| Spis wierszy | |
na szyjach splatali ręce
jak bukiety róż
ludzie zbiegali do schronów
on mówił że żona ma włosy
w których się można ukryć
okryci jednym kocem
szeptali słowa bezwstydne
litanię zakochanych
Gdy było bardzo źle
skakali w oczy naprzeciw
i zamykali je mocno
tak mocno że nie poczuli ognia
który dochodził do rzęs
do końca byli mężni
do końca byli wierni
do końca byli podobni
jak dwie krople
zatrzymane na skraju twarzy
Dom nad porami roku
dom dzieci zwierząt i jabłek
kwadrat pustej przestrzeni
pod nieobecną gwiazdą
dom był lunetą dzieciństwa
dom był skórą wzruszenia
policzkiem siostry
gałęzią drzewa
policzek zdmuchną płomień
gałąź przekreślił pocisk
nad spiskiem popiołem gniazda
piosenka bezdomnej piechoty
dom jest sześcianem dzieciństwa
dom jest kostką wzruszenia
skrzydło spalonej siostry
liść umarłego drzewa
Dnie były amarantowe
błyszczące jak lanca ułańska
śpiewano w megafonach
anachroniczna piosenkę
o Polkach i bagnetach
tenor ciął jak szpicrutą
i po każdej zwrotce
ogłaszano listę żywych torped
które notabene
przez sześć lat wojny
szmuglowały słoninę
żałosne nie wypały
wódz podnosił brwi
jak buławę
skandował: ani guzika
śmiały się guziki:
nie damy nie damy chłopców
płasko przyszytych do wrzosowisk
Nie mogę trafić na tytuł
wspomnienia o Tobie
ręką wyprutą z ciemności
stąpam po śladach twarzy
miękkie przyjazne profile
zamarzły w twardy kontur
krąży nad moją głowa
pustą jak czoło powietrza
sylwetka człowieka z czarnego papieru
II
żyjąc pomimo
żyjąc przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
uścisk zostawiliście jak zbyteczny sweter
wzrok jak pytanie
dłonie nasze nie przekażą waszych dłoni
trwonimy je dotykając pospolitych rzeczy
oczy odbija pytanie
spokojne jak lusterko
nie spleśniałe oddechem
co dzień odmawiam spojrzenie
co dzień narasta mój dotyk
łaskotany bliskością tylu rzeczy
życie bulgoce jak krew
Cienie tają łagodnie
nie dajemy zginąć poległym
pamięć przekaże chyba obłok
wytarty profil rzymskich monet
III
kobiety z naszej ulicy
były zwykłe i dobre
nosiły cierpliwie z placów
jarzyn pożywne bukiety
dzieci z naszej ulicy
utrapienie kotów
gołębie
szaro-łagodne
w parku był pomnik Poety
dzieci toczyły obręcze
i kolorowy krzyk
ptaki siadały na ręce
czytały jego milczenie
żony w letnie wieczory cierpliwie czekały na usta
pachnące znajomym tytoniem
kobiety nie mogły dzieciom
odpowiedzieć: czy wróci
gdy zachodziło miasto
gasiły ogień rękami
przytkniętymi do oczu
dzieci z naszej ulicy
śmierć miały bardzo ciężką
gołębie spadały lekko
jak zastrzelone powietrze
teraz wargi Poety
są pustym horyzontem
ptaki dzieci i żony nie mogą mieszkać
w żałobnych skorupach miasta
w ostygłych puchach popiołów
miasto stoi nad wodą
gładką jak pamięć lustra
odbija się w wodzie od dna
i leci na gwiazdę wysoką
gdzie pożar pachnie odległe
jak karta Iliady
Śpiewak ma wargi zestalone
śpiewak wymawia noc oczyma
pod złym kolorem nieboskłonów
gdzie pieśń się kończy zmierzch zaczyna
i nieba cień zarasta ziemię
Gdy w stogach gwiazd lotnicy chrapią
uchodzisz chroniąc śmieszny rulon
Mozaiki gubisz słów Metafor
śmiech towarzyszy ci w ucieczce
naprzeciw sprawiedliwym kulom
Jak echa cień twych słów daremność
i wiatr w pokojach pustych strof
Nie tobie pożar święcić pieśnią
usychasz trwoniąc nadaremnie
przebitych dłoni kwiaty śnięte
Przesłanie
Milczący przyjm Skomlący pocisk
w ramiona brał by ujść zdziwieniu
Ten kopczyk wierszy darń zarośnie
pod złym kolorem nieboskłonów
który wypije twe milczenie
tłucze łaknie powietrza
tężeje przezroczystość
rozluźnia pulsu węzełek
wieczorem rośnie słupek
słupem pleśnieją usta
coraz bliżej
o skroń głębiejącą
o ściszenie powiek
białe oczy nie zapalą światła
