Studium przedmiotu

 

 

Spis wierszy:

Pudełko zwane wyobraźnią

Ptak z drzewa

Pisanie

Nic ładnego

W pracowni

Gauguin Koniec

Czarna różna

Apollo i Marsjasz

Fragment

Na pomoc Pompei

Księstwo

Mona Liza

Ostatnia prośba

Szuflada

Nasz strach

Koniec dynastii

Siedzą na drzewach

Z mitologii

Jesień sprawiedliwa

Jonasz

Powrót prokonsula

Tren Fortynbrasa

Miasto nagie

Rozważania o problemie narodu

Naprzód pies

Ojcowie gwiazdy

Próba opisu

Studium przedmiotu

Kamyk

Koń wodny

Tamaryszek

Objawienie

Głos wewnętrzny

Do moich kości

Gwóźdź w niebie

Drewniana kostka

Mysz kościelna

Komin

Język

Zegar

Serce

Diabeł

Żeby tylko nie anioł

Higiena duszy

Ostrożnie ze stołem

Krzesła

Kiedy świat staje

Drwal

Pogoda

 

 

 

 

 

Pudełko zwane wyobraźnią

 

Zastukaj palcem w ścianę —

z dębowego klocka

wyskoczy kukułka

 

wywoła drzewa

jedno i drugie

aż stanie

las

 

zaświstaj cienko —

a pobiegnie rzeka

mocna nić

która zwiąże góry z dolinami

 

chrząknij znacząco —

oto miasto

z jedną wieżą

szczerbatym murem

i domkami żółtymi

jak kostki do gry

 

teraz zamknij oczy

spadnie śnieg

zgasi

zielone płomyki drzew

wieżę czerwoną

 

pod śniegiem

jest noc

z błyszczącym zegarem na szczycie

sową krajobrazu

 

 

 Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Ptak z drzewa

W gorących rękach

dzieci

ptak z drzewa

zaczął żyć

 

pod piórem z lakieru

wylało się małe serce

 

szklane oko

zapaliło się spojrzeniem

 

poruszyło się

malowane skrzydło

 

suche ciało

zapragnęło lasu

 

szedł

jak żołnierz w balladzie

pałeczkami nóg bębnił

prawą nogą bębnił — las

lewą nogą bębnił — las

śnił

zielone światło

zamknięte oczy gniazd

na dnie

 

na skraju

dzięcioły wybiły mu oczy

sczerniało małe serce

od tortury prostych dziobów

szedł dalej

potrącany przez trujące grzyby

wyśmiewany przez wilgi

na dnie martwych liści

szukał gniazda

 

żyje teraz

na niemożliwej granicy

między materią ożywioną a wymyśloną

między paprocią z lasu

a paprocią z Larousse'a

na suchym badylu

na jednej nodze

na włosiu wiatru

na tym co się odrywa od rzeczywistości

ale nie ma dość serce

dość siły

 

nie obraca się

w obraz

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Pisanie

kiedy dosiadam krzesła

aby przyłapać stół

i podnoszę palec

aby zatrzymać słońce

kiedy odgarniam skórę z twarzy

dom z ramion

i ciężko uczepiony

mojej przenośni

gęsiego pióra

z zębami wbitymi w powietrze

próbuję stworzyć

nową

samogłoskę —

 

            na pustyni stołu

            papierowe kwiaty

            surdut ścian się zapina

            na guzik małej przestrzeni

            koniec koniec

            nie udało się

            wniebowstąpienie

            jeszcze chwilę

            pióro potyka się z kartką

            z nieba złośliwie żółtego

            sączy się

            strużka

            piasku

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Nic ładnego

nic ładnego

deski farba

gwoździe klajster

sznurek papier

 

pan artysta

świat buduje

nie z atomów

lecz z odpadków

 

las ardeński

z parasola

morze jońskie

z atramentu

 

byle tylko

z mądrą miną

byle tylko

pewną ręką —

 

a już świat —

na szpilkach traw

haczyki kwiatów

obłoki z drutu

ciągnie wiatr

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

W pracowni

lekkim krokiem

przechodzi

od plamy do plamy

od owocu do owocu

 

dobry ogrodnik

podpiera kwiat patykiem

człowieka radością

słońce błękitem

 

potem

poprawia okulary

nastawia herbatę

mruczy

głaszcze kota

 

Pan Bóg kiedy budował świat

marszczył czoło

obliczał obliczał obliczał

dlatego świat jest doskonały

i nie można w nim mieszkać

 

za to

świat malarza

jest dobry

i pełen pomyłek

 

oko chodzi sobie

od plamy do plamy

od owocu do owocu

 

oko mruczy

oko uśmiecha się

oko wspomina

 

oko mówi można wytrzymać

gdyby tylko udało się wejść

do środka

tam gdzie był ten malarz

bez skrzydeł

w opadających pantoflach

bez Wergiliusza

z kotem w kieszeni

fantazją dobroduszną

i nieświadomą ręką

która poprawia świat

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Gauguin Koniec

z kwiatami manga w białej pogodzie w czarnym deszczu

na rue des Fourneaux i na Pacyfiku

rozgarniając szeroko obrazy i liście

ogromny Gauguin ciężki głuchy stuk sabotów

szuka źródła potem długo pije

otwarte nożem niebo i zasypia słodko

 

nie pragnął spoczynku pragnął snu

który jest pracą długim marszem w południe

z ciemnymi wiadrami obrazów

 

