  i łaska dla kłamiących

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Przypowieść o królu Midasie

 

Nareszcie złote jelenie

spokojnie śpią na polanach

 

a także kozły górski

z głową na kamieniu

 

tury jednorożce wiewiórki

w ogóle wszelka zwierzyna

drapieżna i łagodna

a także płatki wszelkie

 

król Midas nie poluje

 

umyślił sobie

pojmać sylena

 

trzy dni go pędził

aż wreszcie złapał

i zdzieliwszy pięścią

między oczy złapał:

–       co dla człowieka najlepsze

zarżał sylen

i powiedział:

– być niczym

–       umrzeć

 

wraca król Midas do pałacu

ale nie smakuje mu serce mądrego sylena

duszone w winie

 

chodzi szarpie brodę

i pyta starych ludzi

– ile dni żyje mrówka

– dlaczego  pies przed śmiercią wyje

– jak wysoka będzie góra

usypana z kości

wszystkich dawnych zwierząt i ludzi

 

potem kazał przywołać człowieka

który na czerwonych wazach

maluje piórem czarnej przepiórki

wesela pochody i gonitwy

a zapytamy przez Midasa

dlaczego utrwala życie cieni

odpowiada:

– ponieważ szyja galopująca konia

jest piękna

a suknie dziewcząt grających  w piłkę

są jak strumień żywe i niepowtarzalne

 

pozwól mi usiąść przy tobie

prosi malarz waz

będziemy mówili o ludziach

którzy ze śmiertelną powaga

oddają ziemi jedno ziarno

a zbierają dziesięć

którzy naprawiają sandał i rzeczpospolita

obliczają gwiazdy i obole

piszą poematy i pochylają się

aby z piasku podjąć zgubioną koniczynę

 

będziemy trochę pili

i trochę filozofowali

i może obaj

którzy jesteśmy z krwi i złudy

wyzwolimy się w  końcu

od gniotącej lekkości pozory

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Fragment wazy greckiej

 

Na pierwszym planie widać

dorodne ciało młodzieńca

 

broda oparta o piersi

kolano podkurczone

ręka jak martwa gałąź

 

zamknął oczy

wyrzeka się nawet Eos

 

jej palce wbite w powietrze

i włosy rozpuszczone

a także linie jej szaty

tworzą trzy kręgi żalu

 

zamkną oczy

wyrzeka się zbroi miedzianej

 

pięknego hełmu

ozdobionego krwią i czarną kitą

tarczy złamanej

i włóczni

 

zamkną oczy

wyrzeka się światła

 

liście zwisają w cichym powietrzu

drży gałąź potrącona cieniem odlatujących ptaków

i tylko świerszcz ukryty

w żywych jeszcze włosach Memnona

głosi przekonywającą

pochwałę życia

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Nike która się waha

 

Najpiękniejsza jest Nike w momencie

kiedy się waha

prawa ręka piękna jak rozkaz

opiera się o powietrze

ale skrzydła drżą

 

widzi bowiem

samotnego młodzieńca

idzie długą koleiną

wojennego wozu

szarą drogą w szarym krajobrazie

skał i rzadkich krzewów jałowca

 

ów młodzieniec niedługo zginie

właśnie szala z jego losem

gwałtownie opada

ku ziemi

 

Nike ma ogromną ochotę

podejść

pocałować go w czoło

aż boi się

że on który nie zaznał

słodyczy pieszczot

poznawszy ją

mógłby uciekać jak inni

w czasie tej bitwy

więc Nike waha się

i w końcu postanawia

pozostać w pozycji

której nauczyli ja rzeźbiarze

wstydząc się bardzo tej chwili wzruszenia

 

rozumie dobrze

że jutro o świcie

muszą znaleźć tego chłopca

z otwartą piersią

zamkniętymi oczyma

i cierpkim obolem ojczyzny

pod drętwym językiem

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Wróżenie

 

Wszystkie linie zagłębiają się w dolinie dłoni

w małej jamie gdzie bije źródełko losu

oto linia życia patrzcie przebiega jak strzała

widnokrąg pięciu palców rozjaśniony potokiem

który rwie naprzód obalając przeszkody

i nie ma nic piękniejszego nic potężniejszego

niż to dążenie naprzód

 

jakże bezradna jest przy niej linia wierności

jak okrzyk nocą jak rzeka pustyni

poczęta w piasku i ginąca w piasku

może głębiej pod skórą przedłuża się ona

rozgarnia tkankę mięśni i wchodzi w arterię

byśmy spotykać mogli nocą naszych zmarłych

we wnętrzu gdzie się toczy wspomnienie i krew

w sztolniach studniach komorach

pełnych ciemnych imion

 

tego wzgórza nie było – przecież dobrze pamiętam

tam było gniazdo czułości tak krągłe jak gdyby

ołowiu łza gorąca upadła na rękę

pamiętam przecież włosy pamiętam cień policzka

kruche palce i ciężar śpiącej głowy

kto zburzył gniazdo kto usypał

kopiec obojętności którego nie było

 

po co przyciskasz dłoń do oczu

wróżbę stawiamy Kogo pytasz

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Dedal i Ikar

 