palców złamany trójkąt
ciszy odjęto oddech
matka krzyczy
szarpie bezwładnie imię
Czerwona chmura pyłu
woła tamten pożar
zachód miasta
za widnokrąg ziemi
trzeba zburzyć
jeszcze jedną ścianę
jeszcze jeden ceglany chorał
by znieść bolesną bliznę
między okiem
a wspomnieniem
porami robotnicy
z białej kawy i szeleszczących gazet
odchuchali świt i deszcz
dzwoniący w rynnach umarłego powietrza
stalową linią
nabrzmiałym milczeniem
wciągają banderę
odgruzowanej przestrzeni
opada chmura czerwonego pyłu
przelot pustyni
na wysokości zniesionych pięter
wypłynęły okna bez ram
gdy runie
ostatnia stromość
padnie ceglany chorał
nic nie rujnuje marzeń
o mieście które było
o mieście które będzie
którego nie ma
Patrzysz na moje ręce
są słabe mówisz jak kwiaty
patrzysz na moje usta
za małe by wyrzec: świat
kołyszmy się lepiej na łodydze chwil
pijmy wiatr
i patrzmy jak zachodzą nam oczy
woń więdnienia jest najpiękniejsza
a kształt ruin znieczula
we mnie jest płomień który yśli
i wiatr na pożar i na żagle
ręce mam niecierpliwe
mogę
głowę przyjaciela
ulepić z powietrza
powtarzam wiersz który chciałbym
przetłumaczyć na sanskryt
lub piramidę:
gdy wyschnie źródło gwiazd
będziemy świecić nocom
gdy skamienieje wiatr
będziemy wzruszać powietrze
Mój ojciec bardzo lubi Francea
i palił Przedni Macedoński
w niebieskich chmurach aromatu
smakował uśmiech w wagarach wąskich
i wtedy w tych odległych czasach
gdy pochylony siedział z książką
mówiłem: ojciec jest Sindbadem
i jest mu z nami czasem gorzko
przeto odjeżdżał Na dywanie
na czterech wiatrach Po atlasach
biegliśmy za nim zatroskani
a oni się gubił W końcu wracał
zdejmował zapach kładł pantofle
znów chrobot kluczy po kieszeniach
i dni jak krople ciężkie krople
i czas przemija lecz nie zmienia
na święta raz firanki zdjęto
przez szybę wyszedł i nie wróci
nie wiem czy oczy przymkną z żalu
czy głowy ku nam nie odwrócił
raz w zagranicznych ilustracjach
widziałem jego fotografię
gubernatorem jest na wyspie
gdzie plamy są i liberalizm
1
Cały czas w szumie szat kamiennych
Laurowy rzucał cień i blask
Oddychał lekko jak posągi
A szedł jak kwiat
We własna zasłuchany pieśń
Lirę podnosił na wysokość milczenia
Zatopiony w sobie
Źrenicami białymi jak strumień
Kamienny od sandałów
Do wstążki we włosach
Zmyślałem twoje palce
Wierzyłem twoim oczom
Bez strun instrument
Ręce bez dłoni
Oddaj mi
Młody okrzyk
Wyciągnięte ręce
I głowę moja
W ogromnym pióropuszu zachwytu
Oddaj moją nadzieję
Milcząca biała głowo
Cisza
Pęknięta szyja
Cisza
Złamany śpiew
2
Pierwszego dna młodości
nie dotknę cierpliwy nurek
wyławiam teraz tylko
słone strzaskane torsy
Apollo śni się po nocach
z twarzą poległego Persa
mylne są wróżby poezji
wszystko było inaczej
inny był pożar poematu
inny był pożar miasta
bohaterowie nie wrócili z wyprawy
nie było bohaterów
ocaleli niegodni
szukam posągu
zatopionego w młodości
pozostał tylko pusty cokół
ślad dłoni szukający kształtu
Przez sowią ciemność
twoje oczy
nad hełm spiżowy
twoja mądrość
uniesieni
myślą lekką jak strzała
wbiegamy przez bramy światła
z jasności w oślepienie
uniesieni
na mdlejącym ramieniu
salutujemy ciebie
ciałem na tarczy cienia
gdy głowa runie na piersi
zanurz nam palce we włosy
unieś wysoko
kształt ostry i niespodziewany
wynurz na chwilę
z ptasich opon
niech nas dobije twoja dobroć
niech zgubi nas okrutna litość
w otwarte włócznią
puste ciało
oliwę lej
łagodnych blasków
i zedrzyj z oczu
łuską powiek
niech patrzą
1
O Trojo Trojo
Archeolog
Przez palce twój przesypie popiół
A pożar większy od Iliady
Na siedem strun
Za mało strun
Potrzebny chór
Lamentów morze
I łoskot gór
Kamienny deszcz
jak wyprowadzić
z ruin ludzi
jak wyprowadzić
z wierszy chór