                        jeszcze czasem słyszy

syk salonów paryskich w domu pozostała

biała kobieta zasunął kotarę

śpi pewnie jeszcze

niech śpi

 

wymioty oceanu gitary papużko

dziewcząt nie kochał ani Tehury

ani Metty Gad z nitką śliny między wargami

Alina umarła zbyt wcześnie on miał wstręt do pleśni

z kwiatami manga jedzie wielki wóz

ostatni król Pomare gnijący ananas

w mundurze admirała do ziemi jedzie

bije dzwon drewniany

 

cierpliwy Wincenty w słońcu jak słonecznik

przepala słońce rudy mózg

miał odwagę malował brzytwą

to nie Monet krzyczał nie będą wystawiał

avec le premier barbouilleur venu

 

kto pojął sens kobaltu musi opuścić giełdę

nie było innej drogi tylko droga do morza

na łokciach i kolanach Gauguin prowadzi swoje ciało

owoce są jak wrzody las stoi w liszajach

maoryjscy bogowie z przejęciem dłubią w zębach

wymioty oceanu gitary papużko

 

pomiędzy niebem z ognia trawą z ognia — śnieg

bretońska wioska w kwiatach manga

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Czarna róża

wynika

czarna

z oczu oślepionych

wapnem

 

dotyka powietrza

i staje

diament

czarna róża

pośród chaosu planet

 

dmuchając

w małą fujarkę wyobraźni

wyprowadź

kolory

z czarnej

róży

jak wspomnienie

ze spalonego miasta

fiolet — na truciznę i katedrę

czerwień — na befsztyk i cezara

błękit — na zegar

żółć — na kość i ocean

zieleń — na dziewczynę przemienioną w drzewo

biel — na biel

 

czarna różo

w czarnej róży

co chowasz

wśród martwych muszek elektronów

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Apollo i Marsjasz

właściwy pojedynek Apollona

z Marsjaszem

(słuch absolutny

contra ogromna skala)

odbywa się pod wieczór

gdy jak już wiemy

sędziowie

przyznali zwycięstwo bogu

 

mocno przywiązany do drzewa

dokładnie odarty ze skóry

Marsjasz

krzyczy

zanim krzyk dojdzie

do jego wysokich uszu

wypoczywa w cieniu tego krzyku

 

wstrząsany dreszczem obrzydzenia

Apollo czyści swój instrument

tylko z pozoru

głos Marsjasza

jest monotonny

i składa się z jednej samogłoski

A

 

w istocie

opowiada

Marsjasz

nieprzebrane bogactwo

swego ciała

 

łyse góry wątroby

pokarmów białe wąwozy

szumiące lasy płuc

słodkie pagórki mięśni

stawy żółć krew i dreszcze

zimowy wiatr kości

nad solą pamięci

 

wstrząsany dreszczem obrzydzenia

Apollo czyści swój instrument

 

teraz do chóru

przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza

w zasadzie to samo A

tylko głębsze z dodatkiem rdzy

 

to już jest ponad wytrzymałość

boga o nerwach z tworzyw sztucznych

 

            żwirową aleją

            wysadzaną bukszpanem

            odchodzi zwycięzca

            zastanawiając się

            czy z wycia Marsjasza

            nie powstanie z czasem

            nowa gałąź

            sztuki — powiedzmy — konkretnej

 

            nagle

            pod nogi upada mu

            skamieniały słowik

 

            odwraca głowę

            i widzi

            że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz

            jest siwe

 

            zupełnie

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Fragment

Usłysz nas Srebrołuki przez zamęt liści i strzał

przez bitwy uparte milczenie i mocne wołanie martwych

znów jesień Srebrołuki drzewa i ludzie odchodzą

śpimy w dusznych namiotach pod niebem zmiętym od przekleństw

w pyle nurzamy twarze w pocie myjemy ciała

z piersi otwartej mieczem nie krew nie krew ucieka

zwierzęta umierają mułom zachodzą oczy

butwieją żagle okrętom i żaden sztorm o zatokę

nie powrócimy do żon obce gorzkie dziewczęta

nie pozwolą nam długo płakać w swoich ramionach

nie o wieniec kamienny Troi prosimy Cię Panie

nie o pióropusz sławy białe kobiety i złoto

lecz jeśli możesz przywrócić splamionym twarzom dobroć

i włóż prostotę do rąk tak jak włożyłeś żelazo —

 

obłoki zsyłaj Apollo obłoki zsyłaj obłoki

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Na pomoc Pompei

            Dzięki energicznej akcji rządu, strażaków i organizacji młodzieżowych już po dwudziestu wiekach wydobyto dwa tysiące ofiar Wezuwiusza, które (trzeba to od razu powiedzieć) znajdują się w dobrym stanie i życiu ich nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo. Zakochani odwracają się plecami do natarczywych dziennikarzy i angielskich starych panien, łańcuchowe psy szczekają jak opętane, a mały ulicznik przekazuje historii imię pewnej rozkosznicy.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Księstwo

            Oznaczone w przewodniku dwoma gwiazdkami (w rzeczywistości jest ich więcej) całe księstwo, to znaczy miasto, morze i kawałek nieba, na pierwszy rzut oka wygląda świetnie. Groby są pobielane, domy zasobne, a kwiaty tłuste.

            Wszyscy obywatele są strażnikami pamiątek. Z powodu małego napływu turystów pracy jest niewiele — godzina rano, godzina wieczorem.

            W środku sjesta.

            Nad księstwem unosi się chmura chrapania czerwona jak kołdra. Tylko książę nie śpi. Kołysze do snu głowę lokalnego boga.