Mówi Dedal:

Idź synku naprzód a pamiętaj że idziesz a nie latasz

skrzydła są tylko ozdobą a ty stąpasz po łące

ten podmuch ciepły to parna ziemia lata

a tamte zimny to strumień

niebo jest takie pełne liści i małych zwierząt

 

Mówi Ikar:

Oczy jak dwa kamienie wracają prosto do ziemi

i widzą rolnika który odwala tłuste skiby

robaka który wije się w bruździe

zły robak który przecina związek rośliny z ziemią

 

Mówi Dedal:

Synku to nie jest prawda Wszechświat jest tylko światłem

a ziemia jest misą cieni Patrz tutaj grają kolory

pył się unosi znad morza dymy idą ku niebu

z najszlachetniejszych atomów układa się teraz tęcza

 

Mówi Ikar:

Ramiona bolą ojcze od tego bicia w próżnię

nogi drętwieją i tęsknią do kolców i ostrych kamieni

nie mogę patrzeć się w słońce tak jak ty patrzysz się ojcze

ja zatopiony cały w ciemnych promieniach ziemi

 

Opis katastrofy

Teraz Ikar głową w dół upada

ostatni obraz po nim to widok dziecinnie małej pięty

którą połyka żarłocznie morze

W górze ojciec wykrzykuje imię

które nie należy ani do szyi ani do głowy

tylko do wspomnienia

 

Komentarz

Był taki młody nie rozumiał ze skrzydła są tylko przenośnią

trochę wosku i piór i pogarda dla praw grawitacji

nie mogę utrzymać ciała na wysokości wielu stóp

Istota rzeczy jest w tym aby nasze serca

które toczy ciężka krew

napełniły się powietrzem

i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć

 

módlmy się

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Sól ziemi

 

Idzie kobieta

w chustce łaciatej jak pole

przyciska do piersi

torebkę z papieru

 

dzieje się to

w samo południe

w najpiękniejszym punkcie miasta

 

tu pokazują wycieczkom

park z łabędziem

wille w ogrodach

perspektywę i róże

 

Idzie kobieta

z garbem tłumoka

– co tak matko przyciskacie do piersi

 

teraz potknęła się

i z torebki

posypały się kryształki cukru

 

kobieta pochyla się

a w jej oczach jest wyraz

którego nie odda

żaden malarz rozbitych dzbanów

 

zagarnia ciemną ręką

roztrwonione bogactwo

i z powrotem wsypuje

jasne krople i proch

 

Jak

ona

długo

klęczy

na kolanach

jakby chciała zebrać

słodycz ziemi

do ostatniego ziarna

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Arijon

 

Oto on – Arijon –

helleński Caruso

koncertmistrz antycznego świata

drogocenny jak naszyjnik

albo lepiej jak konstelacja

śpiewa

bałwanom morskim i kupcom bławatnym

tyranom i poganiaczom mułów

tyranom czernieją na głowach korony

a sprzedawcy placków z cebulą

po raz pierwszy mylą się w rachubach na swoją niekorzyść

 

o czym śpiewa Arijon

tego dokładnie nikt nie wie

najważniejsze jest to że przywraca światu harmonię

morze kołysze łagodnie ziemię

ogień rozmawia z wodą bez nienawiści

w cieniu jednego heksametru leżą

wilk i łania jastrząb i gołąb

a dziecko usypia na grzywie lwa

jak w kołysce

 

patrzcie jak uśmiechają się zwierzęta

ludzie żywią się białymi kwiatami

i wszystko jest tak dobrze

jak było na początku

 

to on – Arijon

drogocenny i wielokrotny

sprawca zawrotów głowy

stoi w zamieci obrazów

ma osiem palców jak oktawa

i śpiewa

 

Aż kiedy z błękitu na zachodzie

wysnuwają się świetliste niteczki szafranu

co oznacza zbliżającą się noc

Arijon uprzejmym ruchem głowy

żegna

poganiaczy mułów i tyranów

sklepikarzy i filozofów

i wsiada w porcie na grzbiet

oswojonego delfina

 

– do widzenia –

 

jakże jest piękny Arijon

– mówią dziewczęta –

kiedy wypływa na morze

sam

z wieńcem widnokręgów na głowie

 

 Powrót do spisu wierszy