myśli poeta doskonały
jak soli słup
dostojnie niemy
Pieśń ujdzie cało
Uszła cało
płomiennym skrzydłem
w czyste niebo
Nad ruinami wschodzi księżyc
O Trojo Trojo
Milczy miasto
Poeta walczy z własnym cieniem
Poeta krzyczy jak ptak w pustce
Księżyc powtarza swój krajobraz
łagodny metal w zgorzelisku
2
Szli wąwozami byłych ulic
jak przez czerwone morze zgliszcz
a wiatr podnosił pył czerwony
wiernie malował zachód miasta
Szli wąwozami byłych ulic
chuchali na czczo w zmarzły świt
mówili: przejdą długie lata
zanim tu stanie pierwszy dom
szli wąwozami byłych ulic
myśleli że odnajdą ślad
na harmonijce
gra kaleka
o wierzb warkoczach
o dziewczynie
poeta milczy
pada deszcz
Prof. Henrykowi Elzenbergowi
Dobranoc Marku lampę zgaś
i zamknij książkę Już nad głową
wznosi się srebrne larum gwiazd
to niebo mówi obcą mową
to barbarzyński okrzyk trwogi
którego nie zna twa łacina
to lęk odwieczny ciemny lęk
o kruchy ludzki ląd zaczyna
bić I zwycięży Słyszysz szum
to przypływ Zburzy twe litery
żywiołów niewstrzymany nurt
aż runą świata ściany cztery
cóż nam na wietrze drżeć
i znów w popioły chuchać mącić eter
gryźć palce szukać podróżnych słów
i wlec za sobą cień poległych
więc lepiej Marku spokój zdejm
i ponad ciemność podaj rękę
niech drży gdy bije w zmysłów pięć
jak w wątłą lirę ślepy wszechświat
zdradzi nas wszechświat astronomia
rachunek gwiazd i mądrość traw
i twoja wielkość zbyt ogromna
i mój bezradny Marku płacz
czcicielom umarłych religii
Kapłan którego bóstwo
zastąpiło na ziemię
w rozwalonej świątyni
ludzką ukazało twarz
bezsilny kapłan
który podnosząc ręce
wie że z tego ani deszcz ani szarańcza
ani urodzaj ani gromobicie
powtarzam zetlały werset
a tą samą inkantacją
zachwytu
szyję rosnącą do męczeństwa
uderza płaska dłoń naśmiewcy
mój święty taniec przed ołtarzem
widzi tylko cień
z gestami ulicznika
a jednak
podnoszę oczy i ręce
podnoszę śpiew
i wiem że dym ofiarny
dążący w zimne niebo
zaplata warkocz bóstwu
bez głowy
Tadeuszowi Chrzanowskiemu
1
Słodycz ma imię kwiatu
Drżą kuliste ogrody
zatrzymane nad ziemia
westchnienie odwraca głowę
twarz wiatru przy sztachecie
ścielą się nisko trawy
oczekiwania pora
przyjście zagasi zapachy
przyjście otworzy kolory
drzewa budują kopułę
zielonego spokoju
róża cię woła i tęskni
za tobą zerwany motyl
pęka nitka za nitką
mija za chwilą chwila
pąku zielona larwo
rozchyl
słodycz ma na imię: róża
wybuch
z wnętrza wychodzą
chorążowie purpury
szeregi nie przeliczone
trębacze zapachów
na długich motylich trąbach
obwołują spełnienie
2
koronacje zawiłe
wirydarze zawiłe
wirydarze modlitwy
obrzędy pełne złota
płonące kandelabry
potrójne wieże milczenia
promienie złamane na szczytach
dno
o źródło nieba na ziemi
o konstelacje płatków
*
nie pytaj czym jest róża Ptak ja może opowie
zapach zabija myśli twarz lekkim muśnięciem starta
kolorze pożądania powiek
kolorze płaczących powiek
brzemienna kulista słodycz
czerwień do wnętrza rozdarta
3
róża pochyla głowę
jakby miała ramiona
opiera się na wietrze
a wiatr odchodzi sam
nie zdoła wyrzec słowa
nie zdoła wyrzec słowa
im bardziej róża umiera
tym trudniej mówić o róży
Nad łukiem lekkim
brwią z kamienia
na ściany
niezmąconym czole
w oknach radosnych i otwartych
gdzie twarze zamiast pelargonii
gdzie prostokąty bardzo ścisłe
obok marzącej perspektywy
gdzie ornamentem obudzony
strumień na cichym polu płaszczyzn
gdzie ruch z bezruchem linia z krzykiem
niepewność drżąca prosta jasność
ty jesteś tam
architekturo
sztuko z fantazji i kamienia
tam jesteś piękno zamieszkałe
nad łukiem lekkim
jak westchnienie
na ścianie
bladej wysokością
i w oknie
szybą załzawionym
wygnaniec kształtów oczywistych
głoszę twój taniec nieruchomy
Ptaki zostawiają