            Hotele i pensjonaty zajęte są przez anioły, które upodobały sobie księstwo dla ciepłych kąpieli poważnych obyczajów i powietrza destylowanego pracą piór polerujących pamięć.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Mona Liza

przez siedem gór granicznych

kolczaste druty rzek

i rozstrzelane lasy

i powieszone mosty

szedłem —

przez wodospady schodów

wiry morskich skrzydeł

i barokowe niebo

całe w bąblach aniołów

— do ciebie

Jeruzalem w ramach

 

stoję

w gęstej pokrzywie

wycieczki

na brzegu purpurowego sznura

i oczu

            no i jestem

            widzisz jestem

nie miałem nadziei

ale jestem

 

            pracowicie uśmiechnięta

            smolista niema i wypukła

 

            jakby z soczewek zbudowana

            na tle wklęsłego krajobrazu

 

            między czarnymi jej plecami

            które są jakby księżyc w chmurze

 

            a pierwszym drzewem okolicy

            jest wielka próżnia piany światła

 

no i jestem

czasem było

czasem wydawało się

nie warto wspominać

 

            tyka jej regularny uśmiech

            głowa wahadło nieruchome

 

            oczy jej marzą nieskończoność

            ale w spojrzeniach śpią ślimaki

 

no i jestem

mieli przyjść wszyscy

jestem sam

 

kiedy już

nie mógł głową ruszać

powiedział

jak to się skończy

pojadę do Paryża

 

między drugim a trzecim palcem

prawej ręki

przerwa

wkładam w tę bruzdę

puste łuski losów

 

no i jestem

to ja jestem

wparty w posadzkę

żywymi piętami

 

            tłusta i niezbyt ładna Włoszka

            na suche skały włos rozpuszcza

 

            od mięsa życia odrąbana

            porwana z domu i historii

           

            o przeraźliwych uszach z wosku

            szarfą żywicy uduszona

 

            jej puste ciała woluminy

            są osadzone na diamentach

 

            między czarnymi jej plecami

            a pierwszym drzewem mego życia

 

            miecz leży

            wytopiona przepaść

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Ostatnia prośba

nie mogła już głową ruszać

skinęła bym się nachylił

— masz tu dwieście złotych

dołóż resztę

i zamów Mszę Gregoriańską

 

nie chciała

winogron

nie chciała

morfiny

nie chciała

uradować ubogich

chciała Mszę

 

no i ma

 

klęczymy w upale

w ponumerowanej ławce

brat trze czoło chustką

siostra wachluje się nowenną

ja powtarzam

jako i my odpuszczamy

zapominam jak jest dalej

i znów zaczynam od początku

 

ksiądz

spaceruje aleją

siedmiu zapalonych lilii

organy buczą

zdaje się że otworzą

i będzie przewiew

 

ale nie

wszystko zamknięte

 

po łodydze świecy

spływa wosk

myślę

co oni robią z tym woskiem

czy zbierają na nowe świece

czy wyrzucają

 

może

ten ksiądz

zrobi za nas

to czego my nie możemy zrobić

może on się choć trochę wzniesie

 

dzwonią

a on

z czarnym tułowiem

i srebrnymi skrzydłami

wstępuje na dwa pierwsze stopnie

i ślizga się w dół

jak mucha

 

klęczymy w upale

w ponumerowanej ławce

przytwierdzeni do ziemi

nitką potu

 

wreszcie koniec

wychodzimy pośpiesznie

i zaraz za progiem

następuje akt strzelisty

głębokiego oddechu

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Szuflada

O moja siedmiostrunna z deski

tu były zasuszone łezki

zastygła w buncie pięść i papier

na którym w zimną noc pisałem

młodzieńczy śmieszny mój testament

 

a teraz pusto wymieciono

sprzedałem łzy i pięści grono

na targowisku miało cenę

niewielka sława trochę groszy

i nic już teraz snu nie płoszy

i już nie dla mnie wszy i beton

 

szuflado liro utracona

a jeszcze tyle wygrać mogłem

bębniąc palcami w puste dno

i taka dobra była rozpacz

więc jakże trudno jest się rozstać

z pożywnym bólem bez nadziei

pukam do ciebie otwórz przebacz

nie mogłem dłużej milczeć sprzedać

musiałem kamień mej niezgody

taka jest wolność trzeba znowu

wymyślać i obalać bogów

gdy już się z pleśnią zmaga cezar

 

a teraz szumi pusta muszla

o morzach które w piasek uszły

o burzy ściętej w kryształ soli

zanim szuflada przyjmie ciało

taki to mój nieskładny pacierz

do czterech desek moralności

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Nasz strach

nasz strach

nie nosi nocnej koszuli*

nie ma oczu sowy

nie podnosi wieka

nie gasi świecy

 

nie ma także twarzy umarłego

 

nasz strach

to znaleziona w kieszeni

kartka

„ostrzec Wójcika

locum na Długiej spalone”

 

nasz strach

nie polatuje na skrzydłach wichury

nie siada na wieży kościelnej

jest przyziemny

 

ma kształt pośpiesznie

związanego tobołu

z ciepłą odzieżą

suchym prowiantem

i bronią

 

nasz strach

nie ma twarzy umarłego

umarli są dla nas łagodni

 

niesiemy ich na plecach

śpimy pod jednym kocem

zamykamy oczy

poprawiamy usta

wybieramy suche miejsce

i zakopujemy

 

nie za głęboko

nie za płytko

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Koniec dynastii

            Cała rodzina królewska mieszkała wtedy w jednym pokoju. Za oknami był mur, a pod murem śmietnik. Tam szczury zagryzały koty. Tego nie było widać. Okna zamalowane były wapnem.

            Kiedy oprawcy weszli, zastali codzienną scenę.