w gnieździe swoje cienie
zostaw tedy lampę
instrument i książkę
chodźmy do pagórka
gdzie rośnie powietrze
gwiazdę nieobecną
pokażę ci palcem
głęboko pod darnią
są tkliwe korzonki
źródełka obłoków
które biją czysto
wiatr przyłoży usta
abyśmy śpiewali
my zmarszczymy czoła
nie powiemy słowa
chmury aureole mają
tak jak święci
my mamy kamyki
czarne zamiast oczu
bieliznę po odejściu
dobra pamięć leczy
może zejdą blaski
po schylonych plecach
zaprawdę zaprawdę powiadam wam
wielka jest przepaść
między nami
a światłem
Błękit zimny jak kamień o który ostrzą skrzydła
aniołowie wyniośli i bardzo nie ziemscy
idąc po szczeblach blasku i po głazach cienia
zapadają się z wolna w urojone niebo
lecz po chwili wychodzą jeszcze bardziej bladzi
po tamtej stronie nieba po tamtej stronie oczu
Nie mów że to nie prawda że nie ma aniołów
pogrążona w sadzawce leniwego ciała
ty która widzisz wszystko w kolorze swych oczu
i stajesz syta świata na granicy rzęs
Tej ściany
ostatniego widoku
nie ma
wapno na domy i groby
wapno na pamięć
ostatnie echo slawy
uformowane w kamienną płytę
i zwięzły napis
odbity spokojną antykwą
przed najazdem żywych
umarli chodzą głębiej
niżej
skarżą się nocą w rurach żalu
wychodzą ostrożnie
kropla po kropli
jeszcze raz zapalają się
za byle potarciem zapałki
a na powierzchni spokój
płyty wapno na pamięć
na rogu alei żywych
i nowego świata
pod stukającym dumie obcasem
wzbiera jak kretowisko
cmentarz tych którzy proszą
o pagórek pulchnej ziemi
o nikły znak znad powierzchni
Zapisuje czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie
ogniowi myśl
niech kwitnie ogień
ziemi którą kochałem za bardzo
ciało moje jałowe ziarno
a powietrzu słowa i ręce
i tęsknoty to jest rzeczy zbędne
to co zostanie
kropla wody
niech krąży między
ziemią niebem
niech będzie deszczem przezroczystym
paprocią mrozu płatkiem śniegu
niech nie doszedłszy nigdy nieba
ku łez dolinie mojej ziemi
powraca wiernie czysta rosą
cierpliwie krusząc twardą glebę
wkrótce zwrócę czterem żywiołom
to co miałem na niedługie władanie
nie powrócę do źródła spokoju
Złóż ręce tak by sen zaczerpnąć
tak jak się czerpie wody ziarno
a przyjdzie las: zielony obłok
i brzozy pień jak struna światła
i tysiąc powiek zatrzepoce
liściasta mową zapomniana
odpomnisz wtedy białe rano
gdyś czekał na otwarcie bram
wiesz tę krainę ptak odmyka
co w drzewie śpi a drzewo w ziemi
lecz tutaj źródło nowych pytań
pod nogą natury złych korzeni
więc patrz na kory wzór na której
zaciska struna się muzyki
lutnista co przekręca kołki
aby nabrzmiało to co milczy
odgarnij liście: krzak poziomki
rosa na liściu trawy grzebień
a dalej skrzydło żółtej łątki
i mrówka siostrę swoją grzebie
wyżej nad zdrady wilczych jagód
dojrzewa słodko dzika grusza
więc nie czekając większych nagród
pod drzewem usiądź
złóż ręce tak by pamięć czerpać
umarłych imion wyschłe ziarno
więc znowu las: zwęglony obłok
czoło znaczone światłem czarnym
i tysiąc powiek zaciśniętych
wąsko na gałkach nieruchomych
drzewo z powietrzem przełamane
zdradzona wiara pustych schronów
a tamten las jest dla nas dla was
umarli proszą też o bajki
o garstkę ziół o wodę wspomnień
więc po igliwiu po szelestach
i po zapachów wątłych przędzach
to nic że gałąź zatrzymuje
że cień po krętych wodzi przejściach
ale odnajdziesz i odemkniesz
nasz Las Ardeński
Myślałem:
nigdy się nie zmieni
zawsze będzie czekała
ubrana w białą suknie
i niebieskie oczy
na progu wszystkich drzwi
zawsze będzie uśmiechała się
wkładając ten naszyjnik
aż nagle
urwała się nitka
teraz perły zimują
w szparach podłogi
mama lubi kawę
ciepły kafel
spokój
siedzi
poprawia okulary
na szpiczastym nosie
czyta mój wiersz
i siwą głową mu zaprzecza
ten który upadł z jej kolan