            Jego Wysokość ulepszał regulamin pułku Przemienienia Pańskiego, okultysta Philippe usiłował sugestią uspokoić nerwy Królowej, Następca zwinięty w kłębek spał na fotelu, a Wielkie (i chude) Księżniczki śpiewały pieśni nabożne i cerowały garderobę.

            Lokaj stał pod ścianą i usiłował naśladować tapetę.

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

Siedząc na drzewach

            Oni wciąż jeszcze siedzą na rozłożystych gałęziach drzew. Poruszają się niemrawo jak ginące ptaki. Czasem tylko zachodzące słońce roznieca niespotykane kolory ich piór.

            Mimo ochrony chłopi strzelają do nich. Nie na mięso, ale żeby zobaczyć krew innego koloru.

            Kiedy wszystkie te drzewa uschną wraz z ich mieszkańcami, trzeba będzie delikatnie ułamać tuż przy ziemi i przenieść między karty zielnika zwanego herbarzem.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Z mitologii

            Naprzód był bóg nocy i burzy, czarny bałwan bez oczu, przed którym skakali nadzy i umazani krwią. Potem w czasach republiki było wielu bogów z żonami, dziećmi, trzeszczącymi łóżkami i bezpiecznie eksplodującym piorunem. W końcu już tylko zabobonni neurastenicy nosili w kieszeni mały posążek z soli, przedstawiający boga ironii. Nie było wówczas większego boga.

            Wtedy przyszli barbarzyńcy. Oni też bardzo cenili bożka ironii. Tłukli go obcasami i wsypywali do potraw.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Jesień sprawiedliwa

            Tej jesieni drzewa nareszcie mają spokój. Stoją cały czas w twardej nieco pogardliwej zieleni ani cienia żółci, ani ziarna czerwieni w liściach. Trawa jest gęsta, mocno wbita w skórę ziemi i niczym nie przypomina sierści starych zwierząt. Nietknięte róże toczą swoje rozgrzane planety wokół nieruchomych i chudych jak księżyce owadów.

            Tylko pomniki przeżywają jesień tym tragiczniejszą, że już ostatnią. Spróchniałe cokoły ukazują nietrwałość budowniczych imperium. Sypią się skrzydła aniołów i pióropusze admirałów. Pęknięte czoło filozofa odstawia przeraźliwą pustkę rozbitych naczyń. Tam gdzie był palec wskazujący proroka płynie teraz mały pajączek uczepiony babiego lata.

            Siwi zakochani idą pod wiecznymi drzewami ścieżką zasypaną chrupkimi paluszkami bogów i cezarów.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

 

Jonasz

                                   I nagotował Pan rybę wielką

                                   żeby połknęła Jonasza

 

Jonasz syn Ammitaja

uciekając od niebezpiecznej misji

wsiadł na okręt płynący

z Joppen do Tarszisz

 

potem były rzeczy wiadome

wiatr wielki burza

załoga wyrzuca Jonasza w głębokości

morze staje od burzenia swego

nadpływa przewidziana ryba

trzy dni i trzy noce

modli się Jonasz w brzuchu ryby

która wyrzuca go w końcu

na suchą ziemię

 

współczesny Jonasz

idzie jak kamień w wodę

jeśli trafi na wieloryba

nie ma czasu westchnąć

 

uratowany

postępuje chytrzej

niż biblijny kolega

drugi raz nie podejmuje się

niebezpiecznej misji

zapuszcza brodę

i z daleka od morza

z daleka od Niniwy

pod fałszywym nazwiskiem

handluje bydłem i antykami

 

agenci Lewiatana

dają się przekupić

nie mają zmysłu losu

są urzędnikami przypadku

 

w schludnym szpitalu

umiera Jonasz na raka

sam dobrze nie wiedząc

kim właściwie był

 

parabola

przyłożona do głowy jego

gaśnie

i balsam przypowieści

nie ima się jego ciała

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Powrót prokonsula

Postanowiłem wrócić na dwór cesarza

jeszcze raz spróbuję czy można tam żyć

mógłbym pozostać tutaj w odległej prowincji

pod pełnymi słodyczy liśćmi sykomoru

i łagodnymi rządami chorowitych nepotów

 

gdy wrócę nie mam zamiaru zasługiwać się

będę bił brawo odmierzoną porcją

uśmiechał się na uncje marszczył brwi dyskretnie

nie dadzą mi za to złotego łańcucha

ten żelazny wystarczy

 

postanowiłem wrócić jutro lub pojutrze

nie mogę żyć wśród winnic wszystko tu nie moje

drzewa są bez korzeni domy bez fundamentów deszcz szklany kwiaty pachną woskiem

o puste niebo kołacze suchy obłok

więc wrócę jutro pojutrze w każdym razie wrócę

 

trzeba będzie na nowo ułożyć się z twarzą

z dolną wargą by umiała powściągnąć pogardę

z oczami aby były idealnie puste

i z nieszczęsnym podbródkiem zającem mej twarzy

który drży gdy wchodzi dowódca gwardii

 

jednego jestem pewien wina z nim pić nie będę

kiedy zbliży swój kubek spuszczę oczy

i będę udawał że z zębów wyciągam resztki jedzenia

cesarz zresztą lubi odwagę cywilną

do pewnych granic do pewnych rozsądnych granic

to w gruncie rzeczy człowiek tak jak wszyscy

i już bardzo zmęczony sztuczkami z trucizną

nie może pić do syta nieustanne szachy

ten lewy kielich dla Druziusza w prawym umoczyć wargi

potem pić tylko wodę nie spuszczać oka z Tacyta

wyjść do ogrodu i wrócić gdy już wyniosą ciało

 

Postanowiłem wrócić na dwór cesarza

mam naprawdę nadzieję że jakoś to się ułoży

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Tren Fortynbrasa

                                   dla M. C.

Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną

chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka

to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach

Nigdy nie mogłem myśleć o twoich dłoniach bez uśmiechu

i teraz kiedy leżą na kamieniu jak strącone gniazda

są tak samo bezbronne jak przedtem To jest właśnie koniec

Ręce leżą osobno Szpada leży osobno Osobno głowa

i nogi rycerza w miękkich pantoflach

 

Pogrzeb mieć będziesz żołnierski chociaż nie byłeś żołnierzem

jest to jedyny rytuał na jakim trochę się znam

Nie będzie gromnic i śpiewu będą lonty i huk

kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie werbel werbel wiem nic pięknego

to będą moje manewry przed objęciem władzy

trzeba wziąć miasto za gardło i wstrząsnąć nim trochę

Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia

wierzyłeś w kryształowe pojęcie a nie glinę ludzką

żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery

łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś

nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś

 

Teraz masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało

i masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie

wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych

lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania

z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle

z widokiem na mrowisko i tarczę zegara

 

Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji

i dekret w sprawie prostytutek i żebraków

muszę także obmyślić lepszy system więzień

gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem

Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się

gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy

to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii

 

Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach

a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Miasto nagie

To miasto na równinie płaskie jak arkusz blachy

z okaleczoną ręką katedry szponem wskazującym

z brukami o kolorze wnętrzności domami odartymi ze skóry

miasto pod przyborem żółtej fali słońca

wapiennej fali księżyca

 

o miasto cóż to za miasto powiedzcie jakie to miasto

pod jaką gwiazdą przy której drodze

 

o ludziach: pracują w rzeźni w ogromnym gmachu

z surowej cegły betonowej podłodze owiani odorem krwi

i pokutnym psalmem zwierząt Czy są tam poeci (poeci milczący)

jest trochę wojska olbrzymia grzechotka koszar na przedmieściu

w niedzielę za mostem w krzakach kolczastych na zimnym piasku

na rudej trawie dziewczęta przyjmują żołnierzy

jest jeszcze trochę miejsc poświęconych marzeniom Kino

z białą ścianą na którą chlustają cienie nieobecnych

małe sale gdzie nalewają alkohol w szkło cienkie i grube

są jeszcze psy na koniec głodne psy które wyją

i w ten sposób wyznaczają rogatki miasta Amen

więc jeszcze się pytacie co to za miasto

godne siarczystego gniewu gdzie jest to miasto

na linach jakich wiatrów pod jakim słupem powietrza

i kto tam mieszka czy ludzie o podobnym kolorze skóry

czy ludzie z naszymi twarzami czy

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Rozważania o problemie narodu

Z faktu używania tych samych przekleństw

i podobnych zaklęć miłosnych

wyciąga się zbyt śmiałe wnioski

także wspólna lektura szkolna

nie powinna stanowić przesłanki wystarczającej

aby zabić

podobnie ma się sprawa z ziemią

(wierzby piaszczysta droga łan pszenicy niebo plus pierzaste obłoki)

 

chciałbym nareszcie wiedzieć

gdzie kończy się wmówienie

a zaczyna związek realny

czy wskutek przeżyć historycznych

nie staliśmy się psychicznie skrzywieni

i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków

czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem

wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych

 

prawdę mówiąc nie wiem

stwierdzam tylko

istnienie tego związku

objawia się on w bladości

w nagłym czerwienieniu

w ryku i wyrzucaniu rąk

i wiem że może zaprowadzić

do pośpiesznie wykopanego dołu

 

więc na koniec w formie testamentu

żeby wiadome było:

buntowałem się

ale sądzę że ten okrwawiony węzeł

powinien być ostatnim jaki

wyzwalający się

potarga

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Naprzód pies

Więc naprzód pójdzie dobry pies

a potem świnia albo osioł

wśród czarnych traw wydepczą ścieżkę

a po niej przemknie pierwszy człowiek

który żelazną ręką zdusi

na szklanym czole kroplę strachu

 

więc naprzód pies poczciwy kundel

który nas nigdy nie opuścił

latarnie ziemskie śniąc i kości

w swej wirującej budzie uśnie

zakipi — wyschnie ciepła krew

 

a my za psem za drugim psem

który prowadzi nas na smyczy

my z białą laską astronautów

niezgrabnie potrącamy gwiazdy

nic nie widzimy nie słyszymy

bijemy pięścią w ciemny eter

na wszystkich falach jest skomlenie

wszystko co można w podróż wziąć

poprzez ciemnego świata zgorzel

imię człowieka zapach jabłka

orzeszek dźwięku ćwierć koloru

 

to trzeba wziąć ażeby wrócić

odnaleźć drogę jak najprędzej

kiedy prowadzi ślepy pies

na ziemię szczeka jak na księżyc

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Ojcowie gwiazdy

Zegary szły normalnie więc tylko czekali

na efekt lawinowy i czy potem pójdzie

po krzywej nakreślonej na kartce eteru

spokojni byli pewni na wieży swych obliczeń

wśród wulkanów łagodnych pod strażą ołowiu

szkłem przykryci i ciszą i niebem bez tajemnic

zegary szły normalnie więc wybuch nastąpił

 

w kapeluszach mocno naciśniętych na czoło odchodzili

ojcowie gwiazdy mniejsi od swych ubrań

myśleli o latawcu z dzieciństwa drżał sznur napięty w ręku

a teraz wszystko od nich było oddzielone

zegary pracowały za nich im pozostał tylko

jak pamiątka po ojcu stary srebrny puls

 