zaciska usta i milczy
więc nie wesoła rozmowa
pod lampą źródłem słodyczy
nieunoszony żalu
z jakiej pije on studni
po jakich drogach chodzi
syn niepodobny do marzeń
karmiłam mlekiem łagodnym
jego spala niepokój
krwią go obmyłam ciepłą
ręce ma zimne i szorstkie
z daleka od twoich oczu
przebitych ślepą miłością
łatwiej unieść samotność
za tydzień
w zimnym pokoju
ze ściśniętym gardłem
czytam jej listopad
w tym liście
litery stoją osobno
jak kochające serca
Drży i faluje niepokojem
ogromna przestrzeń małych planet
która jak morze mnie pochłonie
uwięzłe w pulsach sekundniki
jak młyńskie koła w ciepłej krwi
rok obracają bardzo szybki
na północ woła niema igła
nad ciemnej wody wartki prąd
pod chmur i nieba przemijanie
pochowaj w zmarszczce bliską śmierć
czołem jej drogi nie zgodzisz
w pustynię wsiąknie myśl i krew
z atomów punktów włosów komet
buduję trudną nieskończoność
pod szyderstwami Akwilonów
porty kruchemu wznoszę trwaniu
Posiałem na gładkiej roli
drewnianego stołka
ideę nieskończoności
patrzcie jak mi ona rośnie
mówi filozof zacierając ręce
Rzeczywiście rośnie
jak groch
Za trzy a może cztery
kwadranse wieczności
przerośnie nawet
jego głowę
Zmajstrowałem także walec
mówi filozof
u szczytu walca wahało
rozumiecie już o co idzie
walec to przestrzeń
wahadło to czas
tik tik tik
mówi filozof i śmiejąc się głośno
macha małymi rączkami
wymyśliłem w końcu słowo byt
słowo twarde i bezbarwne
trzeba długo żywymi rękami rozgarniać ciepłe liście
trzeba podeptać obrazy
zachód słońca nazwać zjawiskiem
by pod tym wszystkim odkryć
martwy biały
filozoficzny kamień
oczekujemy teraz
że filozof zapłacze nad swoją mądrością
ale nie płacze
przecież byt się nie wzrusza
przestrzeń nie rozpływa
a czas nie stanie w zatraconym biegu
w twardych rękach
spiętrzy się w oczach
płaska przestrzeń
poukładane posłusznie
stożki kule sześciany
formy z których wybiegło
nieposłuszne ciało
leżą jak garnki rozbite
napój uszedł w obłoki
optymistyczne kule
promień astrologiczny
atomów klocki
szpalerem mądrych dialogów
suchym krokiem mierniczych
chodzą filozofowie
absolut mylą i liczą
niżej na jakiejś cyfrze
może 3 a może 1
nieruchomieje ostyga
uniwersum
w powietrzu ciężkim jak szkło
śpią spętane żywioły
ogień ziemię i wodę
zażegna rozum
mówi poeta
przeszyj mnie strzałą odległości
wypij mnie źródło
mówi pijący
do dna mnie wypij do nicości
niech mnie wydadzą dobre oczy
pożerającym krajobrazom
słowa co miały chronić ciało
niech mi przepaści przyprowadzą
gwiazda w czoło korzeń zapuści
źródło twarz mi odczłowieczy
potem obudzisz się milczący
w dłoniach bezruchu
w sercu rzeczy
1
Szczenię pustych obszarów
nie gotowego świata
ścieram ręce do krwi
pracując nad początkiem
ziemię niepewną jak dmuchawiec
pielgrzymia stopa ugniatałem
podwójnym oczu uderzeniem
utwierdziłem niebo
i z szaleńczą fantazją
nadałem mu kolor niebieski
krzyknąłem kiedy obraz skały
potwierdził najprawdziwszy dotyk
i nie zapomnę chwili kiedy
rozdarłem skórę o krzak głogu
w szczelinę wydrążoną palcem
imiona składam roślin zwierząt
potem podziwiam w trawie leżąc
paproci kształt i ogon pawia
w końcu odpocząć zapragnąłem
w cieniu fal na białym kamieniu
napisałem historie naturalna
kompletny wykaz gatunków
od ziarna soli do księżyca
i od ameby do anioła
to dla was
drodzy potomni
by lekkich waszych snów
nie toczyły kamienie
gdy noc pustoszy świat na nowo
2
Nikomu nie przekażesz wiedzy
twój tylko słuch jest i twój dotyk
na nowo musi każdy stworzyć
swą nieskończoność i początek
najtrudniej jest przekroczyć przepaść
co się otwiera za paznokciem
i doznać dłonią bardzo śmiałą
obcego świata usta i oczy
dobrze planetom małym
które łagodna krew obmywa
ślepe