wieczorem w domu pod lasem bez zwierząt i paproci

ze ścieżką betonową elektryczną sową

dzieciom będą czytali bajkę o Dedalu

miał rację Grek księżyca nie chciał ani gwiazdy

był tylko ptakiem został w porządku natury

a rzeczy które tworzył szły za nim jak zwierzęta

i jak płaszcz nosił na plecach swe skrzydła i los

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Próba opisu

naprzód opiszę siebie

zaczynając od głowy

albo lepiej od nogi

albo od ręki

od małego palca lewej ręki

 

mój mały palec

jest ciepły

lekko zagięty do środka

zakończony paznokciem

składa się z trzech członów

wyrasta wprost z dłoni

gdyby był od niej oddzielony

byłby sporym robakiem

 

jest to osobliwy palec

jedyny na świecie mały palec lewej ręki

dany mi bezpośrednio

 

inne małe palce lewej ręki

są zimną abstrakcją

z moim

mamy wspólną datę urodzin

datę śmierci

wspólną samotność

 

tylko krew

skandująca ciemne tautologie

spina dalekie brzegi

nicią porozumienia

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Studium przedmiotu

            1

najpiękniejszy jest przedmiot

którego nie ma

 

nie służy do noszenia wody

ani do przechowywania prochów bohatera

 

nie tuliła go Antygona

nie utopił się w nim szczur

 

nie posiada otworu

całe jest otwarte

 

widziane

z wszystkich stron

to znaczy zaledwie

przeczute

 

włosy

wszystkich jego linii

 

łączą się

w jeden strumień światła

 

ani oślepienie

ani

śmierć

nie wydrze przedmiotu

którego nie ma

 

            2

zaznacz miejsce

gdzie stał przedmiot

którego nie ma

czarnym kwadratem

będzie to

prosty tren

o pięknym nieobecnym

 

męski żal

zamknięty

w czworobok

 

            3

teraz

cała przestrzeń

wzbiera jak ocean

 

huragan bije

w czarny żagiel

 

skrzydło zamieci krąży

nad czarnym kwadratem

 

i tonie wyspa

pod słonym przyborem

 

            4

masz teraz

pustą przestrzeń

piękniejszą od przedmiotu

piękniejszą od miejsca po nim

jest to przedświat

biały raj

wszystkich możliwości

możesz tam wejść

krzyknąć

pion — poziom

 

uderzy w nagi horyzont

prostopadły piorun

 

możemy na tym poprzestać

i tak już stworzyłeś świat

 

            5

słuchaj rad

wewnętrznego oka

 

nie ulegaj

szeptom pomrukom mlaskaniu

 

to niestworzony świat

tłoczy się przed bramami obrazu

 

aniołowie oferują

różową watę obłoków

 

drzewa wtykają wszędzie

niechlujne zielone włosy

 

królowie zachwalają purpurę

i każą trębaczom

wyzłacać

 

nawet wieloryb prosi o portret

 

słuchaj rad wewnętrznego oka

nie wpuszczaj nikogo

 

            6

wyjmij

z cienia przedmiotu

którego nie ma

z polarnej przestrzeni

z surowych marzeń wewnętrznego oka

krzesło

 

piękne i bezużyteczne

jak katedra w puszczy

 

połóż na krześle

zmiętą serwetę

 

dodaj do idei porządku

ideę przygody

 

niech będzie wyznaniem wiary

w obliczu pionu zmagającego się z horyzontem

 

niech będzie

cichsze od aniołów

dumniejsze od królów

prawdziwsze niż wieloryb

niech ma oblicze rzeczy ostatecznych

 

            prosimy wypowiedz o krzesło

            dno wewnętrznego oka

            tęczówkę konieczności

            źrenicę śmierci

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Kamyk

kamyk jest stworzeniem

doskonałym

 

równy samemu sobie

pilnujący swych granic

 

wypełniony dokładnie

kamiennym sensem

 

o zapachu który niczego nie przypomina

niczego nie płoszy nie budzi pożądania

 

jego zapał i chłód

są słuszne i pełne godności

 

czuję ciężki wyrzut

kiedy go trzymam w dłoni

i ciało jego szlachetne

przenika fałszywe ciepło

 

            — Kamyki nie dają się oswoić

            do końca będą na nas patrzeć

            okiem spokojnym bardzo jasnym

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Koń wodny

nie jest duży

koń wodny

najwyżej

trzy cale

i pół

 

mocny pancerz chroni

jego istotę

przewód pokarmowy

narządy rozrodcze

węzeł cerebralny

 

poczciwy wygląd

kasjera nad herbatą

nie odpowiada naturze mordercy

wód słodkich i stojących

 

poluje na głowacza

nieomylnym kolcem

uderza w słabe miejsce

u nasady głowy

 

szczepieni w walce

szamocą się długo

śród wiania glonów

i ciszy wylewnej

 

dwa razy w roku

tkają wodną miłość

 

po sześciu tygodniach

błoniasty brzuch samicy pęka od nadmiaru ikry

wymiotuje ją w spazmach

ociera się o twarde przedmioty

potem opada na dno

cierpiąca łuska rodzenia

 

pod jesień

drugiego roku

konie wodne umierają

 

na wieży glonu

milczy dzwon

i nie wytacza

łez jezioro

 