jeśli zaufasz pięciu zmysłom
świat zbiegnie się w laskowy orzech
jeśli powierzysz rwącym myślom
na wielkich szczudłach teleskopów
zajdziesz daleko w pewną ciemność
to właśnie chyba twoim losem
być tworem bez gotowych kształtów
który poznaje-zapomina
nie marzyć ci o takiej chwili
gdy głowa będzie stałą gwiazdą
nie ręką lecz promieni pękiem
pozdrowisz ziemię już wygasłą
Którzy o świcie wypłynęli
ale już nigdy nie powrócą
na fali ślad swój zostawili
w głąb morza spada wtedy muszla
piękna jak skamieniałe usta
ci którzy szli piaszczysta drogą
ale nie doszli do okiennic
chociaż już dachy było widać
w dzwonie powietrza mają schron
a którzy tylko osierocą
wyziębły pokój parę książek
pusty kałamarz białą kartę
zaprawdę nie umarli cali
szept ich przez chaszcze idzie tapet
w suficie płaska głowa mieszka
z powietrza wody wapna ziemi
zrobiono raj ich anioł wiatru
rozetrze ciało w dłoni
będą
po łąkach nieść się tego świata
W końcu nie można ukryć tej miłości
mały czworonóg na dębowych nogach
o skórze szorstkiej i chłodnej nad podziw
przedmiot codzienny bez oczu lecz z twarzą
na której zmarszczki słojów sąd dojrzały znaczą
szary osiołek najcierpliwszy z osłów
sierść mu wypadła od zbyt długich postów
i tylko kępkę szczeciny drewnianej
czuję pod ręką gdy go gładzę rano
wiesz mój kochany byli szarlatani
którzy mówili: kłamie ręka kłamie
oko kiedy dotyka kształtów co są pustką
to byli ludzie źli zawistni rzeczom
świat chcieli złowić na wędkę zaprzeczeń
jak ci wyrazić moją wdzięczność podziw
przychodzisz zawsze na wołanie oczu
nieruchomością wielka tłumacząc na migi
biednemu rozumowi: jesteśmy prawdziwi
na koniec wierność rzeczy otwiera nam oczy
drżały pod ziemią jeszcze zduszone gardła źródeł
na koniec zamilkł głos ptaka ostatnia szczelina w kamieniu
i wśród najniższych roślin niepokój zmarł jak jaszczurka
pionowe linie drzew na horyzontów wadze
ukośny promień padł na zatrzymaną ziemię
Okno zamknięte jest Staną zimowy ogród
Oczy wilgotne są i mały przy ustach obłok
jaki to pasterz wyprowadził drzewa Kto grał
tak aby wszystko pogodzić rękę gałąź i niebo
formingę pewną jak ramiona zmarłej
północny niesie Orfeusz
tupot anielskich ponad głową stóp
jak łuska skrzydeł leci śnieg
cisza jest linią doskonałą która
porówna ziemię z gwiazdozbiorem Waga
zimowym sadom pąki spojrzeń niech miłość nas już nie kaleczy
okrutnym losom włosów garść niech spala się w powietrzu czystym
Naprzód szły elementy: woda muły niosąca
ziemia o oczach mokrych ogień żarłoczny i skory
potem trzęsąc grzywami łagodne szły smoki powietrza
tak otwierały procesję dla kwiatów i roślin małych
przeto trawę wychwala dłuto artysty Zielony
płomień nieludzki jak płomień rzucany z okrętów
trawę która przychodzi kiedy historia się spełnia
i jest rozdział milczenia
tupot zwierząt ofiarnych żegna Tellus wilgotna
idą cielesne i jasne na szyjach ciepło niosące
i nieświadomość losów na czołach znaczonych rogami
upadną na przednie kolana krwią własną zdziwione bardzo
Wołają ciebie żywioły zwierzęta drogę otwarły
rozstąpi się niebo przed tobą i Bóg przemówi piorunem
człowieku bardzo mizerny i bardzo godny pogardy
lecz uniesiony wysoko na grzbiecie ziemskich gatunków
tu przerwa jest w płaskorzeźbie jeżeli umiesz to domyśl
może ofiara była nie miła bogom wieczystym
lub wilgoć niechętna trawieniu zdjęła kształty człowiecze
sandał i kawał stopy bogini Ironii ich strzegła
a także fałdów szaty po których łatwo odczytasz
gest ramion pięknie wzniesionych i to naprawdę wszystko
rąk nie było grających na rogach zwierząt ofiarnych
nie wiesz jakie twe słowo i jaki kształt może błahy
przechowa zmarszczka kamienia nie to co myślisz że tobą
w ziemi ułożą łaskawiej gdzie dojrzewają posągi