            *

katedry koni wodnych

cyrki akwedukty

gdzie się zapadły

albo kiedy wzejdą

 

kto udowodni konieczność

 

kto przyjmie istnienie

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Tamaryszek

opowiadałem bitwy

baszty i okręty

bohaterów zarzynanych

i bohaterów zarzynających

a zapomniałem o tym jednym

 

opowiadałem burzę morską

walenie się murów

zboże płonące

i przewrócone pagórki

a zapomniałem o tamaryszku,

            kiedy leży

            przebity włócznią

            a usta jego rany

            domykają się

            nie widzi

            ani morza

            ani miasta

            ani przyjaciela

            widzi

tuż przy twarzy

tamaryszek

 

wstępuje

na najwyższą

suchą gałązkę tamaryszku

i omijając

liście brunatne i zielone

stara się

ulecieć w niebo

bez skrzydeł

bez krwi

bez myśli

bez —

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Objawienie

dwa może trzy

razy

byłem pewny

że dotknę istoty rzeczy

i będę wiedział

 

tkanka mojej formuły

z aluzji jak w Fedonie

miała także ścisłość

równania Heisenberga

 

siedziałem nieruchomo

z załzawionymi oczami

czułem jak stos pacierzowy

wypełnia trzeźwa pewność

 

ziemia stanęła

niebo stanęło

moja nieruchomość

była prawie doskonała

 

            zadzwonił listonosz

            musiałem wylać brudną wodę

            nastawić herbatę

 

            Sziwa podniósł palec

            sprzęty nieba i ziemi

            zaczęły znowu wirować

 

            wróciłem do pokoju

            gdzież ten pokój doskonały

            idea szklanki

            rozlewała się na stole

 

            usiadłem nieruchomo

            z załzawionymi oczami

            wypełniony pustką

            to znaczy pożądaniem

jeśli zdarzy mi się to raz jeszcze

nie ruszy mnie ani dzwonek listonosza

ani wrzask aniołów

 

będę siedział

nieruchomy

zapatrzony

w serce rzeczy

 

martwą gwiazdę

 

czarną kroplę nieskończoności

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Głos wewnętrzny

mój głos wewnętrzny

niczego nie doradza

niczego nie odradza

 

nie mówi ani tak

ani nie

 

jest słabo słyszalny

i prawie nieartykułowany

 

nawet jeśli się bardzo głęboko pochyli

słychać tylko oderwane

od sensu sylaby

 

staram się go nie zagłuszać

obchodzę się z nim dobrze

 

udaję że traktuję go na równi

że mi na nim zależy

 

czasami nawet

staram się z nim rozmawiać

 

— wiesz wczoraj odmówiłem

nie robiłem tego nigdy

teraz też nie będę

 

— glu — glu

 

— no więc sądzisz

że dobrze zrobiłem

 

— ga — go — gi

 

dobrze że się zgadzamy

 

— ma — a —

 

— no a teraz wypocznij

jutro znów pogadamy

 

nie jest mi na nic potrzebny

mógłbym o nim zapomnieć

 

nie mam nadziei

trochę żalu

gdy leży tak

przykryty litością

oddycha ciężko

otwiera usta

i stara się podnieść

bezwładną głowę

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Do moich kości

We śnie przedziera

chudą skórę

zrzuca czerwony bandaż mięśni

i po pokoju się przechadza

mój pomnik trochę niezupełny

 

można szafować

krwią i łzami

to co najdłużej tu zostanie

należy mądrze zabezpieczyć

 

lepiej niż suchym palcem księży

deszczom co z chmury piasku cieką

oddać swój pomnik akademii

 

postawią w jasnej szklanej szafie

i modlić będą się łaciną

przed ołtarzykiem z os frontalis

 

policzą kości i płaszczyzny

i nie zapomną nie pominą

 

szczęśliwy oddam kolor oczu

paznokci kształt i wykrój powiek

ja doskonale obiektywny

z białych kryształów anatomii

puszka na myśli

klatka serca

kościany stos

i dwie golenie

 

mój ty pomniku niezupełny

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Gwóźdź w niebie

            To był najpiękniejszy błękit mego życia: suchy, twardy, i tak czysty, że zapierało oddech. Wychodziły z niego wolno ogromne anioły powietrza.

            Aż nagle zobaczyłem gwóźdź, zardzewiały, wbity ukosem w niebo. Starałem się o tym zapomnieć. Daremnie, kątem oka wciąż zawadzałem o gwóźdź.

            I co zostało z mego nieba? Błękit w sińcach.

 

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Drewniana kostka

            Drewnianą kostkę można opisać tylko z zewnątrz. Jesteśmy zatem skazani na wieczną niewiedzę o jej istocie. Nawet jeśli ją szybko przepołowić, natychmiast jej wnętrze staje się ścianą i następuje błyskawiczna przemiana tajemnicy w skórę.

            Dlatego niepodoba stworzyć psychologii kamiennej kuli, sztaby żelaznej, drewnianego sześcianu.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Mysz kościelna

            Krawędzią rynsztoku szła przed siebie głodna mysz. Zamiast białego sera postawiono przed nią kościół. Weszła tam nie z pokory, lecz z przypadku.

            Robiła wszystko, co trzeba: czołgała się do krzyża, klękała przed ołtarzami, spała w ławce. Nie spadło na nią ani jedno ziarnko manny. Pan Bóg zajmował się w tym czasie uciszaniem oceanów.

            Mysz nie mogła już wyjść z kościoła. Stała się myszą kościelną. Zasadnicza różnica. Jest bardziej nerwowa od swojej polnej siostry, żywi się prochem, pachnie mirą, dlatego łatwo ją wytropić. Może bardzo długo pościć.

            Oczywiście do pewnych granic.

            Na dnie złotego kielicha znaleziono raz czarną kroplę pragnienia.

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Komin

            Na domu rośnie drugi dom tylko bez dachu — komin. Tamtędy wychodzą zapachy kuchni i moje westchnienia. Komin jest sprawiedliwy, nie rozdziela tego. Jeden wielki pióropusz. Czarny, bardzo czarny.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Język

            Nieopatrznie przekroczyłem granicę zębów i połknąłem jej ruchliwy język. Żyje teraz we mnie jak japońska rybka. Ociera się o serce i przeponę jak o ściany akwarium. Unosi pył z dna.

            Ta, którą pozbawiłem głosu, wpatruje się we mnie dużymi oczyma i czeka na słowo.

            Ale ja nie wiem, którym językiem przemówić do niej — czy zrabowanym, czy tym, który roztapia się w ustach od nadmiaru ciężkiej dobroci.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Zegar

            Na pozór jest to spokojna twarz młynarza, pełna i błyszcząca jak jabłko. Tylko jeden ciemny włos przesuwa się po niej. A popatrzeć do środka: gniazdo robaków, wnętrze mrowiska. I to ma nas prowadzić do wieczności.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Serce

            Wszystkie narządy wewnętrzne człowieka są łyse i gładkie. Łysa jest wątroba, kiszki, płuca. Tylko serce ma włosy — rude, gęste, niekiedy bardzo długie. To nie jest dobrze. Włosy serca przeszkadzają płynąć krwi, jak wodorosty. Często gnieżdżą się w nich robaki. Trzeba bardzo kochać, aby wyciągnąć bliźniemu z serdecznych włosów te małe i ruchliwe pasożyty.

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Diabeł

            To jest zupełnie nieudany diabeł. Choćby ogon. Nie długi, mięsisty z czarnym pędzlem włosów na końcu, ale mały, puszysty i zabawnie sterczący jak u zajączka. Skórę ma różową, tylko pod lewą łopatką znamię wielkości dukata. Ale najgorsze są rogi. Nie rosną na zewnątrz jak u innych diabłów, ale wewnątrz, w mózgu. Dlatego tak często cierpi na ból głowy.

 zło, ani dobro. Kiedy idzie ulicą, widać wyraźnie, jak poruszają się jego różowe skrzydła płuc.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Żeby tylko nie anioł

            Jeśli po śmierci zechcą nas przemienić w zeschły płomyczek, który chodzi po ścieżkach wiatrów — należy zbuntować się. Na nic wiekuisty wypoczynek na łonie powietrza, w cieniu żółtej glorii, wśród mamrotania dwuwymiarowych chórów.

            Trzeba wstąpić w kamień, w drzewo, w wodę, w szpary furty. Lepiej być skrzypieniem podłogi niż przeraźliwie przeźroczystą doskonałością.

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Higiena duszy

            Żyjemy w wąskim łóżku naszego ciała. Tylko niedoświadczeni wiercą się w nim bezustanku. Nie wolno obracać się wokół własnej osi, bo wtedy ostre nici nawijają się na serce jak na szpulkę.

            Trzeba zapleść ręce na karku, przymknąć oczy i płynąć tą leniwą rzeką, od Źródła Włosów po pierwszą Kataraktę Wielkiego Paznokcia.

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Ostrożnie ze stołem

            Przy stole należy siedzieć spokojnie i nie marzyć. Pamiętajmy, ile trzeba było wysiłku, aby wzburzone prądy morskie ułożyły się w spokojne słoje. Chwila nieuwagi, a wszystko może spłynąć. Nie wolno także ocierać się o stołowe nogi, gdyż są one bardzo wrażliwe. Wszystko, co się robi przy stole, należy załatwiać chłodno i rzeczowo. Nie można zasiadać tu z rzeczami nie przemyślanymi do końca. Do marzeń dano nam inne przedmioty z drzewa: las, łóżko.

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Krzesła

            Któż pomyślał, że ciepła szyja stanie się poręczą, a nogi skore do ucieczki i radości zesztywnieją w cztery proste szczudła. Dawniej krzesła były to piękne, kwiatożercze zwierzęta. Zbyt łatwo jednak dały sił oswoić i teraz jest to najpodlejszy gatunek czworonogów. Straciły upór i odwagę. Są tylko cierpliwe. Nikogo nie stratowały, nikogo nie poniosły. Na pewno mają świadomość zmarnowanego życia.

            Rozpacz krzeseł objawia się w skrzypieniu.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

 

Kiedy świat staje

            Zdarza się to bardzo rzadko. Zaskrzypi oś ziemska i staje. Wtedy wszystko staje: burze, okręty i chmury pasące się w dolinach. Wszystko. Nawet konie na łące nieruchomieją jak w nierozegranej partii szachów.

            A po chwili świat rusza dalej. Ocean połyka i wymiotuje, doliny dymią, a konie przechodzą z czarnego pola na białe pole. Słychać także rozgłośne trzaskanie powietrza o powietrze.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Drwal

            Rano drwal wchodzi do lasu i zatrzaskuje za sobą wielkie dębowe drzwi. Zielone włosy drzew podnoszą się z przerażenia. Słychać stłumione pojękiwanie pni i suchy krzyk gałęzi.

            Ale drwal nie poprzestaje na drzewach. Ściga słońce. Dopada je na skraju lasu. Wieczorem świeci na widnokręgu rozłupany pień. Nad nim stygnący topór.

 

 

Powrót do spisu wierszy


 

 

 

Pogoda

            W kopercie nieba jest list do nas. Ogromne powietrze w szerokie, pomarańczowe i białe pasy. Idzie przed nami ten łagodny olbrzym: kołysze się. Niesie na drągu błyszczącą kulę.

 

Powrót do spisu wierszy