Jerzemu Turowiczowi
Patriotyczną kataraktę na oczach miał ten
co się zrównał z grzechem marmurów
Peryklesie
smucić się musi twa kolumna
i prosty cień dostojność głowic
harmonia ramion uniesionych
a tu ceglany śmieszny zgiełk
królewskie jabłko renesansu
na austriackich koszar tle
i tylko może w noc w gorączce
w obłędzie żalu barbarzyńca
co się od krzyżów i szubienic
dowiedział równowagi brył
i tylko może pod księżycem
kiedy anioły od ołtarza
odchodzą by tratować sny
i tylko wtedy
Akropolis
Akropol dla wydziedziczonych
i łaska dla kłamiących
spokojnie śpią na polanach
a także kozły górski
z głową na kamieniu
tury jednorożce wiewiórki
w ogóle wszelka zwierzyna
drapieżna i łagodna
a także płatki wszelkie
król Midas nie poluje
umyślił sobie
pojmać sylena
trzy dni go pędził
aż wreszcie złapał
i zdzieliwszy pięścią
między oczy złapał:
co dla człowieka najlepsze
zarżał sylen
i powiedział:
być niczym
umrzeć
wraca król Midas do pałacu
ale nie smakuje mu serce mądrego sylena
duszone w winie
chodzi szarpie brodę
i pyta starych ludzi
ile dni żyje mrówka
dlaczego pies przed śmiercią wyje
jak wysoka będzie góra
usypana z kości
wszystkich dawnych zwierząt i ludzi
potem kazał przywołać człowieka
który na czerwonych wazach
maluje piórem czarnej przepiórki
wesela pochody i gonitwy
a zapytamy przez Midasa
dlaczego utrwala życie cieni
odpowiada:
ponieważ szyja galopująca konia
jest piękna
a suknie dziewcząt grających w piłkę
są jak strumień żywe i niepowtarzalne
pozwól mi usiąść przy tobie
prosi malarz waz
będziemy mówili o ludziach
którzy ze śmiertelną powaga
oddają ziemi jedno ziarno
a zbierają dziesięć
którzy naprawiają sandał i rzeczpospolita
obliczają gwiazdy i obole
piszą poematy i pochylają się
aby z piasku podjąć zgubioną koniczynę
będziemy trochę pili
i trochę filozofowali
i może obaj
którzy jesteśmy z krwi i złudy
wyzwolimy się w końcu
od gniotącej lekkości pozory
Na pierwszym planie widać
dorodne ciało młodzieńca
broda oparta o piersi
kolano podkurczone
ręka jak martwa gałąź
zamknął oczy
wyrzeka się nawet Eos
jej palce wbite w powietrze
i włosy rozpuszczone
a także linie jej szaty
tworzą trzy kręgi żalu
zamkną oczy
wyrzeka się zbroi miedzianej
pięknego hełmu
ozdobionego krwią i czarną kitą
tarczy złamanej
i włóczni
zamkną oczy
wyrzeka się światła
liście zwisają w cichym powietrzu
drży gałąź potrącona cieniem odlatujących ptaków
i tylko świerszcz ukryty
w żywych jeszcze włosach Memnona
głosi przekonywającą
pochwałę życia
Najpiękniejsza jest Nike w momencie
kiedy się waha
prawa ręka piękna jak rozkaz
opiera się o powietrze
ale skrzydła drżą
widzi bowiem
samotnego młodzieńca
idzie długą koleiną
wojennego wozu
szarą drogą w szarym krajobrazie
skał i rzadkich krzewów jałowca
ów młodzieniec niedługo zginie
właśnie szala z jego losem
gwałtownie opada
ku ziemi
Nike ma ogromną ochotę
podejść
pocałować go w czoło
aż boi się
że on który nie zaznał
słodyczy pieszczot
poznawszy ją
mógłby uciekać jak inni
w czasie tej bitwy
więc Nike waha się
i w końcu postanawia
pozostać w pozycji
której nauczyli ja rzeźbiarze
wstydząc się bardzo tej chwili wzruszenia
rozumie dobrze
że jutro o świcie
muszą znaleźć tego chłopca
z otwartą piersią
zamkniętymi oczyma
i cierpkim obolem ojczyzny
pod drętwym językiem
w małej jamie gdzie bije źródełko losu
oto linia życia patrzcie przebiega jak strzała
widnokrąg pięciu palców rozjaśniony potokiem
który rwie naprzód obalając przeszkody
i nie ma nic piękniejszego nic potężniejszego
niż to dążenie naprzód
jakże bezradna jest przy niej linia wierności
jak okrzyk nocą jak rzeka pustyni
poczęta w piasku i ginąca w piasku
może głębiej pod skórą przedłuża się ona
rozgarnia tkankę mięśni i wchodzi w arterię
byśmy spotykać mogli nocą naszych zmarłych
we wnętrzu gdzie się toczy wspomnienie i krew
w sztolniach studniach komorach
pełnych ciemnych imion
tego wzgórza nie było przecież dobrze pamiętam
tam było gniazdo czułości tak krągłe jak gdyby
ołowiu łza gorąca upadła na rękę
pamiętam przecież włosy pamiętam cień policzka
kruche palce i ciężar śpiącej głowy
kto zburzył gniazdo kto usypał
kopiec obojętności którego nie było
po co przyciskasz dłoń do oczu
wróżbę stawiamy Kogo pytasz
Mówi Dedal:
Idź synku naprzód a pamiętaj że idziesz a nie latasz
skrzydła są tylko ozdobą a ty stąpasz po łące
ten podmuch ciepły to parna ziemia lata
a tamte zimny to strumień
niebo jest takie pełne liści i małych zwierząt
Mówi Ikar:
Oczy jak dwa kamienie wracają prosto do ziemi
i widzą rolnika który odwala tłuste skiby
robaka który wije się w bruździe
zły robak który przecina związek rośliny z ziemią
Mówi Dedal:
Synku to nie jest prawda Wszechświat jest tylko światłem
a ziemia jest misą cieni Patrz tutaj grają kolory
pył się unosi znad morza dymy idą ku niebu
z najszlachetniejszych atomów układa się teraz tęcza
Mówi Ikar:
Ramiona bolą ojcze od tego bicia w próżnię
nogi drętwieją i tęsknią do kolców i ostrych kamieni
nie mogę patrzeć się w słońce tak jak ty patrzysz się ojcze
ja zatopiony cały w ciemnych promieniach ziemi
Opis katastrofy
Teraz Ikar głową w dół upada
ostatni obraz po nim to widok dziecinnie małej pięty
którą połyka żarłocznie morze
W górze ojciec wykrzykuje imię
które nie należy ani do szyi ani do głowy
tylko do wspomnienia
Komentarz
Był taki młody nie rozumiał ze skrzydła są tylko przenośnią
trochę wosku i piór i pogarda dla praw grawitacji
nie mogę utrzymać ciała na wysokości wielu stóp
Istota rzeczy jest w tym aby nasze serca
które toczy ciężka krew
napełniły się powietrzem
i tego właśnie Ikar nie chciał przyjąć
módlmy się
Idzie kobieta
w chustce łaciatej jak pole
przyciska do piersi
torebkę z papieru
dzieje się to
w samo południe
w najpiękniejszym punkcie miasta
tu pokazują wycieczkom
park z łabędziem
wille w ogrodach
perspektywę i róże
Idzie kobieta
z garbem tłumoka
co tak matko przyciskacie do piersi
teraz potknęła się
i z torebki
posypały się kryształki cukru
kobieta pochyla się
a w jej oczach jest wyraz
którego nie odda
żaden malarz rozbitych dzbanów
zagarnia ciemną ręką
roztrwonione bogactwo
i z powrotem wsypuje
jasne krople i proch
Jak
ona
długo
klęczy
na kolanach
jakby chciała zebrać
słodycz ziemi
do ostatniego ziarna
koncertmistrz antycznego świata
drogocenny jak naszyjnik
albo lepiej jak konstelacja
śpiewa
bałwanom morskim i kupcom bławatnym
tyranom i poganiaczom mułów
tyranom czernieją na głowach korony
a sprzedawcy placków z cebulą
po raz pierwszy mylą się w rachubach na swoją niekorzyść
o czym śpiewa Arijon
tego dokładnie nikt nie wie
najważniejsze jest to że przywraca światu harmonię
morze kołysze łagodnie ziemię
ogień rozmawia z wodą bez nienawiści
w cieniu jednego heksametru leżą
wilk i łania jastrząb i gołąb
a dziecko usypia na grzywie lwa
jak w kołysce
patrzcie jak uśmiechają się zwierzęta
ludzie żywią się białymi kwiatami
i wszystko jest tak dobrze
jak było na początku
to on Arijon
drogocenny i wielokrotny
sprawca zawrotów głowy
stoi w zamieci obrazów
ma osiem palców jak oktawa
i śpiewa
Aż kiedy z błękitu na zachodzie
wysnuwają się świetliste niteczki szafranu
co oznacza zbliżającą się noc
Arijon uprzejmym ruchem głowy
żegna
poganiaczy mułów i tyranów
sklepikarzy i filozofów
i wsiada w porcie na grzbiet
oswojonego delfina
do widzenia
jakże jest piękny Arijon
mówią dziewczęta
kiedy wypływa na morze
sam
z wieńcem widnokręgów na głowie